środa, 25 stycznia 2012

Psujaczka

"Pomódlmy się o to, by Pani powróciła do życia sakramentalnego…" (omatko) "Nie, proszę księdza. O to się nie módlmy, to bez sensu, bo wiem, że zupełnie niepotrzebne. Niech się ksiądz pomodli, żeby... żeby mi w życiu było... trochę mniej pod górkę…" (eh) (nie ma to jak sprecyzowane oczekiwania) (i tylko jakaś gula w gardle się plącze, na całe szczęście nie zauważona)  "No właśnie! Jak Pani wróci do życia sakramentalnego, to przestanie być pod górkę" (eh) (gdzie, jesteś święty Mikołaju?) "Proszę księdza. To przemyślana decyzja. Wiem, że Pan Bóg ją klepnął, więc naprawdę odpuśćmy" (hucpa) (no hucpa, wiem) "To w takim razie wstańmy” (wstańmy) (weźmy głęboki oddech) „O to, żeby Pani wróciła do życia sakramentalnego: Ojcze nasz..." (eh) (kto ma mundur, ma władzę) (hucpę hucpą zabijaj)

Demonstracyjnie pomilczeć, czy uznać, że Pan Bóg sam wybierze, co uzna za stosowne? Innymi słowy: skorzystać, bo dwóch się zebrało, czy wręcz przeciwnie, średnio im to wyszło? Coś trzeba było wybrać, czasu mało, bo to nie litania loretańska, rzuciłam więc w duchu monetą i padło na opcję pseudopokorną. Słusznie, nie słusznie – nie wiem. Ale po co szukać guza. Wybierz sam, Panie Boże i daj, co uznasz za stosowne.

***

Na okoliczność konfliktowego ojczenasza (ojczenaszowego konfliktu?) przypomniała mi się wakacyjna lektura dziesięciolatki. Byłam wtedy na koloniach nad Balatonem. Pani wychowawczyni opieprzyła mnie: „To nie jest książka dla dzieci! Kto ci to dał?” Odpowiedziałam zdziwiona: „Mama!”. Pani nie miała zadowolonej miny: „Nic z tego nie zrozumiesz!” Hm. Myliła się. Coś zrozumiałam – choć pewnie nie to samo, co ona, coś we mnie zostało – choć pewnie nie to samo, co w niej. „Co cię najbardziej poruszyło?” – spytała mnie mama, gdy już wróciłam z tych kolonii. Odpowiedziałam jej wówczas, że historia o zaćmieniu słońca. „Oni potrafili oszukać cały lud!” – podzieliłam się moim zbulwersowaniem. „No właśnie… zobacz, jak niewiele trzeba!” – skwitowała. Potem zapytała: „A zwróciłaś uwagę na inną opowieść?” I nie czekając specjalnie na odpowiedź, odłożyła nóż, którym właśnie obierała kartofle, opłukała ręce i poszła po książkę. Usiadła ze mną przy stole w kuchni, odszukała i przeczytała na głos. „Zapamiętaj to, malutka. Tak jest łatwiej żyć”.

Porażona siłą modlitwy o mój powrót do życia sakramentalnego sięgam na półkę, żeby po dwudziestu latach odszukać te strony. Trochę się przy tej lekturze rozpędzam na prawo i lewo. Hm. Faktycznie, nieco odmienną treść dostrzegam; rozumiem na przykład (o, dobry królu Midasie), dlaczego Sara była Sarą: tego wówczas nie rozumiałam. Nie od dziś twierdzę, że książki powinno się co dziesięć lat czytać na nowo, tylko jakoś w czyn mi się tego postulatu wprowadzić nie udaje. Tak czy siak, z rozbawieniem konstatuję, że a. sprawa zaćmienia słońca nie przestała mnie bulwersować oraz b. fragment, który dziesięciolatce palcem pokazała jej nieodpowiedzialna, niemowlęta hamburgerami karmiąca matka –  jest chyba jedynym, który daje się dzisiaj obronić. Jako wartość dodana. Reszta albo się przeterminowała, albo już dawno oczywistymi oczywistościami nadpisało ją życie. A tu – co dzień na nowo. Pamiętacie?






"W chwilę później faraon spostrzegł ze zdziwieniem niby stado srebrzystych ptaków unoszących się nad ziemią. Wylatywały one ze świątyń, pałaców, ulic, fabryk, statków nilowych, chat wieśniaczych, nawet z kopalń. Z początku każdy z nich pędził w górę jak strzała, lecz wnet spotykał pod niebem innego srebrnopiórego ptaka, który zabiegał mu drogę, uderzał go z całej siły i -obaj martwi upadali na ziemię. Były to niezgodne modlitwy ludzkie, które nawzajem przeszkadzały sobie wzbić się do tronu Przedwiecznego...

