czwartek, 7 kwietnia 2011

to było tak

Dobrą dekadę, a może nawet i półtorej dekady myślałam o tym, by kiedyś zagadnąć autorkę Potfora w kwestii najzupełniej osobistej. Ale nie bardzo miałam pomysł o co miałoby mi chodzić. Coś mi mówiło: głupio tak przyjść i powiedzieć "oto jestem". Cel, cel, Iza, cel to ważna sprawa - tymi słowami sformułować problemu też w wieku 15, 18, 20 czy 25 lat nie umiałam, bo tę mądrość wyniosłam dopiero z pracy w FIO. Nauczyła mnie jej Kasia i to była bardzo ważna lekcja. Nastoletnia intuicja podpowiadała jednak, że z nagabywaniem należy poczekać, aż się ten cel wyklaruje.

Przez dwa lata pani Marysia cierpliwie pomagała mi odnaleźć azymut, a w lipcu 2009 dziadek Zygmuś wreszcie ułatwił zadanie. Gdy już imię Ewa nabrało jakiejś treści, to i cel się znalazł. Dzierżąc jeszcze ciepłą zdobycz w ręku przystąpiłam do dzieła. Ciężki to był moment w moim życiu:

29 VII 
środa

Rozdarta pomiędzy dawno umarłym dziadkiem i jeszcze dawniej ciotką a aktualnie umierającą królicą
Siedzę na podłodze obok ciężko oddycha Szczeżuja
Głaszczę ją jedną ręką a drugą odpalam googla
„umińska keff e-mail”

hola hola
to wcale nie takie proste
pół godziny a nie 2 minuty
najpierw przeczytasz DF
ale ja dobra w archeologii jestem
dziecko mishu i dziecko mej meter musi być dobre
we wszystkim
trafiona zatopiona
chropawy króliczy oddech, lewa ręka
chropawy dziecinny mail, prawa ręka
jednym palcem
wyślij
enter

Czytając ten Duży Format w drugą rocznicę spotkania z Marysią Szczukówną myślę kategorycznie: "O nie. No way. Rzygam matką i rzygam ojczyzną. Na cudze aktualnie miejsca nie mam: moich własnych mi całkowicie wystarczy. Sorry Winnetou, innym razem".

No ale jakoś nieśmiało mi mocno było, głupio tak nagabywać osobę publiczną, więc im bliżej do tej niedzieli, tym bardziej się łamałam. Polazłam w końcu do empiku. W sobotę o 21:45. Może nie będzie.......... Był. Nigdy później go już na tej półce nie spotkałam, ale na mnie czekał z wyszczerzonym uśmiechem. Jeden. Ostatni. "Tak sobie tylko przejrzę, zobaczę, co kobieta ma światu do powiedzenia. Raźniej mi będzie jutro".

Mhm. Nie dało się. No nie dało. 


Gdzie polazałaś, pasiasta urwisko, niemy świadku moich łez?

środa, 6 kwietnia 2011

les grands esprits se rencontrent

Próbowałam kiedyś na własny użytek zdefiniować MD. Nie jestem specjalnie dumna z literackiego poziomu tej definicji, ale mimo tego ją tu zamieszczę. Uprasza się o wyrozumiałość, cel był czysto terapeutyczny.

   Na śmiech głośniejszy niż śmiać się należy
   Na powietrze które upaja
   Na zachwyt szczery najszczerszy dziecinny a nawet bardziej
   Na euforię orgazm na cześć codzienności

   Na strach co nie przestrasza a paraliżuje zatyka dech w piersiach dusi dławi a czasem ewentualnie zabija
   Na rozpacz jesienną świata
   Na wypalenie brak łez brak rozpaczy brak zachwytu i deficyt śmiechu

        [małe]
        [białe]
        [gorzkie]
        [pigułki]

        Stąd
        dotąd
        i szlus
        ani
        kroku
        dalej

   bo jakby co to tam za rogiem czeka
   kolega elektryczny pastuch z koleżanką siatką centylową
   połącz kropki
   nie wychodź za linię


A wklejam tu tę moją grafomanię dlatego, że eksplorując nie tak dawno temu tomik wspomnianej już Emily Dickinson znalazłam taki oto wiersz:

   Czyste Szaleństwo to najwyższy Rozum -
   Gdy je przeniknąć Zrozumienia błyskiem -
   A czysty Rozum to upadek w Obłęd -
   Lecz Większość - jak we Wszystkim -
   Narzuca swoje Kategorie -
   Przyjmij je - jesteś Normalny -
   Odrzuć - czekają na Furiata
   Kajdany i Kaftany.


           Much Madness is divinest Sense -
           To a discerning Eye -
           Much Sense - the starkest Madness -
           'Tis the Majority
           In this, as All, prevail -
           Assent - and you are sane -
           Demur - you're straightway dangerous -
           And handled with a Chain -


Hm. Pokolenie przychodzi i pokolenie odchodzi?

(Barańczakiem oczywiście. Nie znam dobrze tego narzecza, a tradittore i tak zachwyca. Słusznie?)

niedziela, 3 kwietnia 2011

owsiki na wulkanie

Przychodzi gimnazjalistka z dylematem: gdzie dzieje się akcja Romea i Julii? "Kto to czytał, ja czy ty?" "Yyyy. No ty na pewno" Wow po raz pierwszy. "Dziewczyno. Czytałaś tę książkę czy nie?" "No tak" "To czemu MNIE pytasz?" "Bo ty wszystko wiesz". Wow po raz drugi. "Wiem, ale nie powiem" - odparłam sadystycznie, mile komplementem połechtana.

"To teraz powiedz, czy dobrze napisałam" - mówi i czyta pracę domową z polskiego. "Uzasadnij, że fraszka X Jana Kochanowskiego jest utworem refleksyjnym". Średnio przekonująca ta odpowiedź, próbuję więc nawiązać dialog. "No bo po pierwsze to ja nie wiem, czym jest utwór refleksyjny" - stwierdza dziecię przytomnie, przedstawiwszy uprzednio sążniste uzasadnienie. "No to się zastanówmy, bo sformułowałaś kluczowe pytanie" - mówię tyleż ucieszona, co przestraszona. Jak mi ktoś poda definicję i cechy dystynktywne, chętnie przyjmę. Bardzo nie lubię tych pytań z gimnazjum. Mariola uważa, że fraszka refleksyjna nie jest i specjalnie mnie to nie dziwi, bo jak ma uważać inaczej, jeśli jej ni w ząb nie rozumie? "To czemu napisałaś, że jest?" - zagaduję ciekawsko. "No bo jeśli w pytaniu jest 'uzasadnij, że jest', to znaczy, że tak trzeba napisać". Aha. Czegoż to się człowiek dzisiaj w szkole nie nauczy.

