Przysłała mi przed chwilą w mailu moja Meter.
1.Nie myję okien, ponieważ...
... kocham ptaki i nie chcę, żeby jakiś uderzył w czystą szybę i zrobił sobie krzywdę.
2.Nie pastuję podłóg, ponieważ...
...boję się, że któryś z gości się pośliźnie i coś sobie złamie, a ja będę mieć wyrzuty sumienia. Do tego jeszcze mógłby mnie zaskarżyć.
3.Koty z kurzu są całkiem w porządku, ponieważ...
...dotrzymują mi towarzystwa. Ponadawałam im imiona, a one zgadzają się ze wszystkim, co mówię.
4.Pajęczyny zostawiam w spokoju, ponieważ...
...wierzę, że każde stworzonko powinno mieć swój dom.
5.Porządki wiosenne odpuszczam, ponieważ...
...lubię wszystkie pory roku jednakowo i nie chcę, żeby reszta była zazdrosna.
6.Nie wyrywam chwastów w ogrodzie, ponieważ...
...nie będę się przecież wtrącać w boskie sprawy. Bóg to projektant doskonały.
7.Nie chowam porozkładanych rzeczy, ponieważ...
...nikt ich potem nigdy w życiu nie znajdzie.
8.Kiedy robię imprezę, nie szykuję niczego wykwintnego, ponieważ...
...nie chcę, żeby się goście stresowali, co mają mi podać, kiedy idę do nich z wizytą.
9.Nie prasuję, ponieważ...
...wierzę etykietkom, na których napisano "nie wymaga prasowania".
10.Niczym zupełnie się nie przejmuję, ponieważ...
...nerwusy umierają młodo, a ja mam zamiar jeszcze się tu pokręcić !!!
(do stosowania jeszcze przed Świętami!!!)
PALEC POD BUDKĘ, BO ZA MINUTKĘ....
no więc chyba logiczne że mamy bałagan? poza czasowym mam nadzieję bałaganem na rzecz wirtualnego remontu mamy constans bałagan w realnych neuroprzekaźnikach i cholernie trudno nam z tym.
wtorek, 19 kwietnia 2011
niedziela, 17 kwietnia 2011
słoń a sprawa polska
Za każdym razem, gdy wypisuję awizo lub w pośpiechu wypełniam rubrykę "adres" w jakimś formularzu, klnę na potęgę. Wyklinam poetę nad poetami za to, że zesłał na mnie taki oto wiersz:
Kto pisze zamiast Kraków - K-ów?
Nikt. Nie ma w Polsce takich kpów.
Komu to wlazło w mózgownicę,
Na K-wice zmieniać Katowice?
Czy kto z Bydgoszczy robi B-oszcz?
(Jeżeli zrobi, to go schłoszcz).
Albo z Białegostoku - B-stok?
(Dostałby za to butem w bok).
Czy jest gdzieś znane jakieś Z-ane?
Czy ktoś tak skraca Zakopane?
Nie ma też u nas takich praw,
Żeby z Wrocławia robić W-aw.
A skądże ta nawyczka zła,
zamiast Warszawa pisać: W-wa?
Kto to wymyślił, licho wie!
W Warszawie mieszkam, a nie w W-wie!
Kto z ośmiu liter robi trzy,
Mam go za cztery. Nie chcę W-wy!
Kto o Jej dobre imię dba,
Pisze: Warszawa, nigdy W-wa!
A który z Was napisze tak,
Ten nie warszawiak jest, lecz w-wiak.
(Prawda, mój Wiechu, że to śmiech?
Prawda, że jesteś Wiech, nie Wwiech?)
- Kocham Cię, piękna! Kocham, o
Stolico moja! (A nie st-co!)
Wiwat WARSZAWA! Czcijmy Ją!
Precz z obrzydliwą, głupią W-wą!
J.T. poeta, co pochodzi
(mówiąc najkrócej) z miasta Łodzi.
I mniej więcej z tych samych powodów, dla których nawet w nieszczęsnym awizie o moim mieście nie powiem W-wa, chciałabym, żeby mój lekarz nie mówił o mnie per lit, MD czy chad. A raczej żeby tak - nie myślał. Iza to Iza i już.
Kto pisze zamiast Kraków - K-ów?
Nikt. Nie ma w Polsce takich kpów.
Komu to wlazło w mózgownicę,
Na K-wice zmieniać Katowice?
Czy kto z Bydgoszczy robi B-oszcz?
(Jeżeli zrobi, to go schłoszcz).
Albo z Białegostoku - B-stok?
(Dostałby za to butem w bok).
Czy jest gdzieś znane jakieś Z-ane?
Czy ktoś tak skraca Zakopane?
Nie ma też u nas takich praw,
Żeby z Wrocławia robić W-aw.
A skądże ta nawyczka zła,
zamiast Warszawa pisać: W-wa?
Kto to wymyślił, licho wie!
W Warszawie mieszkam, a nie w W-wie!
Kto z ośmiu liter robi trzy,
Mam go za cztery. Nie chcę W-wy!
Kto o Jej dobre imię dba,
Pisze: Warszawa, nigdy W-wa!
A który z Was napisze tak,
Ten nie warszawiak jest, lecz w-wiak.
(Prawda, mój Wiechu, że to śmiech?
Prawda, że jesteś Wiech, nie Wwiech?)
- Kocham Cię, piękna! Kocham, o
Stolico moja! (A nie st-co!)
Wiwat WARSZAWA! Czcijmy Ją!
Precz z obrzydliwą, głupią W-wą!
J.T. poeta, co pochodzi
(mówiąc najkrócej) z miasta Łodzi.
I mniej więcej z tych samych powodów, dla których nawet w nieszczęsnym awizie o moim mieście nie powiem W-wa, chciałabym, żeby mój lekarz nie mówił o mnie per lit, MD czy chad. A raczej żeby tak - nie myślał. Iza to Iza i już.
czwartek, 14 kwietnia 2011
urzędnik, spinacze i lew
Taka mi przyszła do głowy odpowiedź na protest wiernej czytelniczki. Czy całkiem na temat, czy nie całkiem - nie wiem. Prawą półkulą odpowiadam, a że i tak miałam kiedyś zamieścić tu te piękne słowa, to niniejszym zamieszczam.

Konstanty Ildefons Gałczyński, 1935
Urzędnik znalazł w Afryce spinacze,
a więc rączki zaciera, z radości aż płacze!
Spina pilnie poufnie liście baobabu,
grzechotnika z kolibrem, a z flamingiem żabę,
orangutanga z zebrą, z wielbłądem tygrysa,
kormorana z gżegżółką, z żyrafą ibisa.
Potem z mchu pobudował wygodne biureczka,
na każdym pióro strusie i z aktami teczka.
A gdy go jaki Murzyn zapytywał z boku:
- Co słychać? - Odpowiadał, że "sprawa jest w toku".
