sobota, 5 lutego 2011

O Przyjacielskim Poleceniu Poszukania Psychiatry

Na okoliczność pewnego spotkania grzebię sobie ostatnio do upojenia w psychiatrycznych wspomnieniach. Do niektórych mocno się uśmiecham, choć jest to uśmiech zaprawiony... bo ja wiem? Melancholią? Szczyptą goryczy dla podkreślenia smaku?

* * *

Zadaję sobie pytanie: kto wyłapał moją pierwszą hipomanię, tudzież maniakalne elementy pierwszego mixa? Kuba. Kuba, przyjaciel Szymona. W grudniu 2003, dokładniej – 26 grudnia. Na trzy i pół roku przed przymiarką do diagnozy pt ChAD.

Gaba i Szymon mieszkali wtedy na Piaskach, blisko mnie. Gabrysia była jedyną osobą, z którą w tym depresyjnym mroku nie zerwałam kontaktu. W drugi dzień Świąt zaprosili znajomych na bigos, mnie też. Jak to się stało, że poszłam, mimo tego, że mieli tam być obcy ludzie – nie wiem. Wiem, że wolałam być z Gabą niż z moją rodziną, bo przy Gabie nie musiałam udawać, więc pewnie dlatego. Dowlokłam się przestraszona resztką sił. Ludzie już byli. Mój niezawodny mechanizm zadziałał od razu: adrenalina natychmiast przełączyła mnie w tryb maniakalny. Żartowałam sobie i brylowałam w towarzystwie, sama się sobie dziwiąc. Ja żyję? Po raz pierwszy od wielu, wielu miesięcy bawiłam się świetnie i dokazywałam jak koza. W pewnej chwili przypomniała mi się zabawa z liceum: chodzi o to, by porozumiewać się wyłącznie słowami na P.

Patrzyli na mnie nieufnie, ale sugestywnie zademonstrowałam i po paru próbach udało mi się wszystkich w to wciągnąć. Radochy było co niemiara, bo to fajna zabawa. Po Prawdzie Potrzeba Pomyślunku, Pierwsze Próby Poniekąd Potrafią Potrwać. Potem Prościej. Pierwszorzędna Przyjemność! Bawiliśmy się Przednio, dopóki się nie znudziło. Tzn. wszystkim się znudziło – poza mną. 

Temat rozmowy się zmienił, ludzie gadali normalnie, a ja nie mogłam Przestać. Nagle wszystko układało się w Piękne Prawdziwie Przemyślane Przezabawne Powiedzonka. No więc oni rozmawiali, ja miałam głupawkę, Powoli Pożerałam Przyrządzone Przez Pracowitych Przyjaciół Potrawy Pokwikując Pojedynczo Przy Przepysznym Posiłku. Gaba Patrzyła na mnie zadziwiona i zdezorientowana, ale chyba cieszyła się moim wreszcie dobrym humorem. W pewnej chwili, między jednym żydowskim dowcipem a drugim, Szymon opowiedział historię o Pewnej Psychicznie Potrąconej Pacjentce, która przyszła do jego mamy mówiąc wierszem. A mama jej na to – „Poproszę Prozą”. Z sekwencji kolejnych dwóch P roześmieli się wszyscy, tym bardziej, że żart był niezamierzony. Ja już ze śmiechu Płakałam. Kuba spojrzał na mnie badawczo. Coś mu na to spojrzenie odpowiedziałam. Typu, bo ja wiem – „Porządny Psychiatra Przemyślnie Potrafi Przewidzieć Potrzebny Paragraf”.  Spojrzał na mnie jeszcze raz. „Iza! Może ja cię skontaktuję z Mamą Szymona???”. Jak można sobie wyobrazić, tego było już za wiele. Winem, które akurat piłam, zachłystnęłam się dość skutecznie, opluwając siebie i wszystko wokół. Resztką refleksu uratowałam kieliszek. Gaba prawie udławiła się sałatką, a garnek z bigosem o mało co nie wypadł z rąk zataczającego się z radości Szymona. Roześmiali się oczywiście wszyscy, ale dla nich był to komizm czysto sytuacyjny. Za to co myśmy się troje podławili, to nasze. Nie pamiętam już, które uspokoiło się pierwsze i zapewniło Kubę, że chwilowo nie ma takiej Potrzeby. 

A to, o ironio losu, wcale nie była prawda. Potrzeba była. Gdy parę lat później, patrząc wstecz i szukając w pamięci maniakalnych wybryków, przypomniałam sobie ten bigos – usiadłam z wrażenia. Poraziło mnie. Twarz Kuby stanęła mi przed oczami, jakby to było wczoraj. Widziałam ją. Jego propozycję wszyscy odebrali jak dobry dowcip. Ale to wcale a wcale nie był dowcip. To było bardzo nieporadnie maskowane dowcipem totalne zdezorientowanie: on wyraźnie czuł, że coś nie gra. Nie wiedział tylko co i nie potrafił ubrać tego w słowa. Skąd miał wiedzieć i potrafić? 

Mina Kuby i ton jego głosu mówiły jednoznacznie: „Dziewczyno! O co biega? Coś tu jest mocno nie tak! Coś śmierdzi!”. Pamiętam tę minę, pamiętam jego spojrzenie, pamiętam głos, jakim to powiedział. Pamiętam też bardzo dobrze, jak się zachowywałam. Kuba miał rację. Prawdziwie Podówczas Potrzebowałam Pomocy Przytomnego Psychiatry. Polecona Pani Pięknie Podpadała Pod Poszukiwany Profil. Podkarmiała Pacjentkę Pieczołowicie Przepisywanymi Psychotropami Poniekąd Pomijając Przy Profesjonalnym Postępowaniu Poważne Przesłanki. Ponieważ Psychiczne Pomieszanie Potrafi Porządnie Pomylić.  No i tak dalej – można sobie przetestować tę zabawę, jest naprawdę dobra ;-)

PS Zagadka: 
1) Co poeta miał na myśli pytając "Posiadasz Pan Potrzebny Przekręcacz?" 
2) Kto, gdzie i jakich okolicznościach był tymże poetą? [obawiam się, że na ostatnie pytanie w pełni odpowiedzieć może tylko jedna z czytelniczek bloga, pod warunkiem, że pamięta]

wtorek, 1 lutego 2011

skok przez barana

Reminiscencji z lekcji francuskiego odsłona druga. Czytanko-słuchanka o noworocznych Resolutions. Wśród nich takie: Me mettre a la gym, a la muscu, au roller, au rock acrobatique, au foot a la tele, aux flechettes, a saute-mouton... "A co to jest to saute-mouton?" - pyta pilna uczennica; uczniowie mają wszak dar do pytania o to, czego nauczyciel nie wie. Pytam wujka googla, a on na to tak:




Znaczenie pt "zabawa polegająca na przeskakiwaniu przez człowieka jak przez kozła" zrozumiałam. To się nazywa po polsku jakoś? Wujek G wypluwa też jakieś zdjęcia sportów wodnych, ale nie jestem w stanie rozstrzygnąć ani o co tak naprawdę chodzi, ani - czy uprawia się ten sport gdzieś poza Montrealem, ani - na wypadek, gdyby tak było - którą z opcji autor podręcznika miał na myśli. Any ideas?