"O ranyyyyy, znowu idziesz sprawdzać" "No idę, bo nie wiemy, a globus stoi na parapecie". "Bo ty to zawsze wiesz, gdzie sprawdzić. Nawet jeśli czegoś nie wiesz, to szybko znajdziesz". Wowwwwwww. Po raz trzeci. To już było naprawdę miłe. "Właśnie po to chodzisz do szkoły, żeby się tego nauczyć" - mówię dziewczęciu z rozpaczą, bo po co chodzi, to dość dobrze widzę. "Przecież czym się różni sorpcja od absorpcji (no? czym, kochani, czym?) zaraz zapomnisz". "No tak. W sumie to już zapomniałam" "Ale ja myślałam, że po to, że jak potem moje dziecko nie będzie wiedziało, pójdzie do ojca, ojciec powie 'idź do matki', matka powie 'idź do ojca' i oboje wyjdą na idiotów. No więc że po to się muszę nauczyć, żeby ktoś na idiotę nie wyszedł".

A potem już było o tych owsikach. Żeby przed własnymi dziećmi nie wyjść na idiotów, uczą się bowiem gimnazjaliści, czym są strefy ryftowe, lapilla i kaldery oraz czym się różni epicentrum od hipocentrum. Z pewnością dobrze im później pójdzie uzasadnienie, że jedno leży pod ziemią, a drugie na.

Moje słownictwo poszerzyło się zaś o jakże wdzięczne pojęcie stożka pasożytniczego: niby byłam na Etnie i widziałam ich parę, ale mi się nie przedstawiły. Z materiałami piroklastycznymi pewnie powinnam się już była spotkać, też im jednak powiedziałam dzień dobry. Obejrzawszy zaś niektóre z tych pojęć w wiki, odkryłam jeszcze ekshalacje, mohety, fumarole i solfatary. A także dowiedziałam się, że pasożyty bywają fakultatywne, okolkicznościowe i względne lub obligatoryjne, ścisłe, względne i bezwzględne. Taki tasiemiec, myślę sobie, szczegółnie uzbrojony. On to chyba musi być bezwzględny.

środa, 9 marca 2011

lachn iz gezunt

- Eh, wie Pan, kiedy zaczynałam się leczyć, to myślałam, że te leki tak po prostu WYleczą, pstryk i już. A teraz... z czasem człowiek robi się coraz mniej wymagający - powiedziałam dziś filozoficznie mojemu panu doktorowi. Nuta spokojnej ?rezygnacji? doprawiona porcją cynizmu, a jednak... jednak wciąż mokro w oczach i solidna gula w gardle.

- To dostanie Pani jeszcze morfologię z rozmazem - powiedział ówże wpatrując się w monitor i uśmiechając spod nosa - żeby jakoś Pani zrekompensować niemożność wyleczenia.

(kurtyna)


PS Lachn iz gezunt, doktojrim hejsn lachn, śmiech to zdrowie, lekarze każą się śmiać - głosi żydowskie przysłowie. Uczyli mnie też tego w domu, intensywnie. I wychowawca w liceum również fundował nam w tej kwestii niezły trening. Ciekawe tylko, czemu przez trzy i pół roku pani Marysia cierpliwie zadawała mi pytanie: "Pani Izo, czy to NAPRAWDĘ jest śmieszne?" Gdzie jesteś, Polyanno?

poniedziałek, 7 marca 2011

to będzie performance

Na sobotnich imieninach wujka Czarka mój ulubiony stryj miał fazę narzekania na gęsi w ojczyźnie. "Instalacja! Instalacja! Co to jest instalacja? - pyta z oburzeniem godnym inżyniera z dziada pradziada. Za moich czasów to było coś, co działało i czemuś służyło, a nie udawało, że służy. Hydrauliczna instalacja była, elektryczna instalacja... to musiało mieć rury, przewody, złącza... A teraz powiesisz genitalia na krzyżu i to jest instalacja. A jak nimi poruszasz, to będzie performance".

Hm. Nijak nie mogłam znaleźć słów lepszych od tych, których się czepiał. Za tutora też oberwałam po głowie. "Czemu nie przeszkadza ci fotel albo parasol?" - spytałam, a on na to: "Nie wiem czemu, ale nie przeszkadza". Wracam potem do domu i oddaję się ulubionej ostatnio rozrywce przerabiania gazet na strzępy. Mój wzrok ląduje na takim fragmencie:

"Wysłuchanie reklamy nie jest równe wejściu na landing page i poznaniu zalet produktu. Obok odjechanego headline'u zabrakło subheadu, który komuniowałby największe korzyści. (...) Bot zarówno odgrywa rolę helpdesku, jak i pełni funkcję rozrywkową, bo można z nim porozmawiać na dowolny temat, niekonieczine związany z usługą" 

Hm.
Parasol mi nie przeszkadza.
Instalacja i performance również nie.
Bez tutora jak wiadomo żyć nie mogę ;-)

Ale z botem bym chyba sobie porozmawiała
[kimkolwiek by nie był]

Ciężko z tym językiem........................................

czwartek, 3 marca 2011

trzy ćwierci

No i miało być na temat, a znów będzie nie na temat. Smutno. Niektórzy mówią, że na pogrzebach ludzi, którzy lubili się śmiać, należałoby opowiadać dowcipy zamiast płakać. Przypomina mi się ten jazz, w rytm którego dwa lata temu szedł tłum wzdłuż Anielewicza. Słońce świeciło tak nieprzyzwoicie. Im bardziej sobie teraz słucham, tym bardziej nie idzie mi to śmianie się w rytm tanga do szuj i kolejnych ułanów.



A już do tej piosenki, co to ją jak widzę linkują różne serwisy, to już w ogóle uśmiechnąć się nie umiem. Bo czy teraz bohaterka - potrafiła? Kiedy płaczą ci, co zawsze się śmieją? Kiedy się boją?


I jeszcze jedno pytanie nie daje mi spokoju.
Czy naprawdę wesołe jest życie staruszka?
Jak jej było w tym Skolimowie?


Smutno mi, ot i co. 
A Wam?

PS Miała urodziny 17 września. na pocieszenie dla tych, którym bieg historii zakłócił beztroskę osobistego święta.

środa, 2 marca 2011

się obraziły

Po pierwsze, to chciałam napisać, że na okoliczność egzystencjalnych rozmów z mkw układa mi się poważniejsza niż ostatnie posty treść do przekazania i należy mieć nadzieję, że ją kiedyś ubiorę w słowa. Po drugie chciałam wkleić niepoważny komunikat, którym przed chwilą poczęstowała mnie strona goldenline. Czyż nie piekny to przykład na to, jak różnie można przekazać upierdliwą treść?
Błąd Wygląda na to, że nasze serwery się obraziły i nie chcą chwilowo działać. 
...właśnie z nimi rozmawiamy i przekonujemy, że nie jest to najlepsze wyjście.

piątek, 25 lutego 2011

niedziela, 20 lutego 2011

interaktywnie

należy kliknąć w szczeżujski nos i zobaczyć co się stanie ;-)

Puzzle

czwartek, 17 lutego 2011

no i tak to jest

10.

A to jest zwyczajnie historia o człowieku,
który budzi się codziennie w innym łóżku,
nawet jeśli nie rusza się z miejsca, to jest, to być musi
historia o człowieku, który budzi się
codziennie w innym łóżku. 
A to jest zwyczajnie historia o człowieku,
który uparcie pisze, chociaż wszystkie klisze
już prześwietliły się. 

