no więc chyba logiczne że mamy bałagan? poza czasowym mam nadzieję bałaganem na rzecz wirtualnego remontu mamy constans bałagan w realnych neuroprzekaźnikach i cholernie trudno nam z tym.
niedziela, 31 maja 2009
już wiem dlaczego
11276719 10:16:13
Wrożka Elwira zawiadamia: Ktoś ponownie wpisał Twój numer używając opcji "RZUĆ KLĄTWĘ" Aby poznac szczegoly, wyslij wiadomosc slij INFO ELWIRA na 79880 (9/10,98 pln)
środa, 20 maja 2009
podpiszecie? podpisaliście?
Tu: http://www.petycje.pl/petycjePodglad.php?petycjeid=4073
A oto co podpisałam:
Do: Prezydent Miasta St. Warszawy i Komendant Stołeczny Policji
Hanna Gronkiewicz-Waltz i Adam Mularz
biuroprezydenta@warszawa.um.gov.pl,
ksp.gabinet@policja.waw.pl,
gabinetprezydenta@um.warszawa.pl
Szanowna Pani Prezydent, Szanowny Panie Inspektorze,
Ostatnio w naszym mieście doszło znowu do aktu rasistowskiej nienawiści – brutalnej napaści, której ofiarą był czarnoskóry student naszej uczelni. Wiemy, że nie był to przypadek odosobniony. Ofiarami takich ataków padło w ostatnich latach w Warszawie wiele osób – mężczyzn i kobiet, którzy nic napastnikom nie zawinili: całą ich winą był odmienny kolor
skóry. Akty fizycznej lub słownej agresji na tle rasowym spotykają na ulicach naszego miasta zagranicznych turystów i ludzi zamieszkałych tu od dawna, w tym naszych kolegów-studentów. Nie możemy i nie chcemy tego tolerować.
Listem tym pragniemy wyrazić naszą solidarność z ludźmi, których nienawiść rasowa dotyka oraz nasz najgłębszy protest przeciwko nienawistnym czynom. Te haniebne czyny są obrazą ludzkiej godności, plamą na dobrym imieniu naszego miasta, przestępstwem, które powinno spotkać się z należytą reakcją policji, władz miejskich i zwykłych przechodniów. Z rozmów z
ofiarami agresji wynika, że potrzebne jest w szczególności:
1. Uruchomienie w Komendzie Stołecznej Policji stałego (24 h) dyżuru telefonicznego i osobistego funkcjonariusza, który byłby odpowiednio przeszkolony i znał dobrze język angielski.
2. Skuteczniejsze ściganie sprawców przestępstw na tle rasowym.
3. Zagęszczenie sytemu monitoringu w miejscach, gdzie przebywają obcokrajowcy, np. przy warszawskich hostelach i akademikach.
4. Podjęcie przez władze miasta działań informacyjno-edukacyjnych przeciwko rasistowskiej agresji oraz akcji promujących przyjazne i gościnne postawy wobec przybywających do Warszawy cudzoziemców.
Działania te wpłyną na poprawę bezpieczeństwa osób zagrożonych rasistowskimi atakami, zwiększą świadomość problemu nienawiści rasowej wśród mieszkańców Warszawy, sprawią, że Warszawa będzie bardziej przyjazna dla cudzoziemców i przyczynią się do poprawy wizerunku naszego miasta. Będą właściwym uzupełnieniem akcji prowadzonej pod hasłem "zakochaj
się w Warszawie" i przygotowań do Mistrzostw Europy Euro 2012.
Z wyrazami szacunku,
Rektor i Samorząd studentów Collegium Civitas
Niżej podpisany/a:
prof. Edmund Wnuk-Lipiński, rektor
Collegium Civitas
00-901 Warszawa
przeciwrasizmowi@collegium.edu.pl
PS Chciałabym kiedyś być dumna z Polski zamiast się jej wstydzić... ot, jeszcze jedno marzenie ściętej głowy... chmury nad nami rozpal w łunę / uderz nam w serca złotym dzwonem / itd w poprzednim poście.
marzenie tuwimowe i moje też
Żadni nadludzie ni olbrzymy,
Boga o inną moc prosimy,
O inną drogę do wielkości:
Chmury nad nami rozpal w łunę,
Uderz nam w serca złotym dzwonem,
Otwórz nam Polskę, jak piorunem
Otwierasz niebo zachmurzone.
Daj nam uprzątnąć dom ojczysty
Tak z naszych zgliszcz i ruin świętych,
Jak z grzechów naszych, win przeklętych.
Nich będzie biedny, ale czysty
Nasz dom z cmentarza podźwignięty.
Ziemi, gdy z martwych się obudzi
I brzask wolności ją ozłoci,
Daj rządy mądrych, dobrych ludzi,
Mocnych w mądrości i dobroci.
(...)
Pysznych pokora nich uzbroi,
Pokornym gniewnej dumy przydaj,
Poucz nas, że pod słońcem Twoim
"Nie masz Greczyna ani Żyda".
(...)
Piorunem ruń, gdy w imię sławy
Pyszałek chwyci broń do ręki,
Nie dopuść, żeby miecz nieprawy
Miał za rękojeść krzyż Twej męki.
Niech się wypełni dobra wola
Szlachetnych serc, co w klęsce wzrosły,
Przywróć nam chleb z polskiego pola,
Przywróć nam trumny z polskiej sosny.
Lecz nade wszystko słowom naszym
Zmienionym chytrze przez krętaczy
Jedyność przywróć i prawdziwość:
Niech prawo zawsze prawo znaczy,
A sprawiedliwość sprawiedliwość.
Niech więcej Twego brzmi imienia
W uczynkach ludzi niż w ich pieśni,
Głupcom odejmij dar marzenia,
A sny szlachetnych ucieleśnij.