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Panna Emilia Na Biegunach

Sięgnęłam dwa dni temu po tomik poezji. Niejaki Skimbleshanks przywiózł mi go ze sobą w swej pierwszej podróży na koniec świata. Serwetka z samolotu wskazuje taki wiersz:

Mózg – rozleglejszy jest niż Niebo –
Bo zmierz je – co do cala –
Ujrzysz, że w Mózgu się pomieści
I Pan – i Przestrzeń cała –

Mózg – bezdenniejszy jest niż Morze –
Bo zgłęb je – co do joty –
Ujrzysz, że Mózg Ocean wchłonie
Jak Gąbka – Wiadro wody –

Mózg ma dokładnie ciężar Boga –
Bo zważ ich – co do grama –
A Waga z Wagą – jak Litera
Z Głoską – będzie tożsama –


Jak na dziecko epoki przystało, jedną ręką przepisuję, a drugą wklepuję w wyszukiwarkę: „Emily Dickinson bipolar”. Wujek Google potwierdza moją intuicję, nie raz, nie dwa, nie trzy. Choćby tak: „American Journal of Psychiatry”, 2001, 158: Emily Dickinson revisited: a study of periodicity in her work. Ehhh. Obracam się w znamienitym towarzystwie, ot i co: obcięte uszy, kulki w łeb. Wiem to nie od dziś.

Wracam do książeczki z dni mojej pierwszej miłości. W serwetce trzy suszone kwiatki; łezka się w oku kręci. Księga raju? Patrzę ciekawsko na stronę obok. Wątek ten sam:

Nie trzeba być Komnatą – aby w nas straszyło –
Lub nawiedzonym Domem –
Nie ma Wnętrz straszniejszych niż Mózgu
Korytarze kryjomu –

Ileż bezpieczniej – o Północy
Ujrzeć Upiora przed sobą –
Niż spojrzeć w twarz własnym – wewnętrznym –
Pustkom i chłodom.

Prościej gnać przez widmowe Opactwo,
Gdy hurgot Głazów nas goni –
Niż stanąć ze sobą do walki –
Bez broni –

Własne Ja – gdy się zaczai
Za Samym Sobą –
Przerazi bardziej niż Morderca
W pokoju obok.

Ciało – wyciąga Rewolwer –
Drzwi ryglują trzęsące się ręce –
Przeoczając potężniejsze Widmo
Lub nawet Więcej –


Za kobiety odpowiada Barańczak.
Czy wierne - nie sprawdzam, może ktoś inny wygoogla.
A piękne? Mnie poruszają. Obie.

piątek, 14 stycznia 2011

wykopki z końca świata

Odnalezione w czeluściach komputera. Rzecz działa się w styczniu AD 2005:

Poszłam gdzieś, gdzie jest sieć odebrać maila. Żeby zobaczyć gromy od profesora znudzonego już moim ściemnianiem. Tam było dużo, dużo ludzi, a mail od profesora faktycznie na mnie w skrzyni czekał. Profesor przysłał maila zatytułowanego po polsku - brakuje jednej pracy. Treść też była po polsku, z wyjątkiem grzecznościowych formułek:
 

cara iza,
gratulacje :) :) :) :)
brakuje tylko jednej pracy
mam nadzieję dostać ją po południu
cumprimentos
F.C.


Zszokowana odpisałam profesorowi: "tak oczywiście" i pobiegłam tworzyć. A potem... spojrzałam błędnym wzrokiem dookoła, zlokalizowałam siebie (w łóżku), komputer (przed głową), skrzynkę mailową (pustą) i pomyślałam sobie: łeeeee. A przez moment było tak pięknie :)

wtorek, 11 stycznia 2011

bo wybrzydzał się kiep na harmonii mdły jęk

W ramach przerywnika muzycznego pamiątka po wczorajszym francuskim z panią Moniką. Żeby nie było, że ja mogę tylko o psychiatrach, choć to akurat przez ostatni miesiąc nie jest tak dalekie od prawdy. Podkład muzyczny, a pod spodem - kobieta. Piękna czy wierna? A raczej: czy piękna? 



Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam,
Marynarze od lat pieśni swe nucą tam.
Jest jak świat wielki port, marynarze w nim śpią,
Jak daleki śpi fiord, zanim świt zbudzi go.


Dans le port d'Amsterdam
Y a des marins qui chantent
Les rêves qui les hantent
Au large d'Amsterdam
Dans le port d'Amsterdam
Y a des marins qui dorment
Comme des oriflammes
Le long des berges mornes 


Jest port wielki jak świat, marynarze w nim mrą,
Umierają co świt, pijąc piwo i klnąc.
Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam,
Marynarze od lat nowi rodzą się tam.


Dans le port d'Amsterdam
Y a des marins qui meurent
Pleins de bière et de drames
Aux premières lueurs
Mais dans le port d'Amsterdam
Y a des marins qui naissent
Dans la chaleur épaisse
Des langueurs océanes


Marynarze od lat złażą tam ze swych łajb,
Obrus wielki jak świat czeka ich w każdej z knajp.
Obnażają swe kły skłonne wgryźć się w tę noc,
W tłuste podbrzusza ryb, w spasły księżyc i w los.


Dans le port d'Amsterdam
Y a des marins qui mangent
Sur des nappes trop blanches
Des poissons ruisselants
Ils vous montrent des dents
A croquer la fortune
A décroisser la Lune
A bouffer des haubans


Do łapczywych ich łap wszystko wpada na żer,
Tłuszcz skapuje kap, kap, z rybich wątrób i serc.
Potem pijani w sztok w mrok odchodzą gdzieś,
A z bebechów ich wkrąg płynie czkawka i śmiech.


Et ça sent la morue
Jusque dans le coeur des frites
Que leurs grosses mains invitent
A revenir en plus
Puis se lèvent en riant
Dans un bruit de tempête
Referment leur braguette
Et sortent en rotant


Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam,
Marynarze od lat tańce swe tańczą tam.
Lubią to bez dwóch zdań, lubią to bez zdań dwóch,
Gdy o brzuchy swych pań ocierają swój brzuch.