Faraon wytężył słuch... Z początku dolatywał go tylko szelest skrzydeł; niebawem jednak mógł odróżnić wyrazy. I oto słyszał chorego, który modlił się o powrót do zdrowia, ale jednocześnie lekarza, który błagał, ażeby jego pacjent chorował jak najdłużej. Gospodarz prosił Amona o czuwanie nad jego śpichrzem i oborą; złodziej wyciągał ręce do nieba, ażeby bez przeszkody mógł wyprowadzić cudzą krowę i napełnić wory cudzym ziarnem. Modlitwy ich roztrącały się jak kamienie wyrzucone z procy. Wędrowiec w pustyni upadał na piasek żebrząc o wiatr północny, który by mu przyniósł kroplę wody; morski żeglarz bił czołem o pokład, ażeby jeszcze przez tydzień wiały wiatry ze wschodu. Rolnik chciał, aby prędzej wysychały bagna po wylewie; ubogi rybak żądał, by bagna nie wysychały nigdy. I ich modły rozbijały się wzajemnie i nie dosięgły boskich uszu Amona.

Największy zgiełk panował nad kamieniołomami, gdzie przestępcy, skuci w łańcuchy, za pomocą klinów moczonych wodą rozsadzali ogromne skały. Tam partia robotników dziennych błagała o noc, aby spać się położyć, podczas gdy budzeni przez dozorców robotnicy partü nocnej bili się w piersi, aby nigdy nie zachodziło słońce. Tam kupcy, którzy nabywali odłupane i obrobione kamienie, modlili się, ażeby jak najwięcej było w kopalni przestępców, podczas gdy dostawcy żywności leżeli na brzuchach wzdychając, ażeby pomór tępił robotników i umożliwił dostawcom większe zyski. Więc i modły ludzi z kopalń nie dolatywały do nieba.

Na zachodniej granicy ujrzał faraon dwie armie gotujące się do boju. Obie leżały na piaskach wzywając Amona o wytępienie nieprzyjaciół. Libijczycy życzyli hańby i śmierci Egipcjanom; Egipcjanie miotali przekleństwa na Libijczyków. Modły tych i tamtych, jak dwa stada jastrzębi, starły się nad ziemią i spadły na pustynię. Amon nawet ich nie dojrzał. I gdziekolwiek zwrócił faraon umęczoną źrenicę, wszędzie było to samo. Chłopi modlili się o wypoczynek i zniżenie podatków; pisarze - aby rosły podatki i nigdy nie kończyła się praca. Kapłani błagali Amona o długie życie dla Ramzesa XII i wytępienie Fenicjan, którzy psuli im operacje pieniężne; nomarchowie wzywali bóstwa, aby zachowało Fenicjan i prędzej pozwoliło wejść na tron Ramzesowi XIII, gdyż ten ukróci samowolę kapłanów. Lwy, szakale i hieny dyszały głodem i pożądaniem świeżej krwi; jelenie, sarny i zające z trwogą opuszczały kryjówki myśląc o zachowaniu nędznego życia jeszcze przez jedną dobę, choć mówiło doświadczenie, że i tej nocy kilkunaścioro ich musi zginąć, ażeby nie pomarły drapieżniki.










I tak na całym świecie panowała rozterka. Każdy chciał tego, co lękiem napełniało innych; każdy prosił o własne dobro nie pytając, czy nie zrobi szkody bliźniemu. Przeto modlitwy ich, chociaż były jak srebrzyste ptaki wzbijające się ku niebu, nie dosięgły przeznaczenia. I boski Amon, którego nie dochodził żaden głos z ziemi, oparłszy ręce na kolanach, coraz więcej zagłębiał się w rozpatrywaniu swojej własnej boskości, a na świecie coraz częściej rządziła ślepa moc i przypadek.