11.


NO I TAK TO JEST.

Marcin Świetlicki, "Niskie pobudki"

[Takie coś wygrzebałam, grzebiąc w tym, co dawnymi powycinałam z gazet i włożyłam do koszulki na zaś. Dlaczego ja nie robię z tego użytku innego, niż wycinanie? To pytanie zadaję sobie za każdym razem, gdy mnie natchnie, by sięgnąć po nożyczki]

poniedziałek, 14 lutego 2011

a gdzie jest odpływ?

Drugie wspomnienie z okresu Pamiętnych Prawdziwie Przyjemnych Podrygów. Nie potrafię go umiejscowić w czasie, bo dane zachowane na twardym dysku mojej pamięci są sprzeczne.

Używając nomenklatury pani Marysi – leżę na katafalku. Patrzę w sufit, ryczę w poduszkę, wskazówki zegara przesuwają się tak upiornie powoli. Jest – druga, trzecia, czwarta po południu? Od rana jeszcze nie wstałam. Nic nie jadłam, nawet mojej tabletki seronilu i kisielu z otrębami, podstawy mojego pożywienia. Nie jestem w stanie przeczytać gazetki „Mój pies”, o walających się przy łóżku starych „Charakterach” nie wspominając. Książki włóżmy między bajki. Zresztą nie chcę niczego czytać. Chcę zniknąć. Dzwoni Gabrysia. „Co robisz?”. „Nic”. „Aha. A nie pojechałabyś ze mną kupić wykładziny do łazienki? Podjadę po ciebie”. Gaba. Z Gabą było dobrze. Wszak i tak trzeba czymś wypełnić ten cholerny czas. Niech będzie ta wykładzina.

Dokładnie ten sam schemat. Zwlekam się z łóżka półżywa, zapłakana. Gabrysia czeka na dole. Schodzę. Ledwo idąc. Jedziemy, po drodze chlipię. Wchodzimy do sklepu, dużego, w którym jest jasne światło, hałas i ludzie. Gaba głupieje, bo wybór za duży, a w dodatku w perspektywie mamy jeszcze babskie układanie tej wykładziny, do którego nie wiemy jak się zabrać. Chce się wycofać: „słuchaj, to jednak idiotyczny pomysł. Nie poradzimy sobie same. Trudno, odpuśćmy, przyjadę z Szymonem”. Przejmuję pałeczkę. „No co ty. Zwariowałaś? Dlaczego nie? Poczekaj. Spokojnie. Trzeba znaleźć jakiegoś pana i zapytać, ja to potrafię robić”. To była prawda: faktycznie potrafię, a metoda „na blondynkę” jest skuteczna, faceci czują się wtedy dowartościowani. Blondynka, która chce układać wykładzinę, absolutnie nie wiedząc jak, jest po stokroć lepsza od brunetki, która świetnie się na tym zna i tylko próbuje ustalić ze sprzedawcą właściwą grubość ostrza noża do tapet. Sprawdzone wielokrotnie.

Pana upolowałam i ucięłam sobie z nim pogawędkę. Prawie udało mi się go przekonać, by nam tę wykładzinę ułożył, ale ostatecznie nie zgraliśmy się czasowo. Dzwonił nawet do kolegi, ale kolega też nie mógł. Wytłumaczył więc dokładnie, ile kupić, czym ciąć i jak. Zadanie wykonałam i byłam z siebie dumna. „Nieźle ci szło” – mówi Gabrysia z uznaniem, puszczając oko. Mocno czuję, że nie chodzi jej o wykładzinę, ale nie wiem, o co. Patrzę półprzytomnie: „Ale co?”. Spogląda spode łba: „No nie rób sobie jaj”. „Yyyyy?”. „Wrócisz tu jutro i będzie twój!”. Z oczyma jak spodki protestuję słabo: „Gaba. Nie rozumiem cię…”. Szczerze protestuję. Patrzę na nią bezradnie. Tym razem ona głupieje. „No Iza, przecież ty go podrywałaś, prawda? Nie mów, że nie. Nie widzisz, jak ci się dał owinąć wokół palca?”. Nie. Nie widziałam. Próbowałam się tylko dowiedzieć, jak dwie blondynki mają się zabrać do męskiej roboty. Po co miałabym podrywać sprzedawcę wykładzin?

A potem – potem wtachałyśmy tę wykładzinę do domu, weszłyśmy do łazienki i – klops. Pan nie powiedział, z której strony zacząć. Od czegóż mam jednak tatę? Chciałam go poprosić, żeby przyjechał nam pomóc, ale Gaba nie pozwoliła. Próbowałam ją przekonać: że mieszka blisko, ma po drodze z pracy i lubi takie akcje. Nic z tego. Nie. No dobra, nie to nie. W takim razie tylko zadzwonię i pogadam. „Iza, ale jakim cudem on ci to wytłumaczy przez telefon? Przecież musiałby tu być i to widzieć!” „Nie bój się. Daj nam szansę. On mnie zna nie od dziś”. „Miś, posłuchaj. Wyobraź sobie, że układasz linoleum w łazience. Łazienka ma wymiary pi razy oko 2x2, a wykładzina jest ucięta z zapasem, 2,5x2,5. Wszystkie ściany są krzywe, a na podłodze są stare, również krzywe kafelki. I teraz skup się. Idę z ruchem wskazówek zegara. Na jednej ścianie masz drzwi, a w rogu dwie rury od ciepłej wody wchodzące w podłogę. Na drugiej ścianie jest kibel. Na trzeciej umywalka z nogą, a na czwartej wanna, pod wanną taka dziura na nogi. Z której strony byś zaczął?”

„A gdzie ty układasz tę wykładzinę?” – zapytał ciekawsko ojciec. „U Gabrysi”. „Ale gdzie ta Gabrysia mieszka?” „Na Broniewskiego”. „Aha. No to tam faktycznie może być krzywo, bo to jest sztuka budowlana lat siedemdziesiątych. A jakiegoś chłopa nie macie?” „To ma być niespodzianka dla chłopa. Mamy trzy godziny”. „Aha. To może być trochę mało. A czym chcecie ciąć?” „Nożem do tapet. Tak nam Pan w sklepie doradził”. „Rozumiem. To powiedz jeszcze raz – jak te ściany idą?” Powtarzam powoli, spokojnie. Oczy słuchającej tej rozmowy Gabrysi robią się większe i większe. Siedzimy w tej łazience na podłodze, między nami rulon wykładziny. Wypełniamy całą przestrzeń, a rulon nawet wystaje. „Aha. No to wiesz…. Ja bym chyba zaczął od tych rur. Bo wtedy przećwiczycie docinanie na małym kawałku, a potem zabierzecie się za większe dziury”. „Dobra. A co z kiblem? Mamy go odkręcić?” „A gdzie jest odpływ? W podłodze, czy w ścianie?” „W ścianie”. „W takim razie jeśli odkręcicie, to istnieje niebezpieczeństwo, że… wiesz jakie? Pomyśl!” „Się wyleje?” „Ano właśnie. Może się zdarzyć, że utoniecie w gównie sąsiada. Musisz chyba przeciąć od tyłu, a potem zrobić kółeczko wokół podstawy muszli. Nie będzie to najpiękniej…”. „No właśnie… A nie da się jakoś zatrzymać tego gówna i zatkać rury?” „Nie radziłbym próbować. Czym grozi – już Ci powiedziałem, dalej wasza sprawa, duże dziewczynki jesteście”.