Dans le port d'Amsterdam
Y a des marins qui dansent
En se frottant la panse
Sur la panse des femmes
Et ils tournent et ils dansent
Comme des soleils crachés
Dans le son déchiré
D'un accordéon rance


Potem buch kogoś w łeb, aż na dwoje mu pękł,
Bo wybrzydzał się kiep na harmonii mdły jęk.
Akordeon też już wydał ostatni dech,
I znów obrus i tłuszcz, i znów czkawka i śmiech.


Ils se tordent le cou
Pour mieux s'entendre rire
Jusqu'à ce que tout à coup
L'accordéon expire
Alors le geste grave
Alors le regard fière
Ils ramènent leur batave
Jusqu'en pleine lumière


Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam,
Marynarze od lat zdrowie pań piją tam.
Pań tych zdrowie co noc piją w grudzień, czy w maj,
Które za złota trzos otwierają im raj.


Dans le port d'Amsterdam
Y a des marins qui boivent
Et qui boivent et reboivent
Et qui reboivent encore
Ils boivent à la santé
Des putains d'Amsterdam
De Hambourg et d'ailleurs
Enfin ils boivent aux dames
Qui leur donnent leur joli corps
Qui leur donnent leur vertu


A gin, wódka i grog, a grog, wódka i gin
Rozpalają im wzrok, skrzydeł przydają im.
Żeby na skrzydłach tych mogli wzlecieć, hen, tam,
Skąd się smarka na świat i na port Amsterdam.


...Pour une pièce en or
Et quand ils ont bien bu
Se plantent le nez au ciel
Se mouchent dans les étoiles
Et ils pissent comme je pleure
Sur les femmes infidèles
Dans le port d'Amsterdam
Dans le port d'Amsterdam. 


Hm? Ktoś się zmierzy z Młynarskim i pokusi o wariant alternatywny?

wanted (2): jedna bramka

Choć w międzyczasie wywiązała się istotna dyskusja na metapoziomie, do której jeszcze jednym długim postem wrócić planuję, postanawiam jednak powiesić kolejne odcinki. Nawet gdy myślę o kompromisach wszelakich i zakładam, że na jakiś trzeba będzie pójść, treść mojego listu jest mi bliska i wciąż wydaje się istotna. Wszak marzenia też są częścią życia. Można się więc rzucać do komentowania ;-)  

Szukam lekarza, który będzie moim sprzymierzeńcem i przewodnikiem w procesie zdrowienia.

Który zrozumie, że ja chcę wyzdrowieć i dla którego posługiwanie się kategorią zdrowia w odniesieniu do choroby psychicznej, a może również i innych przewlekłych chorób, nie będzie ani bluźnierstwem, ani świętą naiwnością. Chcę być zdrowa – na lekach czy bez nich. Wiem już, że są ludzie, którzy żyją z MD bez leków i mają się dobrze, i nikt mi nie wmówi, że ich nie ma albo że nie jest ich wielu. Może tak, może nie – nie wiemy, bo nie potrzebując recepty nie chodzą do lekarzy i Wielki Brat nie może ich policzyć. Wiem też, że ci, którzy biorą leki, dzielą się na zdrowych i chorych; niewiele ma to wspólnego z ilością piguł i tylko trochę z częstotliwością nawrotów, podobnie jak to, czy szklanka jest częściowo pusta, czy częściowo pełna, nie zależy wyłącznie od tego, ile wody do niej nalejemy, choć jakaś woda być w niej musi.

Nachorowałam się już 8 lat i wciąż nie widzę końca. Niechętnie przyjmuję, że być może czeka mnie jeszcze trochę, choć jestem już bardzo zmęczona i trudno mi to zaakceptować. Trudno na to „trochę” znaleźć siły, bo te już dawno się wyczerpały. Staram się wierzyć, że to wciąż tylko zima i przyznać rację Arnhild, że gdyby wiosna nadeszła w styczniu / to nastałby potem smutny czerwiec / ze zwiędłymi różami / pod zmęczonym niebem. Tak. Jestem chora. Stale i wciąż. I mam tego stanu serdecznie dość. Zagryzam zęby. Arnhild jest wszak w kwestiach zdrowienia wiarygodna, może mogę jej zaufać. Każda zima kiedyś się kończy, nawet ta najbardziej sroga. W to chcę wierzyć i wiem, że gdy stracę tę wiarę – umrę. Szukam lekarza, który zrozumie, że mimo tego pioruńskiego zmęczenia moim celem nie jest bycie mniej chorą. Że ja do takiego celu w ogóle nie chcę iść. Nie ten charakter, nie ten temperament, nie te priorytety. Być może niektórych to przekonuje, mnie nie. Jeśli tak, to wolę od razu zawrócić. Może wciąż za mało pokory, choć mam jej już po stokroć więcej niż na początku tej bardzo wyboistej drogi? Ale to właśnie podskórny brak pokory pozwolił mi się podnieść i zobaczyć światło; głęboko wierzę w to, że to on może mnie ocalić.

Wiem, że nikt nie może mi obiecać zdrowia i od nikogo takiej obietnicy nie oczekuję. Ale dlaczego psychiatryczny (a może w ogóle medyczny) mainstream uważa, że w imię nauki można bezkarnie odbierać nadzieję? „Za 10 lat będzie pani zdrowa” zakrawa na wróżenie z fusów, z którym szanujący się lekarz nie chce mieć nic wspólnego, za to „za 10 lat nadal będzie pani chora” ma być prawdą objawioną i przejawem naukowej mądrości? Ciekawe. Nawet jeśli dodamy „…choć może objawy nie będą dawały się we znaki”, to nadal się nie klei. Takie same fusy, tylko lepiej wymieszane. A może za 10 lat zgaśnie słońce? Nie chcę, żeby mój lekarz wróżył z fusów, niezależnie od treści tych wróżb. Chcę, by miał w sobie wewnętrzny spokój, uśmiech i pokorę wobec świata i stworzenia, wobec niepowtarzalności i nieprzewidywalności człowieka. Cichy zachwyt i dużo, dużo mocnej wiary. Osadzonej w rzeczywistości, nie oderwanej od niej. By nie uzurpował sobie roli Pana Boga, ale i nie zadowalał się rolą urzędnika.

Na całe szczęście za silna już jestem, za mądra, by raz złowioną nadzieję pozwolić sobie odebrać, choćby trzeba było wiosłować pod prąd i otwarcie, uparcie przeciwstawiać się mainstreamowi. Chcę wierzyć, chcę iść za nadzieją – to wiem. Ale jestem też krucha; gdybym nie była, nie byłabym chora i nie szukałabym pomocy. Potrzebuję, żeby w chwilach słabości mój lekarz mnie wspierał. Przypominał mi o tej nadziei, gdy mi się zgubi, bym nie musiała po nią nieustannie zawracać i na nowo jej szukać. Żeby wierzył razem ze mną, a czasem za mnie, bo gdzie dwóch lub trzech... I autentycznie wierzył, a nie udawał, że wierzy i kiwał głową dla zasady, ot, taka sobie nieszkodliwa fanaberia. Więź pacjenta z lekarzem jest zbyt silna, by opierać ją wyłącznie na słowach. Potrzebuję jego szczerej wiary, wiary mocniejszej niż moja, by moja mogła przy niej wzrastać.