Spraw, byśmy błogosławić mogli
Pożar, co zniszczył nas dobytek,
Jeśli oczyszczającym ogniem
Będzie dla naszych dusz nadgnitych.
Każda niech Polska będzie wielka:
Synom jej ducha czy jej ciała
Daj wielkość serc, gdy będzie wielka,
I wielkość serc, gdy będzie mała.
wtorek, 19 maja 2009
do czego służy faza maniakalna?
- Pozmywać kubki, gdy nie ma już ani jednego czystego.
- Sprzątnąć szczeżujski chlewik i tym samym uniknąć utonięcia w króliczych bobkach.
- Odgarnąć co nieco ze stołu, bo nie ma gdzie uczyć.
- Rozpakować plecak po majówce w Żarkach i torbę z Bodzanowa, w którym byłam 9 maja.
- Znaleźć zagubionego pendrive'a i nie znaleźć kalendarzyka, który również gdzieś się złośliwie schował.
- Wyrzucić dwa od dłuższego czasu wyschnięte bukiety z brzozowych gałązek, uprzednio uczyniwszy zwierzowi frajdę w postaci obórki na podłodze.
- Zebrać zalegające w każdym pomieszczeniu w dużych ilościach butelki po oranżadzie i innych E, opakowania czekolady Milka Amavel, papierki po mentosach o smaku arbuzowym i gazety bardziej i mniej kolorowe, a zwłaszcza kolejne odsłony darmowej gazetki z ogłoszeniami.
- Naszykować trzy torby śmieci i postanowić je wynieść, zanim zajmą całą kuchnię.
- Nie zdążyć ich wynieść zanim Szczeż nie przewróci dwóch z trzech worków i nie rozwłóczy zawartości po kuchni.
- Zamieść rozwłóczone treści ponownie i zdążyć przed królikiem.
- Zrobić pranie, gdy nie ma już żadnej pary czystych majtek.
- Umyć wannę, na której dało się już paznokciem rysować ciekawe wzorki.
- Umyć łeb, na którym jeszcze żadnych wzorków nie było.
- Napisać maila do Ani z propozycją ekspiacji i planem pracy na weekend.
- Złożyć żonie pochopną deklarację, za którą w lipcu przyjdzie odpokutować?
- Raz w życiu nie spóźnić się do pracy.
- Last but not least - powiesić notkę na blogu.
Tylko... w co ja bym się ubierała i w czym piła herbatę, gdyby nie te fazy maniakalne od czasu do czasu??? O problemie króliczych bobków, chlewiku i obórki już nie wspominając... Więc nie lubię. Ale czasem się przydaje, to fakt.
piątek, 15 maja 2009
fldkafj;ajfdakl;fjakfja
czwartek, 7 maja 2009
z nożem na podorędziu
- Nie powie mi pan chyba, że śpi pan zawsze sam?! - pół-zapytał, pół-oznajmił kiedyś ktoś.
- Nie. Zawsze to śpię z nożem na podorędziu - się odpowiedziało w pełni oznajmująco.
poniedziałek, 4 maja 2009
świnka i grypa, grypa i świnka

PS Jak można wywnioskować z faktu opublikowania posta, weekend długi i powrót z niego przeżyłam. Zimno trochę było, bo las gęsty i stary, ale miło bardzo. Kos świergolił jak głupi i zagłuszał wszystkie inne ptaszki, chyba że akurat my zagłuszaliśmy kosa. A ja nawet potuptałam 1 maja na Jasną Górę na okoliczność pobytu w mieście odpowiednim. I widziałam tęczę w parku po drodze, i przebiegłam truchtem w kwadrans całą Aleję NMP, prawie spóźniając się na pociąg do Żarek. BTW, tak eleganckiego (i z kaplicą w centralnym punkcie) dworca w Polsce jeszcze nie widziałam. A nad kaplicą NMP w klasztorze napis głosi: "grupy zagraniczne - wstęp poza kolejnością". Hm.
czwartek, 30 kwietnia 2009
1%
Panią, która stała za mną w kolejce oświeciło dopiero wczoraj: ojej, a jest takie coś, że mogłam oddać 1% na jakieś hospicja... Przeszukawszy zaś swój formularz odkryła, że na całe szczęście księgowa nie pominęła magicznej rubryki i wpisała jakąś fundację. Pani się ucieszyła. Gdy spytałam tatę, czy on jako liniowiec już może oddawać 1%, też nie wiedział. Dlaczego stan świadomości narodu jest tak znikomy???
Niniejszym ogłaszam długi weekend na biegunach. Kierunek: Żarki letnisko. Proszę się modlić, żebym wysiadła z pociągu trochę mniej płaska niż naleśnik, zarówno dziś, jak i w niedzielę. Bardzo bardzo proszę.
środa, 29 kwietnia 2009
czego iza nie wiedziała
- Poproszę pół kilo kaszy mannej manny.
--> nigdy tego nie wiem :( należąc tym samym do grupy 41% uczestników testu - Jedna jaskółka wiosny nie czyninie czyni wiosny.
--> chyba PWN się czepia? Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę wynik 14% poprawnych odpowiedzi dla tego zadania. - kłujące igły [kujonce igły]
--> igły konie kują? śpiąca byłam... tak jak 40% narodu. - Stąd do Rydułtowów Rydułtów są dwa kilometry. (Rydułtowy)
To mogło być w Jastarni albo w Jabłonnej Jabłonnie . (Jabłonna)
No to jedziemy do Małogoszczy Małogoszcza ! (Małogoszcz)
--> wstyd i hańba, przez Jabłonnę przejeżdżam od urodzenia... Ale nie przez Rydułtowy ani przez Małogoszcz, o którYM nie wiedziałam, czy chłopcem czy dziewczynką jest. Do Rydułtów pojechałoby 21% uczestników testu, do Jabłonny 11%, do Małogoszcza 22%. Czyli w każdym przypadku mieszczę się w przeważającej większości :) - Za to Kamila Gąsiorówna, Ani siostra, przyjęła oświadczyny Wojtka Jóźków Wojtka Jóźkowa . (Wojtek Jóźków) i do tej pory żyją szczęśliwie.