Raz Lew odwiedził rankiem to biuro kochane,
ZAŁATW SPRAWĘ I ŻEGNAJ widzi napisane.
Zerknął na Urzędnika, też na słowa owe,
ścisnął dłoń na serwusik i odgryzł mu głowę.
a więc rączki zaciera, z radości aż płacze!
Spina pilnie poufnie liście baobabu,
grzechotnika z kolibrem, a z flamingiem żabę,
orangutanga z zebrą, z wielbłądem tygrysa,
kormorana z gżegżółką, z żyrafą ibisa.
Potem z mchu pobudował wygodne biureczka,
na każdym pióro strusie i z aktami teczka.
A gdy go jaki Murzyn zapytywał z boku:
- Co słychać? - Odpowiadał, że "sprawa jest w toku".
Raz Lew odwiedził rankiem to biuro kochane,
ZAŁATW SPRAWĘ I ŻEGNAJ widzi napisane.
Zerknął na Urzędnika, też na słowa owe,
ścisnął dłoń na serwusik i odgryzł mu głowę.
Konstanty Ildefons Gałczyński, 1935
bierzmowanie
"My tutaj jednak dużo tych litów mamy, jakieś 700 osób" - powiedział mi wczoraj mój lekarz, a ja z wrażenia wylądowałam pod krzesłem. "To znaczy, wie Pani, tak się żargonowo mówi" - zreflektowawszy się, tłumaczy nieudolnie, acz z uśmiechem, licząc na wyrozumiałość. Wiem. Wiem. Doktojrim hejsn lachn. Próbuję się uśmiechnąć, ale średnio mi idzie. A w zasadzie nawet średnio próbuję. I tylko po wyjściu przez łzy myślę sobie - "Iza, panie doktorze, Iza. Tak mam w dowodzie, mogę pokazać. LiCO3 nigdy tam nie widziałam, ale może... może coś źle patrzę. Albo może ten dowód już - nieważny?"
niedziela, 10 kwietnia 2011
Ezechiel i Fulbert
Skarbnica wiedzy wszelakiej informuje, że 10 kwietnia jest setnym (sic!) dniem w roku, chyba że jest sto pierwszym. Życzenia imieninowe przyjmują: Afrykan, Antoni, Apoloniusz, Daniel, Ezechiel, Fulbert, Grodzisław, Henryk, Magdalena, Makary, Małgorzata, Marek, Michał, Michalina, Notger, Paladiusz, Pompejusz i Terencjusz. Oraz polska służba zdrowia na okoliczność swego Dnia.
AD 879 Ludwik III został królem zachodniofrankijskim.
AD 1246 Elbląg uzyskał prawa miejskie
AD 1525 w Krakowie pokłonili nam się Krzyżacy.
AD 1710 w Anglii uchwalono pierwszą w świecie ustawę o prawie autorskim.
AD 1815 wybuchł indonezyjski wulkan Tambora. Ta erupcja w 1816 spowodowała rok bez lata i klęskę głodu na półkuli północnej.
AD 1849 Walter Hunt wynalazł agrafkę.
AD 1864 przyjaciele Moskale aresztowali nam imć Romualda, a Maksymilian I Habsburg został cesarzem Meksyku
AD 1910 Titanic wypłynął na szerokie wody.
AD 1925 Carycyn zyskał nową tożsamość.
AD 1944 wojska radzieckie wyzwoliły Odessę.
AD 1968 Arthur P. Jacobs otrzymał Oscara za film Doktor Dolittle.
AD 1970 oficjalnie rozwiązano zespół The Beatles.
AD 1971 ping pong połączył zwaśnione ludy. Szkoda, że im potem przeszło.
AD 1974 uchwaliliśmy ustawę o dowodach osobistych i ewidencji ludności.
AD 1979 wystartował radziecki statek kosmiczny Sojuz 33 z pierwszym bułgarskim kosmonautą na pokładzie.
AD 1991 zakończono produkcję Wartburga, a w pierwszym meczu półfinałowym Pucharu Zdobywców Pucharu Legia Warszawa przegrała z Manchesterem United 1:3.
AD 1999 w Łodzi odsłonięto ławeczkę mistrza Juliana.
Co się stało 11 lat później wszyscy wiemy.
Gdzieś pomiędzy sojuzem a Wartburgiem urodziła mi się żona.
PS Korzystając z okazji serdeczne życzenia składam również: Jakubowi V Stuartowi, Ehrenfriedowi Waltherowi von Tschirnhausowi, Williamowi Boothowi, Josephowi Pulitzerowi, Maksymosowi IV Saighowi,
Ewie Szelburg-Zarembinie, Wiktorowi Weintraubowi, Maciejowi Słomczyńskiemu, Jerzemu Lisowskiemu, Mike'owi Hawthornowi, Halinie Frąckowiak, Junko Sawamatsu, Arturowi Żmijewskiemu, Kindze Choszcz, Wojciechowi Olejniczakowi i Mandy Moore. Jako że tym zaś, którzy śmierć nam unarodowili, dużo dziś świeczek zapalą, pomyślę ciepło o innych, którzy jeszcze rok temu mieli prawo do pamięci: choćby królu Ludwiku II Jąkale, Magdalenie z Canossy czy Mikolajusie Konstantinasie Čiurlionisie. A także o zachrypniętym bardzie nad bardami, co kończył moje liceum i o Sarmatach śpiewał wśród kangurów.
AD 879 Ludwik III został królem zachodniofrankijskim.
AD 1246 Elbląg uzyskał prawa miejskie
AD 1525 w Krakowie pokłonili nam się Krzyżacy.
AD 1710 w Anglii uchwalono pierwszą w świecie ustawę o prawie autorskim.
AD 1815 wybuchł indonezyjski wulkan Tambora. Ta erupcja w 1816 spowodowała rok bez lata i klęskę głodu na półkuli północnej.
AD 1849 Walter Hunt wynalazł agrafkę.
AD 1864 przyjaciele Moskale aresztowali nam imć Romualda, a Maksymilian I Habsburg został cesarzem Meksyku
AD 1910 Titanic wypłynął na szerokie wody.
AD 1925 Carycyn zyskał nową tożsamość.
AD 1944 wojska radzieckie wyzwoliły Odessę.
AD 1968 Arthur P. Jacobs otrzymał Oscara za film Doktor Dolittle.
AD 1970 oficjalnie rozwiązano zespół The Beatles.
AD 1971 ping pong połączył zwaśnione ludy. Szkoda, że im potem przeszło.
AD 1974 uchwaliliśmy ustawę o dowodach osobistych i ewidencji ludności.
AD 1979 wystartował radziecki statek kosmiczny Sojuz 33 z pierwszym bułgarskim kosmonautą na pokładzie.
AD 1991 zakończono produkcję Wartburga, a w pierwszym meczu półfinałowym Pucharu Zdobywców Pucharu Legia Warszawa przegrała z Manchesterem United 1:3.