Potrzebuję tej wiary również dla spójności procesu terapeutycznego. Jeśli osoba, która przepisuje mi leki, uważa, że mogę być tylko mniej lub bardziej chora, a ja nie podzielam tej perspektywy, to ciężko mi jest oddzielić jej niewiarę od mojej wiary, za niewiarę grzecznie podziękować, a piguły przyjąć z wdzięcznością jako cenną pomoc w wędrówce ku zdrowiu. A przecież potrzebuję tej pomocy. Taki rozdział może i byłby właściwy, dorosły, dojrzały, ale – jest bardzo trudny. Nie mam władzy nad nieświadomością. Sądzę, że gdybym potrafiła przeskoczyć tę poprzeczkę, już dawno byłabym zdrowa. Póki co efekt jest taki, że nie lubię tych piguł tak samo, jak myśli o tym, że na pewno nie wyzdrowieję, a to, że ich nie lubię, nie pomaga im działać. To, że nie działają, odbiera nadzieję i koło się zamyka, a mainstream rozkłada ręce: tak widać musi być, w tej bajce zdrowia nie ma.

(c.d.n.)

niedziela, 2 stycznia 2011

dla Mi o kompromisie

„Szarpałaś się ze mną, teraz szarpiesz się z K., obawiam się, ze będziesz szarpać się z każdym, kogo spotkasz” – powiedziała do mnie w czwartek moja ex pani doktór, do której przyszłam po radę w wiadomej kwestii. Mistrzyni  wrednych pytań i celnych szpilek. Odpowiadam jej. Niniejszym, tu [tzn. odpowiadam na innej kartce, ale tu przeklejam]. Szarpanie z drem K. odkładam na bok, ma zupełnie inną naturę, choć podobne przyczyny, nie spekuluję też na temat przyszłości. Jest to opowieść o relacji z lekarzem, która była bardzo, bardzo trudna, a jednak bardzo dobra. Metafora kompromisu, o który w komentarzu pod poprzednim postem zapytała mnie Prawie_mała_Mi.

Tak, szarpałam się. Jak dziecko, chore, przerażone dziecko z wysoką gorączką. Byłam tylko i aż chorym i przerażonym dzieckiem, gorączka czasem spadała, a czasem rosła. Strach był constans, choć przybierał różne oblicza. Choroba była constans, choć przecież polega na tym, że constans w niej nie ma. Była więc constans brakiem constans, z trzema prawie trzymiesięcznymi przerwami na kawę na przestrzeni pięciu i pół roku, a z dzisiejszej perspektywy – na przestrzeni ośmiu lat. Miotałam się i w tej permanentnej gorączce nie słyszałam życzliwych, nie raz powtarzanych ostrzeżeń: „Pani Izo, Irena to mocny przeciwnik. Nie należy pchać się między ostrza potężnych szermierzy”. Mój strach był silniejszy i zagłuszał dobre rady. 

Był to strach przed chorobą, strach przed zagubieniem, strach przed ciemnością, strach przed niepewnością, strach przed niewiadomą, strach przed przyszłością, strach przed porażką, strach przed bólem, strach przed cierpieniem, strach przed utratą kontroli, strach przed bliskością, strach przed zaufaniem, strach przed nadużyciem, strach przed skosem, bo rodzi ryzyko nadużycia, strach przed mrokiem depresji, strach przed samobójstwem, strach przed konsekwencjami maniakalnych wybryków, strach przed każdą wizytą u Pani, strach przed dostaniem po głowie, strach przed Pani krzywą miną, strach przed tym, że Pani nie usłyszy, strach przed tym, że Pani usłyszy, strach przed rozczarowaniem, strach przed utratą złudzeń, strach przed życiem, strach przed odpowiedzialnością, strach przed obłędem, strach przed wariatkowem, strach przed tym, że podzielę los mojej dwubiegunowej ciotki-samobójczyni, o której nie wiedziałam, że była dwubiegunowa, a teraz wiem, strach przed odrzuceniem, strach przed lekami, strach przed skutkami ubocznymi leków, strach przed tym, że leki nie zadziałają, strach przed tym, że zadziałają i trzeba będzie zmierzyć się z życiem, strach przed manią, strach przed utratą manii, strach przed zależnością, strach przed słabością, strach przed Pani siłą, strach przed tym, że utracę moje pięć minut, strach………………………… 

Ja chyba mogłabym jeszcze długo wymieniać i każdy z wymienionych przeze mnie strachów jest autentyczny. Ze znakomitą większością z nich borykam się nadal, choć ponazywałam je już i trochę oswoiłam i dalej grzecznie oram w nich na terapii i stawiam im czoła w życiu. I w międzyczasie trochę dorosłam. Ale nadal jestem chora i nadal mam gorączkę. Na miłość boską. Jak może Pani oczekiwać, że bojąc się tego wszystkiego na dwubiegunowej szybkiej karuzeli będę ufna, spokojna i nie szarpnę????????????????? W tej relacji od tego Pani jest, by wytrzymać moje szarpanie. 

Dalej. „Szarpanie się z kimś” nigdy nie jest jednostronne. Szarpałyśmy się obie, symetrycznie, bo akcja rodzi reakcję, i jeśli miałyśmy utrzymać względny pion, to im bardziej szarpałam ja, tym bardziej Pani musiała odszarpnąć, i vice versa. Problem jajka i kury jest nierozstrzygalny i nieistotny, ale wkurza mnie powiedzenie „szarpałaś się ze mną”. Taaaaak. Ja się szarpałam, Pani była niewzruszona jak skała, a dzieci znajduje się w kapuście. Niech Pani choć raz weźmie odpowiedzialność za swoje tylko i aż człowieczeństwo, przyzna się do niedoskonałości i powie „szarpaŁYŚMY się”. Może być z ciągiem dalszym: „…ty, bo się bałaś, a ja, bo wobec ogromu twojego strachu trudno było mi jednocześnie trzymać cię za rękę i się o ciebie nie obijać. Jeśli cię poturbowałam, to tylko dlatego, że próbowałam chronić cię przed upadkiem. Czasem się nie udało, ale starałam się najlepiej, jak umiałam”.