--> najgorzej, to gdy uczeń wymyśli rozwiązanie inne niż przewidział autor klucza... Rozwiązanie takie jak autor wymyśliło 30% piszących. - Mieszkam przy ulicy Stanisława Dubois'a Stanisława Dubois.
Zachwycam się Jeanem Paulem Sartrem Sartre'em. Nic nie wiedziałem o Jeanie Paulu Sartrze.
--> ano fakt, zgapa. Podobnie jak ja zgapiło się 72% narodu.
Po podwórku drepce pięć kurcząt.
Jego samochód ma pięć drzwi.
Przed pięciu laty byliśmy młodsi.
Przed pięcioma laty byliśmy młodsi.
Polacy byli na mecie piąci.
Brakuje pięciorga spodni.
Jeśli chodzi o spodnie, to wszystko przez żonę i jej zajęcia. Żona, do tablicy! I proszę mi tu wyjaśnić dlaczego mogę mieć pięć drzwi a pięć kurcząt już nie. Że drzwi to tak jak spodnie (pięć spodni??), a kurczęta jak zajęcia? Czym się różnią drzwi od zajęć i od kurcząt? No????
Co do zidiocenia autorów - test składał się w przeważającej większości z wyjątków od reguły. To nie był test na znajomość języka polskiego, to był test na znajomość kruczków w testach. Ok dla polonistów, redaktorów, tłumaczy, nauczycieli - ale u diabła, nie po to, by sprawdzić, jak naród po polsku mówi! A moja terapeutka twierdzi, że to ja za wysoko ustawiam poprzeczkę...
wtorek, 28 kwietnia 2009
rzecz o manii i modlitwa
Wracając od pani Marysi zaliczyłam 1) cepelię i 'błyskotliwą' pogawędkę z mało rozmowną panią, plus obejrzałam dogłębnie bolesławce wszelakie, tornistry i torebki oraz genialną wystawę na piętrze; 2) Sarenkę - takoż torebki, acz szybciej i wreszcie 3) papiernik, w którym udało mi się zostawić jedynie 20 PLN zyskując w zamian wymazywacz do atramentu niebieskiego i drugi do różowego oraz naboje w kolorze różowym, turkusowym i brązowym. Co biorąc pod uwagę fakt że pióra w rękach nie miałam od jakichś 4 lat było mi zaiste niezbędne. Potem jeszcze oświadczyłam się pani w sprawie pracy i byłam w tej kwestii tak przekonująca, że pani wpadła na pomysł hurtowni szukającej pracowników i dała mi na nią namiary. Tjaaaaa. Na tym też polega mania, choć pani M. okrutnie dziś zaprzeczyła mojemu samozadowoleniu z prezentowanej elokwencji i zdolności perswazyjnych, twierdząc, że jest to raczej moje odczucie niż fakt. Że ona ma wrażenie, że gada do ściany, bo ja nadaję jak nawiedzona i ani jej nie słucham, ani nie daję dojść do słowa, tak bardzo jestem przekonana o słuszności swoich poglądów i tak mi zależy, by ją przekonać. Hm. I na tym również p0lega mania.
A z drugiej strony, gdy jej mówię, że jestem na lekkiej górce, natychmiast próbuje zaprzeczyć. W drodze powrotnej dopada mnie myśl nie bardzo oryginalna, że - podobnie jak z depresją - tego doświadczenia chyba nie da się opowiedzieć komuś, kto na własnej lub partnera / rodzica / dziecka skórze sam nie przeżył. Czego generalnie życzyć nie należy. Czyli pogodzić się ze świadomością, że 'normalsi' zwyczajnie nie mają szansy (możliwości) mnie zrozumieć? Że mogą mi tylko wierzyć, gdy opowiadam - lub nie? Że cierpienie jest prawdziwe? Że to nie brak woli i inna ucieczka przed odpowiedzialnością? Pewnie co drugi w to nie uwierzy. A jednak tak jest i to jest moja prawda. Trudne to..........
Potem jeszcze spacer piechotą od metra Wawrzyszew do wuja. Przedreptałam dziś w sumie ładnych parę kilometrów, wbiegłam na czwarte piętro po schodach, nie wspominając o sprincie, jaki uprawiają moje szare komórki od 3 nad ranem na nogach. A z listy spraw zaplanowanych kilka wciąż nietkniętych, w tym z kategorii emergency telefon do Staszki - ważny i zaległy bardzo i również z listy A - mail PO KL i raport FC. Poważne problemy z goal oriented activity - to też wyznacznik manii. Jestem cholernie zmęczona.............................
i... jak zawsze boję się switcha w drugą stronę.....................................