AD 1999 w Łodzi odsłonięto ławeczkę mistrza Juliana.
Co się stało 11 lat później wszyscy wiemy.
Gdzieś pomiędzy sojuzem a Wartburgiem urodziła mi się żona.
PS Korzystając z okazji serdeczne życzenia składam również: Jakubowi V Stuartowi, Ehrenfriedowi Waltherowi von Tschirnhausowi, Williamowi Boothowi, Josephowi Pulitzerowi, Maksymosowi IV Saighowi,
Ewie Szelburg-Zarembinie, Wiktorowi Weintraubowi, Maciejowi Słomczyńskiemu, Jerzemu Lisowskiemu, Mike'owi Hawthornowi, Halinie Frąckowiak, Junko Sawamatsu, Arturowi Żmijewskiemu, Kindze Choszcz, Wojciechowi Olejniczakowi i Mandy Moore. Jako że tym zaś, którzy śmierć nam unarodowili, dużo dziś świeczek zapalą, pomyślę ciepło o innych, którzy jeszcze rok temu mieli prawo do pamięci: choćby królu Ludwiku II Jąkale, Magdalenie z Canossy czy Mikolajusie Konstantinasie Čiurlionisie. A także o zachrypniętym bardzie nad bardami, co kończył moje liceum i o Sarmatach śpiewał wśród kangurów.
piątek, 8 kwietnia 2011
śni mi się że trzymam
To jeszcze o Potforze. Ja czytając po raz pierwszy zobaczyłam to tak:
Dziewczynka z loczkami, ta ze zdjęcia w tomiku poezji. Kokardy we włosach, spódniczka przed kolana, strupek pomalowany gencjaną na jednym z nich, białe podkolanówki. Siedzi na zawieszonej wysoko pod sufitem huśtawce. Ciemno jest wokół, snop światła na nią. Trzyma w ręku żonkila, patrzy na niego i mówi, czasem przy tym delikatnie poruszy nogami, mówi - powoli, dziecinnym głosikiem, a huśtawka niepostrzeżenie rozhuśtuje się coraz bardziej. Mówi tak:
śni mi się, że trzymam - stojąc na jakimś dworcu -
trzymam coś niedużego, jakby dziecko, może kilkuletnie,
ale to nie jest dziecko tylko kosmaty jakiś strzęp wrzeszczący,
wije się, szarpie, kłaki poplamione krwią,
muszę to trzymać, chronić przed upadkiem, czemu muszę nie wiem
to się stało jakoś z zaskoczenia: trochę mi niedobrze
i trochę mi żal. Tu jakby rana, przy niej krew na kłakach,
śmierdzi spalenizną, pręży się, szarpie; ledwo to mogę utrzymać,
wrzeszczy ciągle, nie wiem kiedy nabiera powietrza,
ten wrzask mnie ogłusza, oślepia. Skupiona i oszalała staram się nie puścić,
o co chodzi nie wiem, o coś co się stało;
myślałam, że trzymam na chwilę
lecz już widzę, że nikt tego ode mnie nie weźmie,
pociągi odjeżdżają i ludzie przechodzą
a ja stoję na co czekam nie wiem.
Snop światła ciemnieje i zmienia barwę, ale nie gaśnie. Drugi odsłania następną huśtawkę, z drugiej strony, na innej wysokości. Siedzi na niej staruszka, też z żonkilem. (Tylko jak ją ubrać? Normalnie, czy może też w takie same podkolanówki? Którą zawiesić niżej, a którą wyżej? A może tę dziewczynkę normalnie, nad ziemią, a staruszkę pod sufitem? Albo odwrotnie?) Mówi to samo - na swoją melodię - i tak samo się przy tym powoli rozhuśtuje.
Huśtają się tak we dwie, coraz wolniej, a na scenie pod nimi pojedynczo wchodzi inna kobieta: "Śni mi się że trzymam" mówi i powtarza to potem ciszej, a w tym czasie dołącza następna. I tak dalej, i dalej: w różnym wieku, różnie ubrane, umalowane i nie, uczesane i nie, chude i grube, brunetki i blondynki. Dochodzą, "Śni mi się że trzymam" - mówi każda - inaczej, po swojemu, a potem ciszej powtarza. To, co je łączy, to ten żonkil, który trzymają. Z każdą następną robi się większy rumor, ale nie dlatego, że podkręcają głos, tylko bo jest ich więcej. Te co krzyczą, krzyczą, te co płaczą, płaczą, te co szepczą, szepczą.
Potem powoli ściszają: "Śni mi się że trzymam" wybrzmiewa szeptem na różne melodie. Światło gaśnie prawie zupełnie: widać cienie kobiet, słychać ich szept, pod sufitem w takim samym cieniu jedna huśtawka i druga. Snop światła: kobieta w ciąży. Nie mogę się zdecydować, gdzie ją postawić: trzecia huśtawka, scena czy może jeszcze coś innego? Ręce splecione na brzuchu. Bez żonkila. "Śni mi się, że trzymam" - mówi, a potem powtarza cały tekst. Panie na huśtawkach coraz bardziej się rozhuśtują. Na koniec fruwając pod tym sufitem jeszcze raz mówią tekst, każda po jednej linijce, a światło wiruje w koło.
Ha. Zawsze mówiłam, że filmem mojego życia jest Wesele.
Tak oto popełniłam reżyserski debiut.
Nie wiem, na ile realny, trzeba by spróbować. Any voluteers?
I na deskach Placu Konstytucji to jeszcze poproszę,
kolejna zachcianka, tylko jak do chmury te huśtawki podwiesić?
Albo - albo w synagodze w Klimontowie?
Obrazka właściwego nie posiadam, więc w ramach ersatzu niech będzie ten:
Dziewczynka z loczkami, ta ze zdjęcia w tomiku poezji. Kokardy we włosach, spódniczka przed kolana, strupek pomalowany gencjaną na jednym z nich, białe podkolanówki. Siedzi na zawieszonej wysoko pod sufitem huśtawce. Ciemno jest wokół, snop światła na nią. Trzyma w ręku żonkila, patrzy na niego i mówi, czasem przy tym delikatnie poruszy nogami, mówi - powoli, dziecinnym głosikiem, a huśtawka niepostrzeżenie rozhuśtuje się coraz bardziej. Mówi tak:
śni mi się, że trzymam - stojąc na jakimś dworcu -
trzymam coś niedużego, jakby dziecko, może kilkuletnie,
ale to nie jest dziecko tylko kosmaty jakiś strzęp wrzeszczący,
wije się, szarpie, kłaki poplamione krwią,
muszę to trzymać, chronić przed upadkiem, czemu muszę nie wiem
to się stało jakoś z zaskoczenia: trochę mi niedobrze
i trochę mi żal. Tu jakby rana, przy niej krew na kłakach,
śmierdzi spalenizną, pręży się, szarpie; ledwo to mogę utrzymać,
wrzeszczy ciągle, nie wiem kiedy nabiera powietrza,
ten wrzask mnie ogłusza, oślepia. Skupiona i oszalała staram się nie puścić,
o co chodzi nie wiem, o coś co się stało;
myślałam, że trzymam na chwilę
lecz już widzę, że nikt tego ode mnie nie weźmie,
pociągi odjeżdżają i ludzie przechodzą
a ja stoję na co czekam nie wiem.