Był to grząski teren i trudne warunki atmosferyczne. Gdy dwie osoby próbują iść ramię w ramię w deszczu po błocie, obie są uparte, jedna do tego bardzo się boi, miota jak przerażone zwierzątko, a przy tym wisi na huśtawce rzucającej ją w górę i w dół, a druga próbuje ją podtrzymywać – to uniknąć szarpania można było co najwyżej zalegając w błocie. A my szłyśmy. Szłyśmy jakoś do przodu i przecież o to właśnie chodziło, nawet jeśli była to droga do Wrocławia przez Szczecin, a do „celu”, czyli kolejnego etapu mojej drogi, na którym towarzyszy mi inny przewodnik, dotarłam upaćkana błotem, wykończona, posiniaczona i z paroma dużymi ranami. Ale doszłam. Widać inaczej się nie dało

We wspólnej wędrówce przez mrok i deszcz obie się potykałyśmy i przewracałyśmy, a jednak to Pani miała latarkę i trzymała mapę, choć nie zawsze umiała ją czytać, i to Pani oferowała mi swoje ramię: nawet jeśli i ono się chwiało, to i tak było mocniejsze i stabilniejsze od mojego. Pewnie wiele razy uchroniło mnie przed upadkiem, ale również od czasu do czasu pociągnęło w błoto. Nie zważę, czego było więcej, po pierwsze, bo niemożliwe, a po drugie, bo w tej chwili bez znaczenia. Tym, co pomagało iść, było nie tylko to ramię i bolesne wyciąganie kolców z poranionych stóp, lecz także, a może przede wszystkim, Pani zwyczajna milcząca obecność w którejkolwiek ze swych licznych ról. 

*

Co nie znaczy, że miałabym coś przeciwko temu, żeby następne etapy drogi były ociupinę mniej bolesne, teren mniej grząski, a przewodnik, o którego się obijam, nieco mniej kanciasty. Rozglądam się, czy jest na to szansa, ot i co. W jednej osobie. Może nie ma. Ale jeszcze przez chwilę nie chcę tracić wiary. 

czwartek, 30 grudnia 2010

wysłuchawszy dezyderat...

...pt czytelników zdjęłam nadmiar literek i będę je teraz grzecznie dawkować ;-)

wtorek, 28 grudnia 2010

wanted (1): tego samego gatunku

Szukam lekarza, który chciałby mnie leczyć.  

Mnie, jednostkę ludzką, a nie jednostkę chorobową, z którą do niego przychodzę, bo to ja przychodzę z ową jednostką, a nie jednostka ze mną. Dla którego będę Izą B., wiosen (niestety już) 30, oczy piwne, na głowie pokręcone, w głowie wciąż pstro. Znaki szczególne: zmęczona, smutna, w życiu pusto, zmęczona, bardzo zmęczona. Mimo tego uparcie nie chcę być okazem gatunku F31 – bo nie znam takiego gatunku ani ja, ani Międzynarodowy Kodeks Nomenklatury Zoologicznej. Jeśli już do jakiegoś gatunku należę, to jest on ten sam po obu stronach biurka i nazywa się homo sapiens, co do członu sapiens zachodzą czasem wątpliwości. Nie chcę też być moim peselem, moim numerem dowodu, moim adresem czy telefonem, listą zażywanych przeze mnie specyfików i inwentarzem moich prób samobójczych. Szukam lekarza, dla którego moja jednostkowość będzie nadrzędna wobec każdej klasyfikacji gatunkowej, z tabelkami DSM i ICD na czele, a moja osoba i moja historia w procesie leczenia ważniejsza od teczki z dokumentacją. Nie lubię być teczką. Mam na imię Iza.

(c.d.n.)

siedem lat i pięć protekcji

Moją przygodę z psychiatryczną służbą zdrowia zaczęłam jesienią roku 2003. Będzie siedem lat, już ponad, a przygodzie z depresją/chad za chwilę stuknie lat osiem. Długo. Wychowała mnie pani Irena, o której już kiedyś w blogu na biegunach opowiadałam. Wyfrunąwszy spod jej skrzydeł od dwóch lat leczę się w PZP przy IPiN, czyli miejscu, w którym teoretycznie rzecz biorąc znaleźć powinnam najbardziej fachową pomoc w Warszawie. W dodatku za darmo, czyli za pieniądze podatników. I poniekąd tę fachową pomoc znajduję - byłabym nieuczciwa twierdząc, że nie. Tyle, że... nieco rozmija się ona z moimi oczekiwaniami.

Do mojego obecnego lekarza trafiłam w sytuacji, nazwijmy to, emergency. Ze skierowaniem do psychiatryka w torebce i poważnym dylematem, czy aby z niego nie skorzystać i nie zamknąć się w tym przybytku na Święta i Nowy Rok. Zupełnie nie wiedziałam jednak, z czym to się je. Z czym się je szpital jakikolwiek, a wariatkowo w szczególności. Co to znaczy. Jak się to robi. Zadzwoniłam więc do najbliższej na moim horyzoncie osoby, która wiedzieć mogła. Bałam się, panicznie się bałam. Ciocia Bożenka była miła. Zaprowadziła do pani doktór. Też miłej. Pani doktór zadała parę pytań i zaprowadziła do pana doktora. Siwy, również wyglądał na miłego. Przekonywanie go, by mnie przyjął, było dość zabawne, lub może lepiej - tragikomiczne. No ale element komizmu niezaprzeczalnie był:

- Słuchaj, D. dała skierowanie. Ty musisz panią przyjąć!
- Muszę?
- No musisz. Pani ma pięć protekcji.
- Jakie pięć, jeśli widzę dwie?
- No pięć. Ja raz. Bożena dwa. D. trzy. Pani cztery. Ty pięć. Czyli nie masz wyjścia.

Pan pokiwał głową i się zgodził. Zapisał w kalendarzu, zapytał o ubezpieczenie, poinformował "ja to jestem urzędnik" i kazał przynieść rmuę. Nie wiedziałam wówczas, jak głęboka prawda kryła się w słowach, którymi mi się przedstawił..........

"Niech mu Pani da szansę" - powiedziała mi wówczas pani Marysia i poparła ją pani Irena. Przyznałam im rację. Może nie potrzebuję już serca, mam je wszak gdzie indziej. Może dobry, sprawny urzędnik wystarczy, jeśli właściwie przekłada papierki i wzorowo posługuje się procedurami? Wiele osób słysząc nazwisko bije czołem i zachwala. Z pewnością nie bezpodstawnie. Dałam sobie czas, dałam jemu czas. Coś zrobiliśmy, czegoś nie. Bilans nie jest na minusie, ale za bardzo na plusie również nie. Mam poczucie, że czas powoli się kończy i że pora szukać następnego gniazda.