Czy należy uznać, że tym razem próbowałam uwieść własnego ojca? Nie. Poprosiłam go o pomoc, a on mi jej udzielił. Skutecznie. Nie zastanawiał się nad sensem moich poczynań. Znał mnie wszak od 24 lat i zdążył się przyzwyczaić, że nie zawsze rozumie, o co chodzi w tym, co robię. Na trzeźwo również płatałam niezłe figle, a z mojego pierwszego życia czerpałam łapczywie, garściami i większość wariackich pomysłów wprowadzałam w czyn. Nie próbował zrozumieć. Był obok i kochał, jak umiał. Czy wobec faktu, że umknęła mu moja kilkumiesięczna i nieomal śmiertelna depresja, można by oczekiwać, że zauważy hipomanię? Nie. Nie, nie i jeszcze raz nie. Ogórki nie śpiewają. Ale oczy Gabrysi były duże i bardzo okrągłe.

*

Takie urywane, fragmentaryczne te wspomnienia. Wszystko można by zbić i powiedzieć, że wyolbrzymiam. Że każdy ma kiedyś głupawkę i każdy potrafi nieświadomie uwodzić oraz zapalić się do układania wykładziny. Właśnie dlatego tak trudno diagnozuje się II typ ChAD. A raczej: wszystko, co nie jest tym, co kiedyś uważano za I typ.

Można nawet pytać, czy półdniowe odpały w depresyjnym otoczeniu, a już tym bardziej bez niego, w ogóle da się podciągnąć pod kategorię hipomanii. Doskonałej książki profesora Rybakowskiego wówczas nie było. Pilnie studiowana przeze mnie w pierwszych latach przygody na biegunach książeczka państwa Papolosów [komu do cholery ją pożyczyłam?] tego nie przewidywała i dlatego ja również nie. Anglojęzycznej literatury fachowej [może ktoś chce mi sprezentować to drugie wydanie?] dla lekarzy wtedy jeszcze nie studiowałam, dość późno wpadłam na ten jakże zbawienny pomysł. "To chyba jednak był wtedy mix" - zwierzam się spotkanemu ostatnio psychiatrze. "Nie wiem, nie pamiętam, za mało danych". „Wie Pani, w sytuacji, gdy nikt tak naprawdę nie wie, czym jest choroba dwubiegunowa, to porywanie się na próbę zdefiniowania, czym jest stan mieszany, wydaje mi się być czystą ezoteryką” – powiedział mi dr Piotr Świtaj i choć castingu na razie nie wygrał, to bardzo go za ten tekst polubiłam. Zaimponował mi. Bo ja tak naprawdę również wolę inne wytłumaczenie. To było i jest kuriozum o nazwie „Iza”. Tylko i aż. W tę rubryczkę mieszczę się idealnie.

„I ty naprawdę masz dzisiaj doła?” – dopytuje Gaba znad pamiętnej wykładziny. Pan nie do końca dobrze nam doradził, może jednak nie znał się na tym tak dobrze, jak mi się wydawało. Nieopatrznie kupiłyśmy wariant przemysłowy, a on zapewnił, że będzie porządna i długo wytrzyma. Porządna może i była, ale ciąć ją nożem do tapet wcale nie było łatwo. Koniec końców jednak się poddałyśmy. To znaczy: Gabrysia wyprowadziła mnie z łazienki siłą, bo ja chciałam bawić się dalej i nie mogłam zrozumieć, dlaczego ona już nie chce. Wykładzinę ostatecznie położył Szymon i wcale nie zrobił tego równiej. Przy następnej wizycie nie omieszkałam sprawdzić. Co się uśmiał z babskiej inicjatywy – to jego. Co ja się nacieszyłam – to moje. „No. Dopóki nie zadzwoniłaś, cały dzień przeleżałam rycząc i patrząc w sufit, a potem ledwo się odskrobałam od łóżka... Wiesz, nie miałam siły dojść do samochodu, po drodze dwa razy stawałam, żeby odpocząć, a przecież stałaś przed blokiem. Ja już nie mogę, Gaba, już nie mogę. Teraz z tobą jakoś raźniej, ale na co dzień jest upiornie. Leżę i czekam, aż dzień się skończy” – odpowiadam zgodnie z prawdą, becząc jak krokodyl nad kieliszkiem wina. I każdy normalny człowiek daje się na to nabrać. Ze mną na czele i z moją osobistą panią doktór, specjalistą psychiatrą, włącznie.

piątek, 11 lutego 2011

teoria względności

"Czasami jest to Statek, ale częściej jest to Katastrofa. To wszystko zależy" - przypomniał mi przed chwilą mój ulubiony Miś.

niedziela, 6 lutego 2011

czarny lew

Posłuchaj – kiedyś,
kiedyś, kiedyś raz
był sobie czarny,
czarny, czarny, czarny las
i tam wśród czarnych, czarnych, czarnych drzew
żył sobie czarny, czarny, czarny lew.
Jak czarna fala
była grzywa tego lwa,
a jego oczy
jak płomienie czarne dwa.
A kiedy stąpał
po odłamkach czarnych skał,
to nawet groźny słoń
na widok jego drżał.
A gdy na ziemię
padał jego cień,
za czarne chmury przestraszony krył się dzień
i mrok zapadał,
i ucichał ptaków śpiew.
Lecz tak naprawdę –
TO BYŁ BARDZO DOBRY LEW.
I pewnej nocy –
możecie wierzyć albo nie –
być może, czarny lew
odwiedzi cię we śnie
i głowę skłoni, byś na grzbiecie jego siadł,
i pomknie z tobą
przez uśpiony nocny świat,
ponad lasami
i dachami śpiących miast
ponad chmurami,
tam gdzie roje sennych gwiazd,
gdzie cały w blasku
księżycowy stoi las… 


(Danuta Wawiłow)

sobota, 5 lutego 2011

O Przyjacielskim Poleceniu Poszukania Psychiatry

Na okoliczność pewnego spotkania grzebię sobie ostatnio do upojenia w psychiatrycznych wspomnieniach. Do niektórych mocno się uśmiecham, choć jest to uśmiech zaprawiony... bo ja wiem? Melancholią? Szczyptą goryczy dla podkreślenia smaku?

* * *

Zadaję sobie pytanie: kto wyłapał moją pierwszą hipomanię, tudzież maniakalne elementy pierwszego mixa? Kuba. Kuba, przyjaciel Szymona. W grudniu 2003, dokładniej – 26 grudnia. Na trzy i pół roku przed przymiarką do diagnozy pt ChAD.