Bądź błogosławiony Panie, Boże nasz, Królu Wszechświata, który dajesz odwagę wątpiącym, nawet jeśli modlą się do Ciebie nie wiedząc, czy wierzą. Proszę, poproś ode mnie aniołów, by wzięli mnie na ręce, proszę, bądź moim cieniem, by nie poraziło mnie słońce za dnia ani księżyc wśród nocy. Pozwól mi schronić się w cieniu twoich skrzydeł i uwierzyć, że będziesz czuwał nad moim wyjściem i powrotem, teraz i po wszystkie czasy. Że będę chodzić po wężach i żmijach, a lwa i smoka podepczę. Niech mnie Twój dobry duch prowadzi po bezpiecznej równinie. Głośno wołam do ciebie, a ty mi proszę odpowiedz ze swej świętej góry. Nie bój się, robaczku Jakubie - Bądź dla mnie skałą schronienia, warownią która ocala. Pozwól odchodzić i wracać do ciebie jak syn marnotrawny. Ofiarą bowiem ty się nie radujesz, a całopalenia, choćbym dał, nie przyjmiesz. Boże, moją ofiara jest duch skruszony, pokornym i skruszonym sercem ty, Boże, nie gardzisz. Panie, okaż Syjonowi łaskę w swej dobroci, odbuduj mury Jeruzalem........ Amen, czyli enter, jak mawiała pani Profesor.
sobota, 25 kwietnia 2009
sprawozdanie pewnym dziennikiem inspirowane
- Kilometrów z Warszawy do Bodzanowa 90. Czas, w którym PKS Mława przebywa tę trasę: 2h. Minut spóźnienia PKSu Mława: 15. Bilet Warszawa-Bodzanów jedyne 19 PLN.
- Stworzonych naprędce powerpointowych performance'ów (nomenklatura obirkowa) 1. Plików .odt, z których na 2 dni przed performancem złe licho skasowało istotną zawartość w postaci konspektu zajęć 1. Godzin zajęć przewidzianych projektem 4. Bloków zajęć do przeprowadzenia 2.
- Języków żydowskich na mapie > 20.Użytkowników języka malajalam wg tejże mapy 30 000 000. Piosenek w języku judeo-malajalam 200. Komponentów leksykalnych w tymże języku: 3 (drawidyjski: malajalam+tamilski, sanskryt, hebrajski).
- Gimnazjalistów z Bodzanowa pragnących w sobotnie popołudnie uczyć się jidysz prawie 40. Nauczycieli chcących uczyć się razem z uczniami 3, w tym dyrektorów szkoły 1.
- Kompletów materiałów dla uczniów 30 (za mało!).
- Stodół, w których odbywały się zajęcia 1. Chmur na szabatowym niebie 0. Kiełbasek upieczonych na ognisku tyle, co gimnazjalistów + 1. Jednorazowych talerzyków do spożywania w/w kiełbasek po ich upieczeniu: 2 paczki (za mało! jak zjeść kiełbaskę bez talerzyka?!).
- Przywiezionych ze szkoły ekranów do rzutnika 0. Ekranów zaimprowizowanych 1 (potrzebne: prześcieradło, grabie, linka, świece). Świec w roli kołków, na których zawisł ekran 2.
- Odczytanych z sukcesem (okupionym większym bądź mniejszym bólem) sukcesem jidyszowych słówek 40. Przetranskrybowanych tytułów artykułów z Forwerts 1, zdań z Kubusia Puchatka 1. Zapisanych w jidysz uczniowskich imion 5.
- Zrealizowanych założeń ok. 30%. Iz prawie zabitych 1. Zdartych izowych gardzieli 1. Inne straty: płaszcz pozostawiony w podbodzanowskiej stodole (zrobiło się ciepło), zdematerializowana książka z Buwu. Nadziei na odzyskanie mienia: sporo. Czasu na regenerację przed drugą odsłoną: 2 tygodnie.
Inne wnioski: Bodzanów w sobotnie wiosenne popołudnie to całkiem urocze miejsce. Wyposażenie miejscowego gimnazjum przywodzi na myśl szkołę holenderską lub amerykańską raczej niż polską wieś (pozory mylą!): szafeczki dla uczniów i nauczycieli, bezprzewodowy internet na całym terenie szkoły, komputer z projektorem w każdej klasie... Dobre praktyki: w szkole obowiązuje zakaz przynoszenia i użytkowania wszelkich sprzętów elektronicznych z wyjątkiem komputera, czyli komórek, aparatów, mp3. Jeśli uczeń danego dnia musi mieć przy sobie komórkę, oddaje ją w depozyt przed lekcjami i odbiera po. Bodzanowscy gimnazjaliści w porównaniu ze znanymi mi warszawskimi to anioły, nie dzieci. Chociaż fenomen jedzenia pieczonych w ognisku kiełbasek na talerzykach jednorazowymi sztućcami mnie powalił.
Niniejszym debiutowałam w rolach nauczyciela jidysz, trenerki Ingaforu, pomysłowego Dobromira (ekran!) i poskramiaczki gimnazjalistów. I to wszystko w mej jednej skromnej osobie, ha! Gratulacje i wyrazy uznania tudzież ubolewania przyjmuję w każdych ilościach, drogą blogową, mailową, telefoniczną lub osobistą.
piątek, 24 kwietnia 2009
wygraliśmy!
Drodzy sygnatariusze listu i nie tylko!
Jak zapewne już Państwo wiedzą, nasza akcja zakończyła się pełnym sukcesem! IPN oficjalnie przeprosił i wycofał się ze wszystkiego.
Z całego serca dziękujemy wszystkim, którzy podpisywali petycję, rozsyłali apele, nagłaśniali sprawę w mediach, na blogach i w swoich środowiskach, dzwonili, SMSowali i wspierali nas duchowo. To jest nasz wspólny sukces :-)
Na wszystkie indywidualne pytania i uwagi będziemy odpowiadać sukcesywnie. Pozdrawiamy i zapraszamy na Brunonalia w lipcu :-)
w imieniu Stowarzyszenia Miłośników Twórczości Brunona Jasieńskiego
Maria Więckowska
Na wszelki wypadek pozwolę sobie doprecyzować: tak, ten Klimontów! Sympatyzując z organizatorami tej jedynej w swoim rodzaju imprezy przekazuję więc osobiste zaproszenie:
Panie i panowie,
Odpoczniemy w Klimontowie.