Snop światła ciemnieje i zmienia barwę, ale nie gaśnie. Drugi odsłania następną huśtawkę, z drugiej strony, na innej wysokości. Siedzi na niej staruszka, też z żonkilem. (Tylko jak ją ubrać? Normalnie, czy może też w takie same podkolanówki? Którą zawiesić niżej, a którą wyżej? A może tę dziewczynkę normalnie, nad ziemią, a staruszkę pod sufitem? Albo odwrotnie?) Mówi to samo - na swoją melodię - i tak samo się przy tym powoli rozhuśtuje.
Huśtają się tak we dwie, coraz wolniej, a na scenie pod nimi pojedynczo wchodzi inna kobieta: "Śni mi się że trzymam" mówi i powtarza to potem ciszej, a w tym czasie dołącza następna. I tak dalej, i dalej: w różnym wieku, różnie ubrane, umalowane i nie, uczesane i nie, chude i grube, brunetki i blondynki. Dochodzą, "Śni mi się że trzymam" - mówi każda - inaczej, po swojemu, a potem ciszej powtarza. To, co je łączy, to ten żonkil, który trzymają. Z każdą następną robi się większy rumor, ale nie dlatego, że podkręcają głos, tylko bo jest ich więcej. Te co krzyczą, krzyczą, te co płaczą, płaczą, te co szepczą, szepczą.
Potem powoli ściszają: "Śni mi się że trzymam" wybrzmiewa szeptem na różne melodie. Światło gaśnie prawie zupełnie: widać cienie kobiet, słychać ich szept, pod sufitem w takim samym cieniu jedna huśtawka i druga. Snop światła: kobieta w ciąży. Nie mogę się zdecydować, gdzie ją postawić: trzecia huśtawka, scena czy może jeszcze coś innego? Ręce splecione na brzuchu. Bez żonkila. "Śni mi się, że trzymam" - mówi, a potem powtarza cały tekst. Panie na huśtawkach coraz bardziej się rozhuśtują. Na koniec fruwając pod tym sufitem jeszcze raz mówią tekst, każda po jednej linijce, a światło wiruje w koło.
* * *
Ha. Zawsze mówiłam, że filmem mojego życia jest Wesele.
Tak oto popełniłam reżyserski debiut.
Nie wiem, na ile realny, trzeba by spróbować. Any voluteers?
I na deskach Placu Konstytucji to jeszcze poproszę,
kolejna zachcianka, tylko jak do chmury te huśtawki podwiesić?
Albo - albo w synagodze w Klimontowie?
Obrazka właściwego nie posiadam, więc w ramach ersatzu niech będzie ten:
czwartek, 7 kwietnia 2011
korzenie matki tkwią w pramicie
W niedzielne popołudnie idę przez park i cieszę się wiosną. Na przeciwko mnie widzę znajomą twarz; piękna kobieta obchodzi klomb przed Pałacem Krasińskich i środkiem zalanego słońcem chodnika zmierza w moim kierunku, trzymając pod rękę starszą panią o kuli.
- Ej, Be!
- A czeeeeść!
- Będziesz w Powszechnym na swoich Utworach?
- Będę w piątek. A ty jakimś cudem dostałaś bilety????
- Cudem, rzekłaś.
- Bo wiesz, ja próbowałam kupić, ale za cholerę nie dało rady. Musiałam w końcu zadzwonić do dyrektora teatru i go poprosić, żeby mi dwie miejscówki skołował! - zeznaje autorka tekstu nominowanego do Nike, który w ciągu dwóch lat od tej nominacji doczekał się dwóch adaptacji scenicznych. Wow, myślę sobie. Pełna kultura!
Między niedzielą a czwartkiem o 18 dużo myślę o tej starszej pani: nie raz się zastanawiałam, jakie Meter ma oblicze. A dziś po 18 myślę sobie o nich obu, do kwadratu. Reżyser zastosował chwyt jak dla mnie mocno dyskusyjny. Nazwałabym go - faulem. W tekst Utfora-Potfora, tak intymny, że aż piszczy, wplótł jeszcze biografię autorki. Mocno wplótł: jej słowami, jej głosem. (Chciałam zlinkować wywiad z Dużego Formatu, 27.05.2009, mówi wujek FB z ciocią Wiki, ale go czarna dziura wessała - śmieje się dziadzio G. Page not found, jak ktoś finds, to niech links) Cały czas próbowałam wyobrazić sobie właścicielkę rudych loczków na tej widowni, gdy oglądała spektakl po raz pierwszy. Co i rusz brakowało mi tej wyobraźni. Gdzie jest granica, myślę sobie. Gdzie?
Dwie rzeczy były jednak genialne: Irena Jun i chór, chór i Irena Jun.Sama nie wiem, co lepsze, ale chyba jednak - chyba jednak to chór miał tę jedną nóżkę bardziej. Tym, co lubią brekekeks-koaks-koaks, a do teatru ze mną nie poszli, wklejam więc link jeden i drugi. W pierwszym gros zajmuje gadanina reżysera, w drugim po ostatniej minucie mamy jeszcze drugie dwie ukłonów. Brekekeksy trzeba sobie wyłowić.
A jeśli kogoś żaby zainspirują, TVP Kultura wyemituje je 12 kwietnia. Czyli we wtorek, o 21. Nędzny to substytut, ale zawsze jakiś. Zachęcam szczerze.
- Spotkałam dziś kudłatą. Ona jest taka śliczna! - zwierzam się mamie po raz enty.
- Zawsze była, powtarzam ci to cierpliwie, to co ma teraz nie być?
- No zawsze to zawsze. Wtedy miałyście po dwadzieścia lat, a ja się teraz zachwycam kobietą po sześćdziesiątce. To naprawdę śliczna musi być, żebym cię o tym każdorazowo informowała!
- Jakiej sześćdziesiątce, kochana?! Jakiej sześćdziesiątce??!?!!???!! - protestuje szczerze i nad wyraz energicznie moja Meter. Przecież ona jest ode mnie dwa lata młodsza, albo rok!!!
- Yyyyyyy... A...który-ty-przepraszam-mamusiu-jesteś-rocznik? - pytam cichutko, coby ustalić strategiczne fakty. Bo może coś mi przez 30 lat umknęło albo źle zapamiętałam.
- Yyyyyyy... - odpowiada Meter zakłopotana. Yyyyy. No. Hm. Ten tego. Chcesz powiedzieć, że... 19...48? Cholera jasna. Jak nie patrzę w lustro, to o tym zapominam.