* * *

"Stawia Pani wysoką poprzeczkę" - powiedziała refleksyjnie jedna z uczestniczek castingu. Taka, coby go pewnie wygrała, gdyby nie to, że sama się wycofała. "Może być trudno znaleźć kogoś, kto do niej doskoczy" - dodała. Zamyśliłam się. Tak, wiem. Ja to dobrze wiem. Tylko tak się złożyło, że przez pięć lat leczenia u pani Ireny zostałam przez nią rozpuszczona i nie potrafię zejść poniżej tego poziomu. Co więcej, zachłannie chciałabym wyżej, ponieważ urosłam i moje potrzeby również wydoroślały. Nie potrafię wyrzec się tego, do czego z takim trudem sama się pięłam, pod wiatr, po ciemku, przez tonę strachu, hektolitry łez, kilometry książek, wiele godzin psychoterapii. I nie widzę powodu, żeby to robić. Jest mi trochę smutno, że wśród osób, z którymi o tym rozmawiam, mało kto mnie rozumie i mało kto wspiera.

Siedem lat to wystarczająco dużo czasu, by samej chorując uważnie przyjrzeć się psychiatrii, psychiatrom i pacjentom psychiatrów, a w istocie szerzej - medycynie, lekarzom i pacjentom tych lekarzy. Na żywo, w internecie, w mediach, obserwując lekarzy moich i niemoich, różne modele chorowania i leczenia - przez siedem lat zdążyłam się dużo pozastanawiać i dojść do konkretnych wniosków. Zdążyłam przemyśleć i przedefiniować w sobie znaczenie i wartość relacji lekarz-pacjent oraz świadomie opowiedzieć się po stronie konkretnej filozofii zdrowia i choroby implikującej określony kształt procesu chorowania, zdrowienia i leczenia. Która u swych podstaw jest filozofią - człowieka. 

Postanowiłam więc powalczyć. To nie jest ani łatwe, ani przyjemne i wbrew temu, co mi ktoś zasugerował, nie stanowi perwersyjnej formy rozrywki. To boli i kosztuje, a ja w imię wyższych celów zagryzam zęby. Traktuję ten casting jak inwestycję. Być może kiedyś się poddam, być może całkiem niedługo, ale na razie - wciąż szukam. Szukam lekarza. Moje siedmioletnie przemyślenia, które w ciągu ostatniego miesiąca mielę i mielę we wszystkie strony, składają się na list gończy w odcinkach. Będzie dużo, dużo czytania, jakoś wszak trzeba nadrobić roczne zaległości na blogu. Feedback mile widziany.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

dodatkowo nie mogłam przy niej palić

Jak jedni wiedzą, a inni nie, od pewnego czasu prowadzę casting na psychiatrę. Można się łatwo domyślić, że preselekcja odbywa się w internecie. Najbardziej lubię opatrzone zdjęciem rzeczowe notki napisane własnoręcznie przez potencjalnych kandydatów i wiszące na stronie poradni, w której przyjmują, wraz z lokalizacją i cennikiem - ale czasem takowych nie ma. Są za to portale typu "znanylekarz.pl", "porzadnylekarz.pl" czy "rankinglekarzy.pl", w których każdy może zamieścić opinię na temat danego specjalisty i przypisać mu odpowiednią liczbę gwiazdek. Potem jednym kliknięciem myszki można się z czyjąś opinią zgodzić lub nie (i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zgodzić się lub nie 50 razy pod rząd). Prawdę mówiąc przeczytawszy rzeczową notkę również lubię zajrzeć w takie miejsce, ale... obarczone jest to naturalnym ryzykiem. Ryzykiem oplucia monitora. Moje najnowsze wykopalisko:

Szczerze mówiąc w ogóle mi pani Magda nie pomogła. Miałam depresję, dobrała mi złe leki, nic się po nich nie zmieniło, w ogóle miałam wrażenie, że uważa mnie za czubka, tzn .patrzyła tak, jakby miała w głowie "o, takiej córki to bym nie chciała". I jeszcze to pudełko chusteczek na stoliku...przecież gdy ktoś ma depresję to chce mu się płakać i tak a jak jeszcze zobaczy, że są chusteczki to już w ogóle wpada w ryk. Dla mnie to była prowokacja, jakby wszyscy czekali aż się rozkleję. Poza tym...niby stwierdziła depresję,ale dla mnie to było dziwne, jeszcze za kórymś razem upewniała się czy "na pewno" mam tak na imię (nie powiem jak, bo to nieważne). Jak taka osoba ma mnie poznać, skoro nie pamięta jak się nazywam. I jeszcze to koszmarne miejsce. Najpierw w jakimś domu a potem w pokoiku w takim "bunkrze" bo inaczej tego nie nazwę. Najlepszy byłby psychiatra z którym można wyjść, pochodzić, wpaść gdzieś na kawę, spędzić trochę czasu, palić przy nim itp... A właśnie: dodatkowo nie mogłam przy niej palić, po prostu cudownie. Tylko się przez to denerwowałam i myślałam, aby jak najszybciej wyjść na papierosa. Nie polecam 

No więc wychodzi, że do pani Magdy nie mam po co iść. Palić nie pozwala, takiej córki nie chce, prowokuje chusteczkami i przepisuje nieskuteczne leki, pewnie umyślnie. A fuj, do sądu z nią, albo przynajmniej Izby Lekarskiej! 

sobota, 25 grudnia 2010

substancja dobrych życzeń

Za sprawą facebookowej globalizacji zapożyczam od Joanny post z bloga Haliny Bortnowskiej, o wdzięcznym tytule


Bożonarodzeniowy traktat o życzeniach

Życzenia to poważna sprawa. Nie są banalnym dodatkiem do prezentów, zdawkową deklaracją. Prezenty mogą być symbolicznym wyrazem życzeń, ale dobrych życzeń nie zastąpią. Od dawna apeluję o dowartościowanie życzeń. Sama myślę nad nimi, myślę przede wszystkim nie o tym, co powiem, lecz co czuję, o wewnętrznym otwieraniu się ku ludziom, którym dobrze życzę; o czymś, co może jest modlitwą za nich, albo prościej: gotowością, staraniem, by mogli przyjąć coś ode mnie, czy ze mnie, coś, co zrobi im dobrze, pocieszy, wzbogaci. 

Coś takiego dostępne jest wszystkim, ale szczególnie ważne staje się na starość. Bo to, co weźmiecie ze mnie, będzie żyło Waszym życiem, nie zmarnuje się. A więc istotne jest zbudowanie w sobie substancji dobrych życzeń. Bezimienna ta substancja jest przekazywana wraz z uściskiem nawet byle jakimi słowami, takimi jak "zdrowia, bo to najważniejsze" albo "wszystkiego najlepszego". To już lepszym jest zwrotem, bo każdy życzeniobiorca może sam rozstrzygnąć, co uważa za najlepsze dla siebie. 