Wtem faraon usłyszał głos kobiecy: - Psujak!… Psujaczek! …wracaj, zbytniku, do chaty, bo już pora na modlitwę…- Zaraz… zaraz!… - odpowiedział głos dziecięcy. Władca spojrzał w tamtym kierunku i zobaczył ubogą lepiankę pisarza od bydła. Właściciel jej przy blaskach zachodzącego słońca kończył pisać swój rejestr, jego żona rozbijała kamieniem pszenicę na placki, a przed domem, jak młody koziołek, biegał i skakał sześcioletni chłopczyna śmiejąc się nie wiadomo z czego. Widać upajało go pełne woni powietrze wieczorne. - Psujak!… Psujaczek!… chodź tu na modlitwę… - powtarzała kobieta. - Zaraz!… zaraz!…I znowu biegał, i cieszył się jak szalony. Nareszcie matka widząc, że słońce zaczyna pogrążać się w piaskach pustyni, odłożyła swój kamień i wyszedłszy na dziedziniec schwyciła biegającego chłopca jak źrebaka. Opierał się, lecz w końcu uległ przemocy. Matka zaś wciągnąwszy go do lepianki czym prędzej posadziła go na podłodze i przytrzymała ręką, ażeby jej znowu nie uciekł. - Nie kręć się - mówiła - podwiń nogi i siedź prosto, ręce złóż i podnieś do góry… A niedobre dziecko!...

Chłopak wiedział, że już nie wykręci się od modlitwy, więc aby jak najprędzej wyrwać się znowu na podwórze, wzniósł pobożnie oczy i ręce do nieba i cieniutkim a krzykliwym głosem prawił zadyszany:
- Dziękuję ci, dobry boży Amonie, żeś tatkę chronił dzisiaj od przygód, a mamie dał pszenicy na placki… I jeszcze co?… Żeś stworzył niebo i ziemię i zesłał jej Nil, który nam chleb przynosi… I jeszcze co?… Aha, już wiem!… I jeszcze dziękuję ci, że tak pięknie na dworze że rosną kwiaty, śpiewają ptaki i że palma rodzi słodkie daktyle. A za te dobre rzeczy, które nam darowałeś, niechaj wszyscy kochają cię jak ja i chwalą lepiej ode mnie, bom jeszcze mały i nie uczyli mnie mądrości. No, już dosyć…






- Złe dziecko! - mruknął pisarz od bydła, schylony nad swoim rejestrem. - Złe dziecko, niedbale oddaje cześć Amonowi… Ale faraon w czarodziejskiej kuli dostrzegł zupełnie co innego. Oto modlitwa rozzbytkowanego chłopczyny jak skowronek wzbiła się ku niebu i trzepocząc skrzydłami wznosiła się coraz wyżej i wyżej, aż do tronu, gdzie wiekuisty Amon, z rękoma na kolanach, zagłębiał się w rozpatrywaniu swojej własnej wszechmocy. Potem wzniosła się jeszcze wyżej, aż na wysokość głowy bóstwa, i śpiewała mu cienkim dziecięcym głosikiem: - A za te dobre rzeczy, które nam darowałeś, niechaj wszyscy kochają cię jak ja...












Na te słowa pogrążone w sobie bóstwo otworzyło oczy i padł z nich na świat promień szczęścia. Od nieba do ziemi zaległa niezmierna cisza. Ustał wszelki ból, wszelki strach, wszelka krzywda. Świszczący pocisk zawisnął w powietrzu, lew zatrzymał się w skoku na łanię, podniesiony kij nie spadł na plecy niewolnika. Chory zapomniał o cierpieniu, zbłąkany w pustyni o głodzie, więzień o łańcuchach. Ucichła burza i stanęła fala morska gotowa zatopić okręt. I na całej ziemi zapanował taki spokój, że słońce, już ukryte pod widnokręgiem, znowu podniosło promieniejącą głowę."






***











Eh. Eh. Eh.
Co dzień od nowa.
Mamy miewają rację, proszę księdza.

(
ale
ty,
dobry
Panie
Boże
w
niebie,
może
mógłbyś
się
jakoś
moją
sugestią
...

powiedzmy
...
co
nieco
...
zainspirować
?
)


No i jakiś PS by się przydał:
„To śliczne imię, prawda?” „Nie!!!” – odpowiadam zdecydowanie. „To imię dla psa!" "Psa?" "Psa. Jamnika! Takiego szorstkowłosego!” „Naprawdę? A wiesz, że gdybyś nie była Iza, to byś była tym jamnikiem? Właśnie przez „Faraona”? W zasadzie... w zasadzie to szorstkowłosy nawet pasuje...” „Uff, jak to dobrze, że nie jestem!” – stwierdziłam z przekonaniem w wieku lat 10, a dziś sama nie wiem, co sądzić o tych preferencjach. Ho ho, tak tak, jakieś opowiadanie w tym temacie kołacze mi się po głowie... (zupełnie na odwrót, panie Megged) (zupełnie na odwrót) (a Łuk twierdził, że cocker-spanielka)

3 komentarze:

  1. jednak się coś poruszyło?

    Historia z księdzem...Zatrważająca jak na mój rozum. Ale świetnie opisana.

    OdpowiedzUsuń
  2. To podryguj jak najdłużej :)

    OdpowiedzUsuń