I tego się trzymajmy.
Bo czy nie taka właśnie jest definicja młodości?
W lustro patrz sobie do woli, Mamo, przecież również śliczna jesteś.
Wszystkie koleżanki mi zawsze zazdrościły, a i dziś nikt ci tej sześćdziesiątki nie da.
A w dowód zaglądać - kto Ci każe?
- Ej, Be!
- A czeeeeść!
- Będziesz w Powszechnym na swoich Utworach?
- Będę w piątek. A ty jakimś cudem dostałaś bilety????
- Cudem, rzekłaś.
- Bo wiesz, ja próbowałam kupić, ale za cholerę nie dało rady. Musiałam w końcu zadzwonić do dyrektora teatru i go poprosić, żeby mi dwie miejscówki skołował! - zeznaje autorka tekstu nominowanego do Nike, który w ciągu dwóch lat od tej nominacji doczekał się dwóch adaptacji scenicznych. Wow, myślę sobie. Pełna kultura!
Między niedzielą a czwartkiem o 18 dużo myślę o tej starszej pani: nie raz się zastanawiałam, jakie Meter ma oblicze. A dziś po 18 myślę sobie o nich obu, do kwadratu. Reżyser zastosował chwyt jak dla mnie mocno dyskusyjny. Nazwałabym go - faulem. W tekst Utfora-Potfora, tak intymny, że aż piszczy, wplótł jeszcze biografię autorki. Mocno wplótł: jej słowami, jej głosem. (Chciałam zlinkować wywiad z Dużego Formatu, 27.05.2009, mówi wujek FB z ciocią Wiki, ale go czarna dziura wessała - śmieje się dziadzio G. Page not found, jak ktoś finds, to niech links) Cały czas próbowałam wyobrazić sobie właścicielkę rudych loczków na tej widowni, gdy oglądała spektakl po raz pierwszy. Co i rusz brakowało mi tej wyobraźni. Gdzie jest granica, myślę sobie. Gdzie?
Dwie rzeczy były jednak genialne: Irena Jun i chór, chór i Irena Jun.Sama nie wiem, co lepsze, ale chyba jednak - chyba jednak to chór miał tę jedną nóżkę bardziej. Tym, co lubią brekekeks-koaks-koaks, a do teatru ze mną nie poszli, wklejam więc link jeden i drugi. W pierwszym gros zajmuje gadanina reżysera, w drugim po ostatniej minucie mamy jeszcze drugie dwie ukłonów. Brekekeksy trzeba sobie wyłowić.
A jeśli kogoś żaby zainspirują, TVP Kultura wyemituje je 12 kwietnia. Czyli we wtorek, o 21. Nędzny to substytut, ale zawsze jakiś. Zachęcam szczerze.
* * *
Postscriptum o pokoleniach, co przychodzą i odchodzą
- Spotkałam dziś kudłatą. Ona jest taka śliczna! - zwierzam się mamie po raz enty.
- Zawsze była, powtarzam ci to cierpliwie, to co ma teraz nie być?
- No zawsze to zawsze. Wtedy miałyście po dwadzieścia lat, a ja się teraz zachwycam kobietą po sześćdziesiątce. To naprawdę śliczna musi być, żebym cię o tym każdorazowo informowała!
- Jakiej sześćdziesiątce, kochana?! Jakiej sześćdziesiątce??!?!!???!! - protestuje szczerze i nad wyraz energicznie moja Meter. Przecież ona jest ode mnie dwa lata młodsza, albo rok!!!
- Yyyyyyy... A...który-ty-przepraszam-mamusiu-jesteś-rocznik? - pytam cichutko, coby ustalić strategiczne fakty. Bo może coś mi przez 30 lat umknęło albo źle zapamiętałam.
- Yyyyyyy... - odpowiada Meter zakłopotana. Yyyyy. No. Hm. Ten tego. Chcesz powiedzieć, że... 19...48? Cholera jasna. Jak nie patrzę w lustro, to o tym zapominam.
I tego się trzymajmy.
Bo czy nie taka właśnie jest definicja młodości?
W lustro patrz sobie do woli, Mamo, przecież również śliczna jesteś.
Wszystkie koleżanki mi zawsze zazdrościły, a i dziś nikt ci tej sześćdziesiątki nie da.
A w dowód zaglądać - kto Ci każe?
to było tak
Dobrą dekadę, a może nawet i półtorej dekady myślałam o tym, by kiedyś zagadnąć autorkę Potfora w kwestii najzupełniej osobistej. Ale nie bardzo miałam pomysł o co miałoby mi chodzić. Coś mi mówiło: głupio tak przyjść i powiedzieć "oto jestem". Cel, cel, Iza, cel to ważna sprawa - tymi słowami sformułować problemu też w wieku 15, 18, 20 czy 25 lat nie umiałam, bo tę mądrość wyniosłam dopiero z pracy w FIO. Nauczyła mnie jej Kasia i to była bardzo ważna lekcja. Nastoletnia intuicja podpowiadała jednak, że z nagabywaniem należy poczekać, aż się ten cel wyklaruje.
Przez dwa lata pani Marysia cierpliwie pomagała mi odnaleźć azymut, a w lipcu 2009 dziadek Zygmuś wreszcie ułatwił zadanie. Gdy już imię Ewa nabrało jakiejś treści, to i cel się znalazł. Dzierżąc jeszcze ciepłą zdobycz w ręku przystąpiłam do dzieła. Ciężki to był moment w moim życiu:
Czytając ten Duży Format w drugą rocznicę spotkania z Marysią Szczukówną myślę kategorycznie: "O nie. No way. Rzygam matką i rzygam ojczyzną. Na cudze aktualnie miejsca nie mam: moich własnych mi całkowicie wystarczy. Sorry Winnetou, innym razem".
No ale jakoś nieśmiało mi mocno było, głupio tak nagabywać osobę publiczną, więc im bliżej do tej niedzieli, tym bardziej się łamałam. Polazłam w końcu do empiku. W sobotę o 21:45. Może nie będzie.......... Był. Nigdy później go już na tej półce nie spotkałam, ale na mnie czekał z wyszczerzonym uśmiechem. Jeden. Ostatni. "Tak sobie tylko przejrzę, zobaczę, co kobieta ma światu do powiedzenia. Raźniej mi będzie jutro".
Mhm. Nie dało się. No nie dało.
Gdzie polazałaś, pasiasta urwisko, niemy świadku moich łez?