Przygotowanie życzeń to nie wymyślanie formułek, lecz zebranie się w sobie, aby naprawdę podejść z rzeczywistą, ciepłą, działającą życzliwością. Można ją kierować ją ogólnie, to znaczy generalnie ku osobie, przywołując ją z oddali albo patrząc na nią z bliska, na opłatek w jej palcach. Można objąć życzeniami plany i pragnienia tej osoby, znane lub pozostające tajemnicą. Dobre plany, twórcze tęsknoty - wszystkiemu, co Twoje, gorąco sprzyjam. I tak spełnia się podstawowe życzenie: Święta są radosne!


***
Ten traktacik napisany dla Was, dla Ciebie, prześlij dalej komu zechcesz, dołączając do swoich życzeń również moje. 

Ten traktacik przesyłam więc Wam, którzy tu zaglądacie - wraz z substancją moich dobrych życzeń, na Święta i nadchodzący rok. 

sobota, 18 grudnia 2010

kali, krowy

[Miało być w dwóch odcinkach, ale nie będzie i w związku z tym będzie długie - bo to jednak ta sama historia].

Swego czasu, jeszcze w liceum, w gronie znajomych mi osób funkcjonowało określenie "jehowy". "To jest jehowe!" - mawiał na pielgrzymkowym postoju Bury, który później został księdzem. Mawiała tak samo Irminka, która potem skończyła teologię i spędziła dwa lata w zakonie. Kto jeszcze wtedy tak mawiał - nie pamiętam. Pamiętam, że działało na mnie jak płachta na byka, że protestowałam, że tupałam, kopałam w kostki. Na próżno. Słoik, który nie chciał się otworzyć był jehowy i już. A żadna z tych osób nie była ani głupia, ani niewrażliwa, co więcej - mocno pracowały nad tym, by żyć głęboko i prawdziwie po chrześcijańsku. Tfu. Katolicku. Patrzyli na mnie pobłażliwie, ja wszak zadawałam się z poganami (w politycznej poprawności nazywanymi chrześcijanami innych wyznań).

"Ta kanapa jest pedalska" - usłyszałam któregoś dnia od znajomego, który właśnie kończył na moją cześć sprzątać pokój i siłował się z kanapą, która nie chciała się złożyć. Nogi się pode mną ugięły i usiadłam, usadziła mnie mieszanka złości i bezsilności doprawionej komizmem sytuacyjnym i poczuciem wszechogarniającego absurdu . Paranoję schowałam do kieszeni, uśmiałam się głośno i złowrogo powiedziałam, że jeśli jeszcze raz to usłyszę, to nie będę się przy nich krępowała używać retoryki moich znajomych, i tym sposobem w domu Świadków Jehowy zamieszka jehowa kanapa.

"Bo wiesz, ten czajnik jest jehowy" - powiedziała w listopadzie tego roku dawno nie widziana Kasia, w której belgijskim mieszkanku właśnie gościłam. "Nie, Kasiu, on jest katolicki" - odparłam ze złością. Nie mogłam uwierzyć, że człowiek o piętnaście lat starszy i - chciałoby się - dojrzalszy, przy tym wciąż głęboko wierzący, pogłębiający swą wiarę i zaangażowany w życie Kościoła nadal posługuje się tym samym określeniem. Że nie przeszkadza mu ani to, że miesza z błotem tych, których uważa za pogan (a do kogo przyszedł Jezus? i czy to nie on kazał szanować każdego człowieka? Po kiego diabła w ewangelii mamy przypowieść o Samarytaninie?), ani to, że pomiata Imieniem Bożym. Jakie by nie były samogłoski, których w tekście nie ma i twardych dowodów nie znajdziemy, to spółgłoski są te same, w żydowskiej tradycji święte. Zawsze mi się wydawało, że Jezus był żydem, a nakaz szanowania Imienia pochodzi z tej samej Biblii, którą czytamy w Kościele. Z jakichś przyczyn również w Biblii tysiąclecia od pewnego czasu figuruje tetragram - ale to pewnie również wyłącznie polityczna poprawność.

Gdy jehowy stał się również spóźniający się pociąg, zaprotestowałam jeszcze raz, próbując nawiazać rozmowę. Rozmowa została brutalnie ucięta, nie wolno mi było nic powiedzieć. "Nie będę z tobą rozmawiać, bo ty jesteś uprzedzona do Kościoła katolickiego!" - usłyszałam i o mało nie usiadłam znowu[*]. Komunikat został wielokrotnie powtórzony i musiałam bardzo walczyć o to, by móc wypowiedzieć jedno zdanie - to, które zamieszczam w przypisie. Zrozumiałam. "Katolicki czajnik" nie był metaforą - "katolicki czajnik" został odebrany jako atak. Z pewnością tak właśnie czuje się Świadek Jehowy słysząc sformułowanie "jehowy słoik". Ale Kali tego nie widzi, kiedy to on kradnie krowy. Ci, co kradną krowy jemu, są uprzedzeni.

[*] Z pewnością tak właśnie jest. Spędziwszy w Kościele parę dobrych lat mojego życia, zdarłszy pazury na głębokich duchowych poszukiwaniach z pewnością mam wszelkie podstawy ku temu, by się uprzedzać, czyli - w moim tego słowa rozumieniu - wydawać nieuzasadnione sądy o czymś, czego nie znam. Nie jestem uprzedzona. Jestem krytyczna i jest mi bardzo smutno. Wolałabym dobrze myśleć o rodzinnym domu, w którym wyrosłam i który opuściłam, by pójść dalej życiową drogą. Ale nie potrafię trwać w iluzji.


***


"Ej, co jest, masz polio???" - krzyknęła do młodszego brata pewna francuska piętnastolatka, gdy młody jakoś niefortunnie stanął i o mało co nie wywrócił krzesła. W obecności dorosłych, którzy... się chórem roześmieli. Czułam się głupio, ale postanowiłam zawalczyć: "Amelie, polio to ciężka choroba, to nic wesołego, kiedy się ją ma" - wyjaśniłam spokojnie, jako że nikt inny tego nie zrobił. Nie to, że się nie bałam - przeciwstawić się kolektywowi nie jest łatwo i żołądek miałam ściśnięty. Kolektyw spojrzał na mnie z politowaniem i wyjaśnił: "po francusku tak się mówi, kiedy ktoś jest niezgrabny". Mhm. Byłam tylko barbarzyńcą, który przyjechał z zacofanego kraju, w którym na polu można spotkać konia, a w telewizji człowieka chorego na polio. Zaiste, Janka Ochojska porusza się czasem niezgrabnie. Nie pamiętam, czy wdałam się wówczas w dalszą rozmowę i czy zapytałam, czy tak samo nie reagują, gdy kogoś określa się mianem downa. Pamiętam, że się nad tym zastanawiałam. Ale to było 12 lat temu.