Gaba i Szymon mieszkali wtedy na Piaskach, blisko mnie. Gabrysia była jedyną osobą, z którą w tym depresyjnym mroku nie zerwałam kontaktu. W drugi dzień Świąt zaprosili znajomych na bigos, mnie też. Jak to się stało, że poszłam, mimo tego, że mieli tam być obcy ludzie – nie wiem. Wiem, że wolałam być z Gabą niż z moją rodziną, bo przy Gabie nie musiałam udawać, więc pewnie dlatego. Dowlokłam się przestraszona resztką sił. Ludzie już byli. Mój niezawodny mechanizm zadziałał od razu: adrenalina natychmiast przełączyła mnie w tryb maniakalny. Żartowałam sobie i brylowałam w towarzystwie, sama się sobie dziwiąc. Ja żyję? Po raz pierwszy od wielu, wielu miesięcy bawiłam się świetnie i dokazywałam jak koza. W pewnej chwili przypomniała mi się zabawa z liceum: chodzi o to, by porozumiewać się wyłącznie słowami na P.

Patrzyli na mnie nieufnie, ale sugestywnie zademonstrowałam i po paru próbach udało mi się wszystkich w to wciągnąć. Radochy było co niemiara, bo to fajna zabawa. Po Prawdzie Potrzeba Pomyślunku, Pierwsze Próby Poniekąd Potrafią Potrwać. Potem Prościej. Pierwszorzędna Przyjemność! Bawiliśmy się Przednio, dopóki się nie znudziło. Tzn. wszystkim się znudziło – poza mną. 

Temat rozmowy się zmienił, ludzie gadali normalnie, a ja nie mogłam Przestać. Nagle wszystko układało się w Piękne Prawdziwie Przemyślane Przezabawne Powiedzonka. No więc oni rozmawiali, ja miałam głupawkę, Powoli Pożerałam Przyrządzone Przez Pracowitych Przyjaciół Potrawy Pokwikując Pojedynczo Przy Przepysznym Posiłku. Gaba Patrzyła na mnie zadziwiona i zdezorientowana, ale chyba cieszyła się moim wreszcie dobrym humorem. W pewnej chwili, między jednym żydowskim dowcipem a drugim, Szymon opowiedział historię o Pewnej Psychicznie Potrąconej Pacjentce, która przyszła do jego mamy mówiąc wierszem. A mama jej na to – „Poproszę Prozą”. Z sekwencji kolejnych dwóch P roześmieli się wszyscy, tym bardziej, że żart był niezamierzony. Ja już ze śmiechu Płakałam. Kuba spojrzał na mnie badawczo. Coś mu na to spojrzenie odpowiedziałam. Typu, bo ja wiem – „Porządny Psychiatra Przemyślnie Potrafi Przewidzieć Potrzebny Paragraf”.  Spojrzał na mnie jeszcze raz. „Iza! Może ja cię skontaktuję z Mamą Szymona???”. Jak można sobie wyobrazić, tego było już za wiele. Winem, które akurat piłam, zachłystnęłam się dość skutecznie, opluwając siebie i wszystko wokół. Resztką refleksu uratowałam kieliszek. Gaba prawie udławiła się sałatką, a garnek z bigosem o mało co nie wypadł z rąk zataczającego się z radości Szymona. Roześmiali się oczywiście wszyscy, ale dla nich był to komizm czysto sytuacyjny. Za to co myśmy się troje podławili, to nasze. Nie pamiętam już, które uspokoiło się pierwsze i zapewniło Kubę, że chwilowo nie ma takiej Potrzeby. 

A to, o ironio losu, wcale nie była prawda. Potrzeba była. Gdy parę lat później, patrząc wstecz i szukając w pamięci maniakalnych wybryków, przypomniałam sobie ten bigos – usiadłam z wrażenia. Poraziło mnie. Twarz Kuby stanęła mi przed oczami, jakby to było wczoraj. Widziałam ją. Jego propozycję wszyscy odebrali jak dobry dowcip. Ale to wcale a wcale nie był dowcip. To było bardzo nieporadnie maskowane dowcipem totalne zdezorientowanie: on wyraźnie czuł, że coś nie gra. Nie wiedział tylko co i nie potrafił ubrać tego w słowa. Skąd miał wiedzieć i potrafić? 

Mina Kuby i ton jego głosu mówiły jednoznacznie: „Dziewczyno! O co biega? Coś tu jest mocno nie tak! Coś śmierdzi!”. Pamiętam tę minę, pamiętam jego spojrzenie, pamiętam głos, jakim to powiedział. Pamiętam też bardzo dobrze, jak się zachowywałam. Kuba miał rację. Prawdziwie Podówczas Potrzebowałam Pomocy Przytomnego Psychiatry. Polecona Pani Pięknie Podpadała Pod Poszukiwany Profil. Podkarmiała Pacjentkę Pieczołowicie Przepisywanymi Psychotropami Poniekąd Pomijając Przy Profesjonalnym Postępowaniu Poważne Przesłanki. Ponieważ Psychiczne Pomieszanie Potrafi Porządnie Pomylić.  No i tak dalej – można sobie przetestować tę zabawę, jest naprawdę dobra ;-)

PS Zagadka: 
1) Co poeta miał na myśli pytając "Posiadasz Pan Potrzebny Przekręcacz?" 
2) Kto, gdzie i jakich okolicznościach był tymże poetą? [obawiam się, że na ostatnie pytanie w pełni odpowiedzieć może tylko jedna z czytelniczek bloga, pod warunkiem, że pamięta]

wtorek, 1 lutego 2011

skok przez barana

Reminiscencji z lekcji francuskiego odsłona druga. Czytanko-słuchanka o noworocznych Resolutions. Wśród nich takie: Me mettre a la gym, a la muscu, au roller, au rock acrobatique, au foot a la tele, aux flechettes, a saute-mouton... "A co to jest to saute-mouton?" - pyta pilna uczennica; uczniowie mają wszak dar do pytania o to, czego nauczyciel nie wie. Pytam wujka googla, a on na to tak:




Znaczenie pt "zabawa polegająca na przeskakiwaniu przez człowieka jak przez kozła" zrozumiałam. To się nazywa po polsku jakoś? Wujek G wypluwa też jakieś zdjęcia sportów wodnych, ale nie jestem w stanie rozstrzygnąć ani o co tak naprawdę chodzi, ani - czy uprawia się ten sport gdzieś poza Montrealem, ani - na wypadek, gdyby tak było - którą z opcji autor podręcznika miał na myśli. Any ideas?