To nieduże jest miasteczko,
Niedaleko stad, nad rzeczką.
(...) Z horyzontu
Wyrastają dachy z gontu,
Widać domki: to Klimontów!
W Klimontowie w lipcu hopsa
słynna trupa Pana Dropsa!
Jednym słowem:
tegoroczne (już ósme? a ja pamiętam pierwsze...)
b r u n o n a l i a !
13-19 lipca 2009
Klimontów Sandomierski
sobota, 18 kwietnia 2009
dzisiaj o 18, spacer niecodzienny!
"Artyści zapraszają na spacer przez getto!" - czytam w linkach z maila od Katki, odpowiedzi Any i artykule w GW. Spacer to niecodzienny i myślę, że w swej niecodzienności grzechu wart. Początek o 18 koło mnie, czyli pod pomnikiem Umschlagplatz. Potem zapraszam na herbatę albo inne %. Kto się skusi? A oto co mówi GW & Public Movement:
Szlakiem, który zwykle przemierzają w Warszawie wycieczki żydowskiej młodzieży, przejdziemy w sobotę 18 kwietnia wspólnie z izraelską grupą artystyczną Public Movement.
Co dokładnie wydarzy się na tej trasie? Nie wiadomo, to na razie tajemnica. I musimy być przygotowani na niespodzianki. W końcu wyruszymy na ten spacer z artystami. Nie spodziewajmy się więc ani zwyczajnej demonstracji, ani manifestacji, ani ceremonii pamięci. Będziemy maszerować wspólnie tzw. Traktem Pamięci Męczeństwa i Walki Żydów 1940-43: od Umschlagplatzu ulicami Stawki, Dubois, Miłą, Zamenhofa, aż pod pomnik Bohaterów Getta. Zwyczajową trasą przemarszu izraelskich delegacji.
W Warszawie 18 kwietnia Public Movement poprowadzą nas warszawską trasą tych wycieczek. W przeddzień 66. rocznicy wybuchu powstania w getcie. - Chcemy przedstawić konstruktywną propozycję, wprowadzić do tego rytuału, tej ceremonii pewne zmiany, które być może zostaną przez organizatorów wycieczek podchwycone - mówi Omer Krieger, który wraz z Daną w 2006 r. powołał do życia kolektyw młodych artystów Public Movement. Trudno wydobyć od niego stanowisko na temat tych wycieczek. Nie komentuje, nie krytykuje, nie ocenia. I nie zdradza żadnych szczegółów sobotniego spaceru. - Działania Public Movement pełne są ambiwalencji i nieprzewidzianych sytuacji. Niezwykle ważna będzie rola widzów, którzy staną się jednocześnie uczestnikami wydarzenia - mówi Joanna Warsza, kuratorka akcji, organizowanej przez Nowy Teatr. Zdradza jedynie bardzo ogólnikowo, że podczas sobotniego spaceru izraelscy artyści będą chcieli w symboliczny sposób przemienić, odczarować cały ten rytuał, to miejsce, te ulice. Nałożyć na tę trasę nową siatkę znaczeń, np. na ulicy Zamenhofa wykonując pieśń w języku Esperanto.juhu!
Sprawdzam więc sobie w ten deszczowy poranek i ze smutkiem przekonuję się, że tym razem rację mieli. I udzielający konsultacji Skimbleshanks, co mu dziękuję za piękną panią Hartwig w odpowiedzi na Pana Cogito, niestety takoż. Ehhh. Czy oznacza to, że po 3,5 roku ruter i modem tracą datę ważności i nadają się ni mniej ni więcej jak tylko do kosza? Droga ta impreza.
Ponieważ zaś przez 2 tygodnie byłam odłączona od matriksa, a na biegunach co nieco się działo, powieszę opowieść, com ją w tym czasie z dala od neostrady wystukała. Podzieloną na notek kilka, bo coś długa wyszła. Czyli będzie dużo czytania i proszę się cieszyć. W kwestii dat mam dylemat, czy wklejać wstecz czy z dzisiejszą, i nie wiem jeszcze jak go rozwiążę, więc proszę się cieszyć tak czy siak.
Na życzenia wielkanocne trochę za późno chyba, ale poświątecznie pozdrawiam PT czytelników, z Dorotką (od francuskiej wymowy greki!), co mi się wczoraj spotkana na Dzikiej objawiła, na czele. Prawdę mówiąc to jakoś trudno mi uwierzyć, że ktoś spoza grona przeze mnie do tego zmuszanego te moje bazgroły czyta, więc za spontaniczne wyznanie niniejszym dziękuję.
Pani Leśniezielonej za pamięć takoż. Biblioteki "do końca" nie rozpoznałam, bo w Palacio da Ajuda mnie nie było. Podobnie jak w wielu innych wartych zwiedzenia miejscach, bo przecież jak się w jakimś mieście mieszka, to się go nie zwiedza jak nieprzymierzając turystyczna stonka :)) Którego niezwiedzenia oczywiście żałuję, eh, żałuję. Z Gulbenkianem, co go miałam en face mojego beznadziejnego uniwersytetu, na czele. Może jeszcze nadrobię. Za to mój nos na widok obrazka powiedział: "Koniec Świata!" jeszcze zanim doszedł do wdzięcznej apostrofy w poście. Z Portugalią i biblioteką Coimbryjską (Conimbryjską?) skojarzyła mi się jak nic. Może dlatego, że tamtą widziałam, i że zastanawiałam się wtedy, jak oni na te najwyższe półki sięgali... Nie najstabilniej wyglądającej drabiny w czasie odwiedzin nie odnotowałam. Więc wynik meczu 1:1, co? Tak czy siak, zdjęcia podobnych przybytków w poście ze strony Curious Expeditions, zwieńczonym jedynymi 609 komentarzami, warte są obejrzenia.