"Bo wiesz, Robert, ja mam sklerozę" - powiedziała w luźnej gadce pewna pani do człowieka chorującego na SM, a on zaoponował stanowczo, z uśmiechem: "nie, Krysiu, sklerozę to mam ja!". Pani zaczęła tłumaczyć, że wcale nie on, tylko ona, bo ona wszystkiego zapomina. Człowiek pokiwał głową i nie wdał się w dalszą dyskusję. Ja też milczałam. I wcale nie było do śmiechu. Myślałam o tym, że od kiedy SM zaistniało na moim bliskim emocjonalnym horyzoncie i nabrało konkretnego znaczenia, słowo "skleroza" wyszło z mojego języka. Naprawdę wyszło. Jeśli czasem zdarzy mi się zagalopować, czuję na sobie wzrok Smoka, przy którym ktoś posłużył się słowem "kiepski". "Czy Pani jest pewna, że zna znaczenie użytego przed chwilą przymiotnika?" - mówi dobitnie i srogo. Zdarza mi się zapomnieć własnej głowy, ale - nie, nie mam sklerozy. Tylko... dlaczego miewam schizofrenię, jeśli to nie moje F?

"Ona jest normalna, ona nie jest psychiatryczna" - tłumaczyła mi dzisiaj pewna znajoma, zachęcając do porozmawiania wprost z panią, z którą rozmawiać się krępowałam. "Mamo........." - pomyślałam. Nogi się nie ugięły, tylko mina zrzedła. Zobaczyłam pedalsko-jehową kanapę w domu Świadków Jehowy i psychiatryczną siebie na tej kanapie. W dodatku ćwierćżydówa. Schiza totalna. A przede mną moją rozmówczynię [czyżby sklerotycznie zapomniała o moich żółtych papierach?] - na barykadach o wolność, demokrację, równouprawnienie kobiet i poszanowanie mniejszości.  Po-lo-nia żyd-ki!!! Wa-ria-ci do ga-zu!!!

***

Jak to jest z tym językiem?
Jak to jest z tymi kategoriami?
Nie da rady bez Aliena?


[jeśli istnieje jeszcze ktoś, kto nie zniechęcił się wielomiesięczną ciszą i czasem tu zagląda, to nie miałabym nic przeciwko dyskusji w komentarzach]

środa, 15 grudnia 2010

przekleństwo styczniowej wiosny

Gdyby wiosna nadeszła w styczniu
to nastałby później smutny czerwiec
ze zwiędłymi różami
pod zmęczonym niebem 

...

Arnhild Lauveng, "Niepotrzebna jak róża"
drugie czytanie

czwartek, 2 grudnia 2010

however you spell

Sylwia wkleiła na facebooku, a ja nie mogłam się oprzeć i piratuję. Wsiewo łutszewo ;-)

środa, 27 stycznia 2010

od sąsiadki

Antek chory, nie weźmie udziału w przedszkolnym przedstawieniu z okacji Dnia Babci i Dziadka. Płacz i histeria. 
mama Gab: Antek, jutro dziadkowie przyjdą, zrobisz im prywatne przedstawienie, nie rycz.
Antek: Do jutra to ja zapomnę ten wierszyk na maksa.
Ryk.

KURTYNA
więcej antkowych mądrości tu

wtorek, 26 stycznia 2010

ten jest z ojczyzny mojej

Ten, co o własnym kraju zapomina
Na wieść, jak krwią opływa naród czeski,
Bratem się czuje Jugosłowianina,
Norwegiem, kiedy cierpi lud norweski,

Z matką żydowską nad pobite syny
Schyla się, ręce załamując z żalem,
Gdy Moskal pada czuje się Moskalem,
Z Ukraińcami płacze Ukrainy.

Ten, który wszystkim serce swe otwiera,
Francuzem jest, gdy Francja cierpi, Grekiem,
Gdy naród grecki z głodu obumiera.
Ten jest z ojczyzny mojej. Jest człowiekiem.

Antoni Słonimski, 1943

W nocy z 22/23 stycznia tablica pamięci Lizy i Jakuba Rotbaumów, twórców Teatru Żydowskiego we Wrocławiu, zyskała taki wygląd:










...a kamienice przy ul. Włodkowica wzbogaciły się o napis i kolejne malunki. Ostatni raz te rejony wyglądały podobnie w czerwcu 2009, wcześniej w styczniu 2009. Można sobie o tym poczytać np. tu i tu.

Proszę, podpiszcie petycję do prezydenta Wrocławia

niedziela, 24 stycznia 2010

matka to matka



lenistwo jest matką
wszystkich niepowodzeń,
ale matka to matka,
matkę się szanuje!

czwartek, 21 stycznia 2010

see mercury falling

wiekopomny dzień: 21.01.2010
i co, będzie lepiej?
ma być.




Fill my eyes
O Lithium sunset
And take this lonesome burden
Of worry from my mind
Take this heartache
Of obsidian darkness
And fold my darkness
Into your yellow light

I've been scattered I've been shattered
I've been knocked out of the race
But I'll get better
I feel your light upon my face

Heal my soul
O Lithium sunset
And I'll ride the turning world
Into another night
Into another night
Into another night
See mercury falling... 

modlitwa optymisty

Magda vel poetkam powiesiła dziś na forum dla wariatów "modlitwę optymisty". Pollyanną trąci na odległość, ale wszak Pollyanna tak całkiem głupia nie była. No więc ocalam Pollyannę od zapomnienia. Any comments welcome.

Dziękuję za:

- bałagan, który muszę posprzątać po imprezie,
bo to oznacza, że mam przyjaciół,

- podatki, które muszę zapłacić,
ponieważ to oznacza, że jestem zatrudniony,

- trawnik, który muszę skosić, okna, które trzeba umyć,
bo to oznacza, że mam dom,

- ubranie, które jest troszeczkę ciasne,
ponieważ to oznacza, że mam co jeść,

- cień, który patrzy, kiedy pracuję,
bo to oznacza, że jestem na słońcu,

- ciągłe narzekanie na rząd,
ponieważ to oznacza, że mamy wolność słowa,

- duży rachunek za ogrzewanie,
bo to oznacza, że jest mi ciepło,

- panią, która siedzi za mną w kościele i drażni swoim śpiewem,
ponieważ to oznacza, że słyszę,

- stosy rzeczy do prania i prasowania,
bo to oznacza, że moi ukochani są blisko,

- budzik, który odzywa się każdego ranka,
ponieważ to oznacza, że żyję,

- zmęczenie i obolałe mięśnie pod koniec dnia,
bo to oznacza, że byłem aktywny.

(link ze strony : mojadroga.urs.pl/pray46.htm)