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Panna Emilia Na Biegunach

Sięgnęłam dwa dni temu po tomik poezji. Niejaki Skimbleshanks przywiózł mi go ze sobą w swej pierwszej podróży na koniec świata. Serwetka z samolotu wskazuje taki wiersz:

Mózg – rozleglejszy jest niż Niebo –
Bo zmierz je – co do cala –
Ujrzysz, że w Mózgu się pomieści
I Pan – i Przestrzeń cała –

Mózg – bezdenniejszy jest niż Morze –
Bo zgłęb je – co do joty –
Ujrzysz, że Mózg Ocean wchłonie
Jak Gąbka – Wiadro wody –

Mózg ma dokładnie ciężar Boga –
Bo zważ ich – co do grama –
A Waga z Wagą – jak Litera
Z Głoską – będzie tożsama –


Jak na dziecko epoki przystało, jedną ręką przepisuję, a drugą wklepuję w wyszukiwarkę: „Emily Dickinson bipolar”. Wujek Google potwierdza moją intuicję, nie raz, nie dwa, nie trzy. Choćby tak: „American Journal of Psychiatry”, 2001, 158: Emily Dickinson revisited: a study of periodicity in her work. Ehhh. Obracam się w znamienitym towarzystwie, ot i co: obcięte uszy, kulki w łeb. Wiem to nie od dziś.

Wracam do książeczki z dni mojej pierwszej miłości. W serwetce trzy suszone kwiatki; łezka się w oku kręci. Księga raju? Patrzę ciekawsko na stronę obok. Wątek ten sam:

Nie trzeba być Komnatą – aby w nas straszyło –
Lub nawiedzonym Domem –
Nie ma Wnętrz straszniejszych niż Mózgu
Korytarze kryjomu –

Ileż bezpieczniej – o Północy
Ujrzeć Upiora przed sobą –
Niż spojrzeć w twarz własnym – wewnętrznym –
Pustkom i chłodom.

Prościej gnać przez widmowe Opactwo,
Gdy hurgot Głazów nas goni –
Niż stanąć ze sobą do walki –
Bez broni –

Własne Ja – gdy się zaczai
Za Samym Sobą –
Przerazi bardziej niż Morderca
W pokoju obok.

Ciało – wyciąga Rewolwer –
Drzwi ryglują trzęsące się ręce –
Przeoczając potężniejsze Widmo
Lub nawet Więcej –


Za kobiety odpowiada Barańczak.
Czy wierne - nie sprawdzam, może ktoś inny wygoogla.
A piękne? Mnie poruszają. Obie.

piątek, 14 stycznia 2011

wykopki z końca świata

Odnalezione w czeluściach komputera. Rzecz działa się w styczniu AD 2005:

Poszłam gdzieś, gdzie jest sieć odebrać maila. Żeby zobaczyć gromy od profesora znudzonego już moim ściemnianiem. Tam było dużo, dużo ludzi, a mail od profesora faktycznie na mnie w skrzyni czekał. Profesor przysłał maila zatytułowanego po polsku - brakuje jednej pracy. Treść też była po polsku, z wyjątkiem grzecznościowych formułek:
 

cara iza,
gratulacje :) :) :) :)
brakuje tylko jednej pracy
mam nadzieję dostać ją po południu
cumprimentos
F.C.


Zszokowana odpisałam profesorowi: "tak oczywiście" i pobiegłam tworzyć. A potem... spojrzałam błędnym wzrokiem dookoła, zlokalizowałam siebie (w łóżku), komputer (przed głową), skrzynkę mailową (pustą) i pomyślałam sobie: łeeeee. A przez moment było tak pięknie :)

wtorek, 11 stycznia 2011

bo wybrzydzał się kiep na harmonii mdły jęk

W ramach przerywnika muzycznego pamiątka po wczorajszym francuskim z panią Moniką. Żeby nie było, że ja mogę tylko o psychiatrach, choć to akurat przez ostatni miesiąc nie jest tak dalekie od prawdy. Podkład muzyczny, a pod spodem - kobieta. Piękna czy wierna? A raczej: czy piękna? 



Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam,
Marynarze od lat pieśni swe nucą tam.
Jest jak świat wielki port, marynarze w nim śpią,
Jak daleki śpi fiord, zanim świt zbudzi go.


Dans le port d'Amsterdam
Y a des marins qui chantent
Les rêves qui les hantent
Au large d'Amsterdam
Dans le port d'Amsterdam
Y a des marins qui dorment
Comme des oriflammes
Le long des berges mornes 


Jest port wielki jak świat, marynarze w nim mrą,
Umierają co świt, pijąc piwo i klnąc.
Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam,
Marynarze od lat nowi rodzą się tam.


Dans le port d'Amsterdam
Y a des marins qui meurent
Pleins de bière et de drames
Aux premières lueurs
Mais dans le port d'Amsterdam
Y a des marins qui naissent
Dans la chaleur épaisse
Des langueurs océanes


Marynarze od lat złażą tam ze swych łajb,
Obrus wielki jak świat czeka ich w każdej z knajp.
Obnażają swe kły skłonne wgryźć się w tę noc,
W tłuste podbrzusza ryb, w spasły księżyc i w los.


Dans le port d'Amsterdam
Y a des marins qui mangent
Sur des nappes trop blanches
Des poissons ruisselants
Ils vous montrent des dents
A croquer la fortune
A décroisser la Lune
A bouffer des haubans


Do łapczywych ich łap wszystko wpada na żer,
Tłuszcz skapuje kap, kap, z rybich wątrób i serc.
Potem pijani w sztok w mrok odchodzą gdzieś,
A z bebechów ich wkrąg płynie czkawka i śmiech.


Et ça sent la morue
Jusque dans le coeur des frites
Que leurs grosses mains invitent
A revenir en plus
Puis se lèvent en riant
Dans un bruit de tempête
Referment leur braguette
Et sortent en rotant


Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam,
Marynarze od lat tańce swe tańczą tam.
Lubią to bez dwóch zdań, lubią to bez zdań dwóch,
Gdy o brzuchy swych pań ocierają swój brzuch.


Dans le port d'Amsterdam
Y a des marins qui dansent
En se frottant la panse
Sur la panse des femmes
Et ils tournent et ils dansent
Comme des soleils crachés
Dans le son déchiré
D'un accordéon rance


Potem buch kogoś w łeb, aż na dwoje mu pękł,
Bo wybrzydzał się kiep na harmonii mdły jęk.
Akordeon też już wydał ostatni dech,
I znów obrus i tłuszcz, i znów czkawka i śmiech.


Ils se tordent le cou
Pour mieux s'entendre rire
Jusqu'à ce que tout à coup
L'accordéon expire
Alors le geste grave
Alors le regard fière
Ils ramènent leur batave
Jusqu'en pleine lumière


Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam,
Marynarze od lat zdrowie pań piją tam.
Pań tych zdrowie co noc piją w grudzień, czy w maj,
Które za złota trzos otwierają im raj.


Dans le port d'Amsterdam
Y a des marins qui boivent
Et qui boivent et reboivent
Et qui reboivent encore
Ils boivent à la santé
Des putains d'Amsterdam
De Hambourg et d'ailleurs
Enfin ils boivent aux dames
Qui leur donnent leur joli corps
Qui leur donnent leur vertu


A gin, wódka i grog, a grog, wódka i gin
Rozpalają im wzrok, skrzydeł przydają im.
Żeby na skrzydłach tych mogli wzlecieć, hen, tam,
Skąd się smarka na świat i na port Amsterdam.