środa, 15 kwietnia 2009
Brzydkie kaczątko
Nie wiem, po co ta wiedza filologowi klasycznemu in spe, ale dzisiaj ja też ją mam. Raz sróbowałam się nią podzielić z przyszłymi psychologami na wspomnianych ćwiczeniach z PUP, w których uczestniczyłam w zimowym semestrze tego roku akademickiego. Na ten krok zdecydowałam się po tym, jak któraś kolejna próba podzielenia przez prowadzącego zajęcia świata na „nas” i „ich” wkurzyła mnie do tego stopnia, że postanowiłam zaryzykować odsłonięcie się z tej „drugiej” strony. Nie wiem, jak ten mój coming-out odebrała grupa, bo z wyjątkiem dziewczynki, która z nami tylko odrabiała swoje zajęcia, pozostali byli mało wylewni i ani wtedy, ani później nikt tematu nie podjął.
Wiem za to niestety, że prowadzący ćwiczenia doktorant Wydziału Psychologii UW, w ramach obiecanego na starcie, a jednak niemal wyżebranego przeze mnie przy mecie feedbacku, na pożegnanie życzył mi powrotu do ś w i a t a „ n o r m a l s ó w ”. Dawno już niczyje życzenia tak bardzo mnie nie zabolały; towarzyszące im szlachetne intencje i poczucie terapeutycznej misji jedynie pogłębiają ten ból, nawet jeśli umówimy się, że dostrzegłam cudzysłów i clin d'oeil. Cieszę się, że spotkałam ludzi, którym nigdy nie przyszło do głowy mi czegoś podobnego życzyć. Którzy wbrew temu, co sama wówczas myślałam, nauczyli mnie, że świat jest jeden.
Kiedyś żyłam jak owca
Pasterze strzygli mi sierść i przycinali kopyta
abym łatwiej mogła biegać razem ze stadem
Ruszałam przed siebie razem z pięknie przystrzyżonymi osłami,
niedźwiedziami, wiewiórkami oraz krokodylami
i zastanawiałam się, dlaczego nikt nie chce widzieć
Bo wtedy żyłam jak owca
a wszystko we mnie tęskniło za gonitwą przez sawanny
I pozwalałam się zaprowadzić do zagrody
bo mówili, że tak jest dla owcy najlepiej
Ale wiedziałam, ze to nie tak
I wiedziałam, że to nie będzie trwało wiecznie
Bo wtedy żyłam jak owca
ale jutro zawsze miałam być lwem
Ja tego nie wiedziałam, choć gdy zastanawiam się, co pozwoliło mi przetrwać ten trudny czas, metafora podskórnej tęsknoty za gonitwą przez sawanny wydaje się uderzająco trafna. Całe szczęście, zamiast mnie wiedziała pani Irena, której przez długi czas „nie chciałam” usłyszeć. Nie umiałam usłyszeć. Światło dzienne oślepiło mnie i nie potrafiłam odnaleźć się poza strasznym, ale przynajmniej jakoś już znajomym tunelem, który swoim mrokiem zdołał wcześniej zabić i skutecznie wymazać wspomnienia słonecznego blasku. Nikt dla mnie nie zatrzymał świata, abym mogła się do niego z powrotem przyłączyć, a wskakiwania w biegu musiałam uczyć się na własnych błędach. I - nabijając sobie kolejne siniaki - wciąż się uczę. Pozostaje tym razem uwierzyć Arnhild. Że jutro zawsze będę lwem.
w kategoriach diagnostycznych
Powiedziała to, jak to zwykle ona – tonem mocnym, jasnym, pewnym. Miłościwie pooddzielała od siebie te trzy zdania chwilami milczenia, dając czas na usłyszenie. Powiedziała to po raz pierwszy. Po raz pierwszy zwróciła się do mojego symbionta wprost i po imieniu. I choć nie była to dla mnie żadna niespodzianka, bo w przeciągu ostatnich dwóch lat sama mówiłam to sobie nie raz, a nawet nauczyłam się wypowiadać ten ciąg brzydkich słów w rozmowie z innymi, co więcej – nie raz zła byłam na nią i miałam żal, że sama nigdy ich nie używa – słowa usłyszane z jej ust okazały się mieć inną moc. Po chwili milczenia, patrząc gdzieś przed siebie, przełknęłam ślinę i odpowiedziałam cicho, urywanym głosem: „no... ja też tak niestety uważam”. Oczy mi nagle zawilgotniały i coś we mnie umarło.
Staje mi przed oczami cytowany już raz na biegunach fragment czytanej niedawno książki: Niekończące się pytania wreszcie ustały. Mój psychiatra spojrzał na mnie, a w jego głosie nie było niepewności. „Psychoza maniakalno-depresyjna”. Podziwiałam jego chłód. Życzyłam mu jak najgorzej. To był cichy, trudny do opisania gniew. Uśmiechnęłam się miło. Odwzajemnił uśmiech. Wojna właśnie się rozpoczęła.
Ale w przeciwieństwie do Kay, jakoś nie mam w sobie woli rozpoczynania żadnej wojny. Wrodzone tchórzostwo, zmęczenie walką na co dzień toczoną czy rozwaga w obliczu siły rażenia rozpoznanego już trochę przeciwnika? Nie czuję też gniewu; może się już wyzłościłam, a może wciąż nie mam odwagi go poczuć. Jest we mnie raczej głęboki smutek. Pani Irenie, która moim psychiatrą właśnie być przestała, życzę jak najlepiej i wdzięczna jej jestem głęboko – za to, że wreszcie wypowiedziała te paskudne słowa, i chyba też – o ironio losu – za to, że wbrew moim oczekiwaniom dotychczas tego nie czyniła. Choć scenariusze alternatywne ze swej natury obarczone są zbyt dużym ryzykiem błędu, by traktować je poważnie. Tak czy siak, wróg został wywołany do tablicy i dobrze się stało.