Przez dwa lata pani Marysia cierpliwie pomagała mi odnaleźć azymut, a w lipcu 2009 dziadek Zygmuś wreszcie ułatwił zadanie. Gdy już imię Ewa nabrało jakiejś treści, to i cel się znalazł. Dzierżąc jeszcze ciepłą zdobycz w ręku przystąpiłam do dzieła. Ciężki to był moment w moim życiu:
29 VII
środa
Rozdarta pomiędzy dawno umarłym dziadkiem i jeszcze dawniej ciotką a aktualnie umierającą królicą
Siedzę na podłodze obok ciężko oddycha Szczeżuja
Głaszczę ją jedną ręką a drugą odpalam googla
Siedzę na podłodze obok ciężko oddycha Szczeżuja
Głaszczę ją jedną ręką a drugą odpalam googla
„umińska keff e-mail”
hola hola
to wcale nie takie proste
pół godziny a nie 2 minuty
najpierw przeczytasz DF
ale ja dobra w archeologii jestem
dziecko mishu i dziecko mej meter musi być dobre
we wszystkim
hola hola
to wcale nie takie proste
pół godziny a nie 2 minuty
najpierw przeczytasz DF
ale ja dobra w archeologii jestem
dziecko mishu i dziecko mej meter musi być dobre
we wszystkim
trafiona zatopiona
chropawy króliczy oddech, lewa ręka
chropawy dziecinny mail, prawa ręka
jednym palcem
wyślij
enter
chropawy króliczy oddech, lewa ręka
chropawy dziecinny mail, prawa ręka
jednym palcem
wyślij
enter
Czytając ten Duży Format w drugą rocznicę spotkania z Marysią Szczukówną myślę kategorycznie: "O nie. No way. Rzygam matką i rzygam ojczyzną. Na cudze aktualnie miejsca nie mam: moich własnych mi całkowicie wystarczy. Sorry Winnetou, innym razem".
No ale jakoś nieśmiało mi mocno było, głupio tak nagabywać osobę publiczną, więc im bliżej do tej niedzieli, tym bardziej się łamałam. Polazłam w końcu do empiku. W sobotę o 21:45. Może nie będzie.......... Był. Nigdy później go już na tej półce nie spotkałam, ale na mnie czekał z wyszczerzonym uśmiechem. Jeden. Ostatni. "Tak sobie tylko przejrzę, zobaczę, co kobieta ma światu do powiedzenia. Raźniej mi będzie jutro".
Mhm. Nie dało się. No nie dało.
Gdzie polazałaś, pasiasta urwisko, niemy świadku moich łez?
środa, 6 kwietnia 2011
les grands esprits se rencontrent
Próbowałam kiedyś na własny użytek zdefiniować MD. Nie jestem specjalnie dumna z literackiego poziomu tej definicji, ale mimo tego ją tu zamieszczę. Uprasza się o wyrozumiałość, cel był czysto terapeutyczny.
Na śmiech głośniejszy niż śmiać się należy
Na powietrze które upaja
Na zachwyt szczery najszczerszy dziecinny a nawet bardziej
Na euforię orgazm na cześć codzienności
Na strach co nie przestrasza a paraliżuje zatyka dech w piersiach dusi dławi a czasem ewentualnie zabija
Na rozpacz jesienną świata
Na wypalenie brak łez brak rozpaczy brak zachwytu i deficyt śmiechu
[małe]
[białe]
[gorzkie]
[pigułki]
Stąd
dotąd
i szlus
ani
kroku
dalej
bo jakby co to tam za rogiem czeka
kolega elektryczny pastuch z koleżanką siatką centylową
połącz kropki
nie wychodź za linię
A wklejam tu tę moją grafomanię dlatego, że eksplorując nie tak dawno temu tomik wspomnianej już Emily Dickinson znalazłam taki oto wiersz:
Czyste Szaleństwo to najwyższy Rozum -
Gdy je przeniknąć Zrozumienia błyskiem -
A czysty Rozum to upadek w Obłęd -
Lecz Większość - jak we Wszystkim -
Narzuca swoje Kategorie -
Przyjmij je - jesteś Normalny -
Odrzuć - czekają na Furiata
Kajdany i Kaftany.
Much Madness is divinest Sense -
To a discerning Eye -
Much Sense - the starkest Madness -
'Tis the Majority
In this, as All, prevail -
Assent - and you are sane -
Demur - you're straightway dangerous -
And handled with a Chain -
Hm. Pokolenie przychodzi i pokolenie odchodzi?
(Barańczakiem oczywiście. Nie znam dobrze tego narzecza, a tradittore i tak zachwyca. Słusznie?)
Na śmiech głośniejszy niż śmiać się należy
Na powietrze które upaja
Na zachwyt szczery najszczerszy dziecinny a nawet bardziej
Na euforię orgazm na cześć codzienności
Na strach co nie przestrasza a paraliżuje zatyka dech w piersiach dusi dławi a czasem ewentualnie zabija
Na rozpacz jesienną świata
Na wypalenie brak łez brak rozpaczy brak zachwytu i deficyt śmiechu
[małe]
[białe]
[gorzkie]
[pigułki]
Stąd
dotąd
i szlus
ani
kroku
dalej
bo jakby co to tam za rogiem czeka
kolega elektryczny pastuch z koleżanką siatką centylową
połącz kropki
nie wychodź za linię
A wklejam tu tę moją grafomanię dlatego, że eksplorując nie tak dawno temu tomik wspomnianej już Emily Dickinson znalazłam taki oto wiersz:
Czyste Szaleństwo to najwyższy Rozum -
Gdy je przeniknąć Zrozumienia błyskiem -
A czysty Rozum to upadek w Obłęd -
Lecz Większość - jak we Wszystkim -
Narzuca swoje Kategorie -
Przyjmij je - jesteś Normalny -
Odrzuć - czekają na Furiata
Kajdany i Kaftany.
Much Madness is divinest Sense -
To a discerning Eye -
Much Sense - the starkest Madness -
'Tis the Majority
In this, as All, prevail -
Assent - and you are sane -
Demur - you're straightway dangerous -
And handled with a Chain -
Hm. Pokolenie przychodzi i pokolenie odchodzi?
(Barańczakiem oczywiście. Nie znam dobrze tego narzecza, a tradittore i tak zachwyca. Słusznie?)
niedziela, 3 kwietnia 2011
owsiki na wulkanie
Przychodzi gimnazjalistka z dylematem: gdzie dzieje się akcja Romea i Julii? "Kto to czytał, ja czy ty?" "Yyyy. No ty na pewno" Wow po raz pierwszy. "Dziewczyno. Czytałaś tę książkę czy nie?" "No tak" "To czemu MNIE pytasz?" "Bo ty wszystko wiesz". Wow po raz drugi. "Wiem, ale nie powiem" - odparłam sadystycznie, mile komplementem połechtana.