...Pour une pièce en or
Et quand ils ont bien bu
Se plantent le nez au ciel
Se mouchent dans les étoiles
Et ils pissent comme je pleure
Sur les femmes infidèles
Dans le port d'Amsterdam
Dans le port d'Amsterdam. 


Hm? Ktoś się zmierzy z Młynarskim i pokusi o wariant alternatywny?

wanted (2): jedna bramka

Choć w międzyczasie wywiązała się istotna dyskusja na metapoziomie, do której jeszcze jednym długim postem wrócić planuję, postanawiam jednak powiesić kolejne odcinki. Nawet gdy myślę o kompromisach wszelakich i zakładam, że na jakiś trzeba będzie pójść, treść mojego listu jest mi bliska i wciąż wydaje się istotna. Wszak marzenia też są częścią życia. Można się więc rzucać do komentowania ;-)  

Szukam lekarza, który będzie moim sprzymierzeńcem i przewodnikiem w procesie zdrowienia.

Który zrozumie, że ja chcę wyzdrowieć i dla którego posługiwanie się kategorią zdrowia w odniesieniu do choroby psychicznej, a może również i innych przewlekłych chorób, nie będzie ani bluźnierstwem, ani świętą naiwnością. Chcę być zdrowa – na lekach czy bez nich. Wiem już, że są ludzie, którzy żyją z MD bez leków i mają się dobrze, i nikt mi nie wmówi, że ich nie ma albo że nie jest ich wielu. Może tak, może nie – nie wiemy, bo nie potrzebując recepty nie chodzą do lekarzy i Wielki Brat nie może ich policzyć. Wiem też, że ci, którzy biorą leki, dzielą się na zdrowych i chorych; niewiele ma to wspólnego z ilością piguł i tylko trochę z częstotliwością nawrotów, podobnie jak to, czy szklanka jest częściowo pusta, czy częściowo pełna, nie zależy wyłącznie od tego, ile wody do niej nalejemy, choć jakaś woda być w niej musi.

Nachorowałam się już 8 lat i wciąż nie widzę końca. Niechętnie przyjmuję, że być może czeka mnie jeszcze trochę, choć jestem już bardzo zmęczona i trudno mi to zaakceptować. Trudno na to „trochę” znaleźć siły, bo te już dawno się wyczerpały. Staram się wierzyć, że to wciąż tylko zima i przyznać rację Arnhild, że gdyby wiosna nadeszła w styczniu / to nastałby potem smutny czerwiec / ze zwiędłymi różami / pod zmęczonym niebem. Tak. Jestem chora. Stale i wciąż. I mam tego stanu serdecznie dość. Zagryzam zęby. Arnhild jest wszak w kwestiach zdrowienia wiarygodna, może mogę jej zaufać. Każda zima kiedyś się kończy, nawet ta najbardziej sroga. W to chcę wierzyć i wiem, że gdy stracę tę wiarę – umrę. Szukam lekarza, który zrozumie, że mimo tego pioruńskiego zmęczenia moim celem nie jest bycie mniej chorą. Że ja do takiego celu w ogóle nie chcę iść. Nie ten charakter, nie ten temperament, nie te priorytety. Być może niektórych to przekonuje, mnie nie. Jeśli tak, to wolę od razu zawrócić. Może wciąż za mało pokory, choć mam jej już po stokroć więcej niż na początku tej bardzo wyboistej drogi? Ale to właśnie podskórny brak pokory pozwolił mi się podnieść i zobaczyć światło; głęboko wierzę w to, że to on może mnie ocalić.

Wiem, że nikt nie może mi obiecać zdrowia i od nikogo takiej obietnicy nie oczekuję. Ale dlaczego psychiatryczny (a może w ogóle medyczny) mainstream uważa, że w imię nauki można bezkarnie odbierać nadzieję? „Za 10 lat będzie pani zdrowa” zakrawa na wróżenie z fusów, z którym szanujący się lekarz nie chce mieć nic wspólnego, za to „za 10 lat nadal będzie pani chora” ma być prawdą objawioną i przejawem naukowej mądrości? Ciekawe. Nawet jeśli dodamy „…choć może objawy nie będą dawały się we znaki”, to nadal się nie klei. Takie same fusy, tylko lepiej wymieszane. A może za 10 lat zgaśnie słońce? Nie chcę, żeby mój lekarz wróżył z fusów, niezależnie od treści tych wróżb. Chcę, by miał w sobie wewnętrzny spokój, uśmiech i pokorę wobec świata i stworzenia, wobec niepowtarzalności i nieprzewidywalności człowieka. Cichy zachwyt i dużo, dużo mocnej wiary. Osadzonej w rzeczywistości, nie oderwanej od niej. By nie uzurpował sobie roli Pana Boga, ale i nie zadowalał się rolą urzędnika.

Na całe szczęście za silna już jestem, za mądra, by raz złowioną nadzieję pozwolić sobie odebrać, choćby trzeba było wiosłować pod prąd i otwarcie, uparcie przeciwstawiać się mainstreamowi. Chcę wierzyć, chcę iść za nadzieją – to wiem. Ale jestem też krucha; gdybym nie była, nie byłabym chora i nie szukałabym pomocy. Potrzebuję, żeby w chwilach słabości mój lekarz mnie wspierał. Przypominał mi o tej nadziei, gdy mi się zgubi, bym nie musiała po nią nieustannie zawracać i na nowo jej szukać. Żeby wierzył razem ze mną, a czasem za mnie, bo gdzie dwóch lub trzech... I autentycznie wierzył, a nie udawał, że wierzy i kiwał głową dla zasady, ot, taka sobie nieszkodliwa fanaberia. Więź pacjenta z lekarzem jest zbyt silna, by opierać ją wyłącznie na słowach. Potrzebuję jego szczerej wiary, wiary mocniejszej niż moja, by moja mogła przy niej wzrastać.

Potrzebuję tej wiary również dla spójności procesu terapeutycznego. Jeśli osoba, która przepisuje mi leki, uważa, że mogę być tylko mniej lub bardziej chora, a ja nie podzielam tej perspektywy, to ciężko mi jest oddzielić jej niewiarę od mojej wiary, za niewiarę grzecznie podziękować, a piguły przyjąć z wdzięcznością jako cenną pomoc w wędrówce ku zdrowiu. A przecież potrzebuję tej pomocy. Taki rozdział może i byłby właściwy, dorosły, dojrzały, ale – jest bardzo trudny. Nie mam władzy nad nieświadomością. Sądzę, że gdybym potrafiła przeskoczyć tę poprzeczkę, już dawno byłabym zdrowa. Póki co efekt jest taki, że nie lubię tych piguł tak samo, jak myśli o tym, że na pewno nie wyzdrowieję, a to, że ich nie lubię, nie pomaga im działać. To, że nie działają, odbiera nadzieję i koło się zamyka, a mainstream rozkłada ręce: tak widać musi być, w tej bajce zdrowia nie ma.