Po sześciu latach mądrzejsza jestem o tyle, że obok żałoby mieszczę w sobie nadzieję. Nadzieję na to, że śmierć kawałka mnie nie jest tożsama z moją śmiercią, a puste miejsce robi przestrzeń nowemu życiu. Myślę o słowach napisanych z głębi serca całkiem niedawno, bo styczniową nocą, bezsenną przed czekającą mnie następnego dnia wizytą: To irracjonalne, ale ten drugi zeszyt zmagań traktuję jakoś – symbolicznie. Wierzę, że w minionych 5 latach zamykam jakiś etap – czas walki na oślep i bolesnej utraty złudzeń. Chcę wierzyć, że rozumiejąc coraz więcej odnajdę pokój. Że z każdym upadkiem i każdym powstaniem droga staje się ociupinę mniej wyboista. Odrobinę bardziej przewidywalna.
Od zadanego wtedy pytania minęły cztery lata, mała Tosia okazała się Antkiem, z każdym dniem coraz starszym i bardziej wygadanym [Wiesz mamo, w moim brzuszku mieszkają biedronki. I one mają taką maszynę, która robi tak, że jedzenie przerabiają na takie cząsteczki i wtedy ja rosnę...]. Biedronki w brzuszkach pracują ciężko; w tak zwanym międzyczasie mój świat zdążył już zawalić się dziesiątki razy. Ciąg dalszy mojej myśli styczniowej, tegorocznej, nazywa i to: Jestem niecierpliwa. Chciałabym szybciej, prościej, mniej boleśnie. Czy teraz płacę za wszystkie te lata, kiedy życie i sukcesy przychodziły mi bez trudu, albo kiedy nie dostrzegałam tego trudu i głucha byłam na ogrom wkładanego wysiłku? Czy zdążę wyrównać te rachunki? Niech więc będzie to nadzieja, że kiedyś – zdążę. Czy to, że potrafię nazwać, opłakać i nie umrzeć, pozwala sądzić, że przez ten trudny czas choć trochę dorosłam?
niedziela, 12 kwietnia 2009
Postscriptum nie całkiem cenzuralne
To pytanie bez odpowiedzi powraca jak bumerang, podobnie jak nie chcą ulecieć z wiatrem smutek, żal, wściekłość i bunt. Wychodzi na to, że rację miał nieszczęsny pan Erickson z opowiadanej przez panią Marysię terapeutycznej historyjki: Witamy w świecie dorosłych... No i niestety nie pomyliła się też wszechwiedząca Mama Szymona, gdy niczym prorok we własnym gabinecie jesienią 2003 zawyrokowała: „zaplączemy się”. Zaprawdę, factum est. Mojej tęsknoty jednak mi nikt nie zabierze, panie Miltonie, pani Ireno. Choćby nie wiem jak dziecinną była. Będę sobie tęsknić i już.
diagnozy nie są kategoriami naturalnymi
W książce „Byłam po drugiej stornie lustra” (nijak nie pojmuję, jaką drogą jej norweski tytuł „Jutro zawsze będę lwem” mógł otrzymać taką polską postać) Arnhild Lauveng zwraca się z osobistym apelem do lekarzy, szczególnie zaś do psychiatrów. Zanim przeczytałam książkę, natknęłam się w sieci na wywiad z Arnhild, w którym apeluje o to samo. Przeczytawszy go wiedziałam, że jej książka jest ważna i że chcę ją przeczytać. Wspomniany apel dałby się streścić w jednym, z kontekstu wyjętym z niej zdaniu: „diagnozy nie są kategoriami naturalnymi”. Droga Arnhild do takiego stanowiska była bolesna i wyboista. Ceną, jaką musiała zapłacić, było dziesięć lat zmagań ze schizofrenią, lat spędzonych w większości w szpitalach i różnego rodzaju placówkach psychiatrycznych: długie miesiące doświadczenia psychozy, samookaleczania, prób samobójczych. Często w zamknięciu, izolatce, bez kontaktu ze światem. A potem osobisty i terapeutyczny megawysiłek, podjęty na przekór diagnozie.
W styczniu tego roku uświadomiłam sobie, że w przeciwieństwie do Arnhild, która sama i pod wiatr musiała wykuwać swoją drogę, ja dostałam nadzieję prosto pod nos, z resztą świadczeń w pakiecie. Na wstępie. Od mojego osobistego psychiatry, jako rzecz najnaturalniejszą w świecie. Oraz później, jakby na potwierdzenie, równolegle od mojej osobistej terapeutki. Pieczone gołąbki same wpadają do gąbki. Czy to dlatego nie umiałam przyjąć tej prostej, o ile piękniejszej prawdy? Bo, jak często to, co piękne, ona jest też – trudna? A może z innych powodów? Opowiedziałam Mu [Bogu], że chyba rzeczywiście chciałabym być zdrowa, ale że jednocześnie panicznie się tego boję i poprosiłam Go, żeby uczynił mnie normalną osobą, ale dodałam też prośbę, aby zajęło Mu to jak najwięcej czasu, „bo nie mam dość odwagi, aby stało się to szybko” – pisze Arnhild.