"To teraz powiedz, czy dobrze napisałam" - mówi i czyta pracę domową z polskiego. "Uzasadnij, że fraszka X Jana Kochanowskiego jest utworem refleksyjnym". Średnio przekonująca ta odpowiedź, próbuję więc nawiązać dialog. "No bo po pierwsze to ja nie wiem, czym jest utwór refleksyjny" - stwierdza dziecię przytomnie, przedstawiwszy uprzednio sążniste uzasadnienie. "No to się zastanówmy, bo sformułowałaś kluczowe pytanie" - mówię tyleż ucieszona, co przestraszona. Jak mi ktoś poda definicję i cechy dystynktywne, chętnie przyjmę. Bardzo nie lubię tych pytań z gimnazjum. Mariola uważa, że fraszka refleksyjna nie jest i specjalnie mnie to nie dziwi, bo jak ma uważać inaczej, jeśli jej ni w ząb nie rozumie? "To czemu napisałaś, że jest?" - zagaduję ciekawsko. "No bo jeśli w pytaniu jest 'uzasadnij, że jest', to znaczy, że tak trzeba napisać". Aha. Czegoż to się człowiek dzisiaj w szkole nie nauczy.
"O ranyyyyy, znowu idziesz sprawdzać" "No idę, bo nie wiemy, a globus stoi na parapecie". "Bo ty to zawsze wiesz, gdzie sprawdzić. Nawet jeśli czegoś nie wiesz, to szybko znajdziesz". Wowwwwwww. Po raz trzeci. To już było naprawdę miłe. "Właśnie po to chodzisz do szkoły, żeby się tego nauczyć" - mówię dziewczęciu z rozpaczą, bo po co chodzi, to dość dobrze widzę. "Przecież czym się różni sorpcja od absorpcji (no? czym, kochani, czym?) zaraz zapomnisz". "No tak. W sumie to już zapomniałam" "Ale ja myślałam, że po to, że jak potem moje dziecko nie będzie wiedziało, pójdzie do ojca, ojciec powie 'idź do matki', matka powie 'idź do ojca' i oboje wyjdą na idiotów. No więc że po to się muszę nauczyć, żeby ktoś na idiotę nie wyszedł".
A potem już było o tych owsikach. Żeby przed własnymi dziećmi nie wyjść na idiotów, uczą się bowiem gimnazjaliści, czym są strefy ryftowe, lapilla i kaldery oraz czym się różni epicentrum od hipocentrum. Z pewnością dobrze im później pójdzie uzasadnienie, że jedno leży pod ziemią, a drugie na.
Moje słownictwo poszerzyło się zaś o jakże wdzięczne pojęcie stożka pasożytniczego: niby byłam na Etnie i widziałam ich parę, ale mi się nie przedstawiły. Z materiałami piroklastycznymi pewnie powinnam się już była spotkać, też im jednak powiedziałam dzień dobry. Obejrzawszy zaś niektóre z tych pojęć w wiki, odkryłam jeszcze ekshalacje, mohety, fumarole i solfatary. A także dowiedziałam się, że pasożyty bywają fakultatywne, okolkicznościowe i względne lub obligatoryjne, ścisłe, względne i bezwzględne. Taki tasiemiec, myślę sobie, szczegółnie uzbrojony. On to chyba musi być bezwzględny.
"To teraz powiedz, czy dobrze napisałam" - mówi i czyta pracę domową z polskiego. "Uzasadnij, że fraszka X Jana Kochanowskiego jest utworem refleksyjnym". Średnio przekonująca ta odpowiedź, próbuję więc nawiązać dialog. "No bo po pierwsze to ja nie wiem, czym jest utwór refleksyjny" - stwierdza dziecię przytomnie, przedstawiwszy uprzednio sążniste uzasadnienie. "No to się zastanówmy, bo sformułowałaś kluczowe pytanie" - mówię tyleż ucieszona, co przestraszona. Jak mi ktoś poda definicję i cechy dystynktywne, chętnie przyjmę. Bardzo nie lubię tych pytań z gimnazjum. Mariola uważa, że fraszka refleksyjna nie jest i specjalnie mnie to nie dziwi, bo jak ma uważać inaczej, jeśli jej ni w ząb nie rozumie? "To czemu napisałaś, że jest?" - zagaduję ciekawsko. "No bo jeśli w pytaniu jest 'uzasadnij, że jest', to znaczy, że tak trzeba napisać". Aha. Czegoż to się człowiek dzisiaj w szkole nie nauczy.
"O ranyyyyy, znowu idziesz sprawdzać" "No idę, bo nie wiemy, a globus stoi na parapecie". "Bo ty to zawsze wiesz, gdzie sprawdzić. Nawet jeśli czegoś nie wiesz, to szybko znajdziesz". Wowwwwwww. Po raz trzeci. To już było naprawdę miłe. "Właśnie po to chodzisz do szkoły, żeby się tego nauczyć" - mówię dziewczęciu z rozpaczą, bo po co chodzi, to dość dobrze widzę. "Przecież czym się różni sorpcja od absorpcji (no? czym, kochani, czym?) zaraz zapomnisz". "No tak. W sumie to już zapomniałam" "Ale ja myślałam, że po to, że jak potem moje dziecko nie będzie wiedziało, pójdzie do ojca, ojciec powie 'idź do matki', matka powie 'idź do ojca' i oboje wyjdą na idiotów. No więc że po to się muszę nauczyć, żeby ktoś na idiotę nie wyszedł".
A potem już było o tych owsikach. Żeby przed własnymi dziećmi nie wyjść na idiotów, uczą się bowiem gimnazjaliści, czym są strefy ryftowe, lapilla i kaldery oraz czym się różni epicentrum od hipocentrum. Z pewnością dobrze im później pójdzie uzasadnienie, że jedno leży pod ziemią, a drugie na.
Moje słownictwo poszerzyło się zaś o jakże wdzięczne pojęcie stożka pasożytniczego: niby byłam na Etnie i widziałam ich parę, ale mi się nie przedstawiły. Z materiałami piroklastycznymi pewnie powinnam się już była spotkać, też im jednak powiedziałam dzień dobry. Obejrzawszy zaś niektóre z tych pojęć w wiki, odkryłam jeszcze ekshalacje, mohety, fumarole i solfatary. A także dowiedziałam się, że pasożyty bywają fakultatywne, okolkicznościowe i względne lub obligatoryjne, ścisłe, względne i bezwzględne. Taki tasiemiec, myślę sobie, szczegółnie uzbrojony. On to chyba musi być bezwzględny.
środa, 9 marca 2011
lachn iz gezunt
- Eh, wie Pan, kiedy zaczynałam się leczyć, to myślałam, że te leki tak po prostu WYleczą, pstryk i już. A teraz... z czasem człowiek robi się coraz mniej wymagający - powiedziałam dziś filozoficznie mojemu panu doktorowi. Nuta spokojnej ?rezygnacji? doprawiona porcją cynizmu, a jednak... jednak wciąż mokro w oczach i solidna gula w gardle.
- To dostanie Pani jeszcze morfologię z rozmazem - powiedział ówże wpatrując się w monitor i uśmiechając spod nosa - żeby jakoś Pani zrekompensować niemożność wyleczenia.