(c.d.n.)

niedziela, 2 stycznia 2011

dla Mi o kompromisie

„Szarpałaś się ze mną, teraz szarpiesz się z K., obawiam się, ze będziesz szarpać się z każdym, kogo spotkasz” – powiedziała do mnie w czwartek moja ex pani doktór, do której przyszłam po radę w wiadomej kwestii. Mistrzyni  wrednych pytań i celnych szpilek. Odpowiadam jej. Niniejszym, tu [tzn. odpowiadam na innej kartce, ale tu przeklejam]. Szarpanie z drem K. odkładam na bok, ma zupełnie inną naturę, choć podobne przyczyny, nie spekuluję też na temat przyszłości. Jest to opowieść o relacji z lekarzem, która była bardzo, bardzo trudna, a jednak bardzo dobra. Metafora kompromisu, o który w komentarzu pod poprzednim postem zapytała mnie Prawie_mała_Mi.

Tak, szarpałam się. Jak dziecko, chore, przerażone dziecko z wysoką gorączką. Byłam tylko i aż chorym i przerażonym dzieckiem, gorączka czasem spadała, a czasem rosła. Strach był constans, choć przybierał różne oblicza. Choroba była constans, choć przecież polega na tym, że constans w niej nie ma. Była więc constans brakiem constans, z trzema prawie trzymiesięcznymi przerwami na kawę na przestrzeni pięciu i pół roku, a z dzisiejszej perspektywy – na przestrzeni ośmiu lat. Miotałam się i w tej permanentnej gorączce nie słyszałam życzliwych, nie raz powtarzanych ostrzeżeń: „Pani Izo, Irena to mocny przeciwnik. Nie należy pchać się między ostrza potężnych szermierzy”. Mój strach był silniejszy i zagłuszał dobre rady. 

Był to strach przed chorobą, strach przed zagubieniem, strach przed ciemnością, strach przed niepewnością, strach przed niewiadomą, strach przed przyszłością, strach przed porażką, strach przed bólem, strach przed cierpieniem, strach przed utratą kontroli, strach przed bliskością, strach przed zaufaniem, strach przed nadużyciem, strach przed skosem, bo rodzi ryzyko nadużycia, strach przed mrokiem depresji, strach przed samobójstwem, strach przed konsekwencjami maniakalnych wybryków, strach przed każdą wizytą u Pani, strach przed dostaniem po głowie, strach przed Pani krzywą miną, strach przed tym, że Pani nie usłyszy, strach przed tym, że Pani usłyszy, strach przed rozczarowaniem, strach przed utratą złudzeń, strach przed życiem, strach przed odpowiedzialnością, strach przed obłędem, strach przed wariatkowem, strach przed tym, że podzielę los mojej dwubiegunowej ciotki-samobójczyni, o której nie wiedziałam, że była dwubiegunowa, a teraz wiem, strach przed odrzuceniem, strach przed lekami, strach przed skutkami ubocznymi leków, strach przed tym, że leki nie zadziałają, strach przed tym, że zadziałają i trzeba będzie zmierzyć się z życiem, strach przed manią, strach przed utratą manii, strach przed zależnością, strach przed słabością, strach przed Pani siłą, strach przed tym, że utracę moje pięć minut, strach………………………… 

Ja chyba mogłabym jeszcze długo wymieniać i każdy z wymienionych przeze mnie strachów jest autentyczny. Ze znakomitą większością z nich borykam się nadal, choć ponazywałam je już i trochę oswoiłam i dalej grzecznie oram w nich na terapii i stawiam im czoła w życiu. I w międzyczasie trochę dorosłam. Ale nadal jestem chora i nadal mam gorączkę. Na miłość boską. Jak może Pani oczekiwać, że bojąc się tego wszystkiego na dwubiegunowej szybkiej karuzeli będę ufna, spokojna i nie szarpnę????????????????? W tej relacji od tego Pani jest, by wytrzymać moje szarpanie. 

Dalej. „Szarpanie się z kimś” nigdy nie jest jednostronne. Szarpałyśmy się obie, symetrycznie, bo akcja rodzi reakcję, i jeśli miałyśmy utrzymać względny pion, to im bardziej szarpałam ja, tym bardziej Pani musiała odszarpnąć, i vice versa. Problem jajka i kury jest nierozstrzygalny i nieistotny, ale wkurza mnie powiedzenie „szarpałaś się ze mną”. Taaaaak. Ja się szarpałam, Pani była niewzruszona jak skała, a dzieci znajduje się w kapuście. Niech Pani choć raz weźmie odpowiedzialność za swoje tylko i aż człowieczeństwo, przyzna się do niedoskonałości i powie „szarpaŁYŚMY się”. Może być z ciągiem dalszym: „…ty, bo się bałaś, a ja, bo wobec ogromu twojego strachu trudno było mi jednocześnie trzymać cię za rękę i się o ciebie nie obijać. Jeśli cię poturbowałam, to tylko dlatego, że próbowałam chronić cię przed upadkiem. Czasem się nie udało, ale starałam się najlepiej, jak umiałam”.

Był to grząski teren i trudne warunki atmosferyczne. Gdy dwie osoby próbują iść ramię w ramię w deszczu po błocie, obie są uparte, jedna do tego bardzo się boi, miota jak przerażone zwierzątko, a przy tym wisi na huśtawce rzucającej ją w górę i w dół, a druga próbuje ją podtrzymywać – to uniknąć szarpania można było co najwyżej zalegając w błocie. A my szłyśmy. Szłyśmy jakoś do przodu i przecież o to właśnie chodziło, nawet jeśli była to droga do Wrocławia przez Szczecin, a do „celu”, czyli kolejnego etapu mojej drogi, na którym towarzyszy mi inny przewodnik, dotarłam upaćkana błotem, wykończona, posiniaczona i z paroma dużymi ranami. Ale doszłam. Widać inaczej się nie dało

We wspólnej wędrówce przez mrok i deszcz obie się potykałyśmy i przewracałyśmy, a jednak to Pani miała latarkę i trzymała mapę, choć nie zawsze umiała ją czytać, i to Pani oferowała mi swoje ramię: nawet jeśli i ono się chwiało, to i tak było mocniejsze i stabilniejsze od mojego. Pewnie wiele razy uchroniło mnie przed upadkiem, ale również od czasu do czasu pociągnęło w błoto. Nie zważę, czego było więcej, po pierwsze, bo niemożliwe, a po drugie, bo w tej chwili bez znaczenia. Tym, co pomagało iść, było nie tylko to ramię i bolesne wyciąganie kolców z poranionych stóp, lecz także, a może przede wszystkim, Pani zwyczajna milcząca obecność w którejkolwiek ze swych licznych ról. 

*

Co nie znaczy, że miałabym coś przeciwko temu, żeby następne etapy drogi były ociupinę mniej bolesne, teren mniej grząski, a przewodnik, o którego się obijam, nieco mniej kanciasty. Rozglądam się, czy jest na to szansa, ot i co. W jednej osobie. Może nie ma. Ale jeszcze przez chwilę nie chcę tracić wiary.