Pan Scott Peck w "Drodze rzadziej wędrowanej" przedstawia rzecz bardziej brutalnie, bo z tej drugiej strony barykady: Największą korzyścią odnoszoną przez pacjenta z psychoterapii jest rozszerzenie wymaganej przez nią dyscypliny na wszystkie dziedziny życia i związki z innymi ludźmi. Nie można mówić o pełnym uzdrowieniu, dopóki otwartość na wyzwania i krytykę nie stanie się sposobem na życie. (...) Spośród pacjentów zgłaszających się do psychiatry czy psychoterapeuty tylko nieliczni od początku świadomie poszukują wyzwań, czyli nauczenia się dyscypliny. Większość po prostu szuka "ulgi". Gdy się przekonają, że szukając pomocy, stanęli nie tylko przed szansą uzyskania wsparcia, lecz podjęli również wyzwanie, wielu od razu bierze nogi za pas, a inni rozważają taką możliwość. To miłe, że po tym akapicie szczerości równie szczerze dodaje: Dlatego mawiamy, że staramy się pacjentów "usidlić" lub wciągnąć w psychoterapię.
Przez pięć i pół roku moja lekarka słuchała (lub nie) mnie. Izy. Nie wiem, czy - w kategoriach z akapitu powyżej - starała się mnie w ten sposób usidlić, wiem , że ze mną rozmawiała i zadawała mi swoje trudne, często trafiające w istotę rzeczy pytania. Wbrew sobie starałam się na nie odpowiadać. Także wtedy, gdy jak wyskakując raz na miesiąc-dwa niczym Filip z konopii atakowały mnie równolegle do pytań zadawanych mi dwa razy w tygodniu przez moją terapeutkę i tym samym przekraczały krytyczną dawkę zamętu i wyzwań, jaką potrafiłam w danej chwili udźwignąć. Na pocieszenie dostaję od pana Pecka wyrazy uznania: Żaden czyn nie jest bardziej nienaturalny, a przez to ludzki, niż poddanie się psychoterapii. Polega bowiem na rozmyślnym otwarciu się i wystawieniu na najgłębszą krytykę ze strony innego człowieka. A na dodatek płacimy dużo za zaglądanie do naszych myśli i ich ocenę. Głównym powodem, dla którego ludzie się jej nie poddają, nie jest brak pieniędzy, lecz właśnie brak odwagi. Poddanie się psychoterapii stanowi krańcową formę otwarcia na wyzwanie i jest aktem najwyższej odwagi. Za to stwierdzenie również panu dziękuję. Bo ja, jak większość pacjentów, szukałam tylko ulgi.
Choć wizyty u pani Ireny budziły we mnie cały koktajl uczuć i emocji, nigdy nie poczułam się przy niej przypadkiem, czy to banalnym, czy bardziej skomplikowanym. Co więcej, rzadko kiedy czułam się w ogóle pacjentem. Czułam się Izą, raz bardziej, a raz mniej bliską tej prawdziwej. No może z wyjątkiem tych chwil, kiedy stawałam się Gabą, ale to jak wiadomo należy do innego wątku; nikt nie jest wszak doskonały.
Regularnie wściekałam się na nią o niepewność i lęk, z jakimi mnie zostawiała: tak łatwo przecież było ochrzcić je na wstępie jednym krótkim F32, 33 czy w końcu 31, w rozlicznych wariantach tej pięknej literki alfabetu. Mogłabym wtedy na gazetowym forum zakładać wątki w stylu "ratunku ludziska mam f31.3 czy z tym da się żyć??", "choruję na BPD, co robić????", które pojawiają się tam od czasu do czasu stale od nowa, nieodmiennie mnie ciesząc. Tak czy siak, od wątków abstrahując - nie rozumiałam, czemu tego nie robi, i do dziś nie wiem, czy było to działanie celowe, czy wypadkowa naszej historii, przypadku i konwencji, w którą weszłyśmy na wstępie, a potem nie umiałyśmy z niej wyjść.
Byłam wściekła o wymagania, którym nie potrafiłam sprostać. Miałam żal, że nie słyszy, gdy mówię, jak bardzo mi ciężko. Że nie odpuszcza, choć ja naprawdę nie mam siły – jej resztki starcza mi ledwie na tyle, by dowlec się do jej gabinetu. A ona kiwa głową i mówi „aha”, zamiast uzdrowić, zamiast wziąć na ręce i zanieść do łóżka, z którego potem, w nowym, lepszym życiu, wstanę jak nowonarodzona. A potem zostawia mnie samą z tymi swoimi „aha” i kolejną receptą na proszki, które wcale nie działają tak, jak obiecuje ulotka, książki i kampanie przeciw depresji. Że nie tłumaczy, nie wyjaśnia, a ja muszę czytać podręczniki dla terapeutów i własnoręcznie aplikować sobie kolejne dawki tzw. psychoedukacji. Pomijając już zupełnie najbardziej podstawowy żal o brak czarodziejskiej różdżki. W książeczce Janoscha w braku pstrąga w migdałowym sosie Miś karmi Tygryska rosołkiem i obaj wiedzą, że jest to wyjście najlepsze. Ja, w przeciwieństwie do Tygryska, chciałam pstrąga i kosmicznie złościłam się za ten chrzaniony rosołek.
Teraz wiem, że dostałam też od niej jasny, spójny przekaz, który swoim kalibrem bije o głowę wszystkie, nie raz uzasadnione powody do żalu. Przez cały czas lecząc mnie dawała mi odczuć, że jestem człowiekiem. Takim jak ona. Niczym więcej i niczym mniej – ze wszystkimi tego przekazu konsekwencjami, z których ja dostrzegałam tylko te bolesne, przykre i upierdliwe. Wymagania i mantrę o odpowiedzialności. Tych wielkich, czyli nadziei – albo nie zauważałam, albo tak bardzo się bałam, że gotowa byłam bić się o to, by wymazać je z horyzontu. A ona z uporem maniaka (sic!) nie pozwalała mi zamknąć się w kategoriach diagnozy i nawet wtedy, gdy zdawałam się tego domagać wszystkimi łapami nie chciała przechrzcić mnie na żadne F. Cześć i chwała jej za to. Dixi.
Pani Irena