(kurtyna)
- To dostanie Pani jeszcze morfologię z rozmazem - powiedział ówże wpatrując się w monitor i uśmiechając spod nosa - żeby jakoś Pani zrekompensować niemożność wyleczenia.
(kurtyna)
PS Lachn iz gezunt, doktojrim hejsn lachn, śmiech to zdrowie, lekarze każą się śmiać - głosi żydowskie przysłowie. Uczyli mnie też tego w domu, intensywnie. I wychowawca w liceum również fundował nam w tej kwestii niezły trening. Ciekawe tylko, czemu przez trzy i pół roku pani Marysia cierpliwie zadawała mi pytanie: "Pani Izo, czy to NAPRAWDĘ jest śmieszne?" Gdzie jesteś, Polyanno?
poniedziałek, 7 marca 2011
to będzie performance
Na sobotnich imieninach wujka Czarka mój ulubiony stryj miał fazę narzekania na gęsi w ojczyźnie. "Instalacja! Instalacja! Co to jest instalacja? - pyta z oburzeniem godnym inżyniera z dziada pradziada. Za moich czasów to było coś, co działało i czemuś służyło, a nie udawało, że służy. Hydrauliczna instalacja była, elektryczna instalacja... to musiało mieć rury, przewody, złącza... A teraz powiesisz genitalia na krzyżu i to jest instalacja. A jak nimi poruszasz, to będzie performance".
Hm. Nijak nie mogłam znaleźć słów lepszych od tych, których się czepiał. Za tutora też oberwałam po głowie. "Czemu nie przeszkadza ci fotel albo parasol?" - spytałam, a on na to: "Nie wiem czemu, ale nie przeszkadza". Wracam potem do domu i oddaję się ulubionej ostatnio rozrywce przerabiania gazet na strzępy. Mój wzrok ląduje na takim fragmencie:
"Wysłuchanie reklamy nie jest równe wejściu na landing page i poznaniu zalet produktu. Obok odjechanego headline'u zabrakło subheadu, który komuniowałby największe korzyści. (...) Bot zarówno odgrywa rolę helpdesku, jak i pełni funkcję rozrywkową, bo można z nim porozmawiać na dowolny temat, niekonieczine związany z usługą"
Hm.
Parasol mi nie przeszkadza.
Instalacja i performance również nie.
Bez tutora jak wiadomo żyć nie mogę ;-)
Ale z botem bym chyba sobie porozmawiała
[kimkolwiek by nie był]
Ciężko z tym językiem........................................
Hm. Nijak nie mogłam znaleźć słów lepszych od tych, których się czepiał. Za tutora też oberwałam po głowie. "Czemu nie przeszkadza ci fotel albo parasol?" - spytałam, a on na to: "Nie wiem czemu, ale nie przeszkadza". Wracam potem do domu i oddaję się ulubionej ostatnio rozrywce przerabiania gazet na strzępy. Mój wzrok ląduje na takim fragmencie:
"Wysłuchanie reklamy nie jest równe wejściu na landing page i poznaniu zalet produktu. Obok odjechanego headline'u zabrakło subheadu, który komuniowałby największe korzyści. (...) Bot zarówno odgrywa rolę helpdesku, jak i pełni funkcję rozrywkową, bo można z nim porozmawiać na dowolny temat, niekonieczine związany z usługą"
Hm.
Parasol mi nie przeszkadza.
Instalacja i performance również nie.
Bez tutora jak wiadomo żyć nie mogę ;-)
Ale z botem bym chyba sobie porozmawiała
[kimkolwiek by nie był]
Ciężko z tym językiem........................................
czwartek, 3 marca 2011
trzy ćwierci
No i miało być na temat, a znów będzie nie na temat. Smutno. Niektórzy mówią, że na pogrzebach ludzi, którzy lubili się śmiać, należałoby opowiadać dowcipy zamiast płakać. Przypomina mi się ten jazz, w rytm którego dwa lata temu szedł tłum wzdłuż Anielewicza. Słońce świeciło tak nieprzyzwoicie. Im bardziej sobie teraz słucham, tym bardziej nie idzie mi to śmianie się w rytm tanga do szuj i kolejnych ułanów.
A już do tej piosenki, co to ją jak widzę linkują różne serwisy, to już w ogóle uśmiechnąć się nie umiem. Bo czy teraz bohaterka - potrafiła? Kiedy płaczą ci, co zawsze się śmieją? Kiedy się boją?
I jeszcze jedno pytanie nie daje mi spokoju.
Czy naprawdę wesołe jest życie staruszka?
Jak jej było w tym Skolimowie?
Smutno mi, ot i co.
A Wam?
PS Miała urodziny 17 września. na pocieszenie dla tych, którym bieg historii zakłócił beztroskę osobistego święta.
A już do tej piosenki, co to ją jak widzę linkują różne serwisy, to już w ogóle uśmiechnąć się nie umiem. Bo czy teraz bohaterka - potrafiła? Kiedy płaczą ci, co zawsze się śmieją? Kiedy się boją?
I jeszcze jedno pytanie nie daje mi spokoju.
Czy naprawdę wesołe jest życie staruszka?
Jak jej było w tym Skolimowie?
Smutno mi, ot i co.
A Wam?
PS Miała urodziny 17 września. na pocieszenie dla tych, którym bieg historii zakłócił beztroskę osobistego święta.
środa, 2 marca 2011
się obraziły
Po pierwsze, to chciałam napisać, że na okoliczność egzystencjalnych rozmów z mkw układa mi się poważniejsza niż ostatnie posty treść do przekazania i należy mieć nadzieję, że ją kiedyś ubiorę w słowa. Po drugie chciałam wkleić niepoważny komunikat, którym przed chwilą poczęstowała mnie strona goldenline. Czyż nie piekny to przykład na to, jak różnie można przekazać upierdliwą treść?
Wygląda na to, że nasze serwery się obraziły i nie chcą chwilowo działać.
...właśnie z nimi rozmawiamy i przekonujemy, że nie jest to najlepsze wyjście.
...właśnie z nimi rozmawiamy i przekonujemy, że nie jest to najlepsze wyjście.
piątek, 25 lutego 2011
niedziela, 20 lutego 2011
czwartek, 17 lutego 2011
no i tak to jest
10.
A to jest zwyczajnie historia o człowieku,
który budzi się codziennie w innym łóżku,
nawet jeśli nie rusza się z miejsca, to jest, to być musi
historia o człowieku, który budzi się
codziennie w innym łóżku.
A to jest zwyczajnie historia o człowieku,
który uparcie pisze, chociaż wszystkie klisze
już prześwietliły się.
11.
NO I TAK TO JEST.
Marcin Świetlicki, "Niskie pobudki"
[Takie coś wygrzebałam, grzebiąc w tym, co dawnymi powycinałam z gazet i włożyłam do koszulki na zaś. Dlaczego ja nie robię z tego użytku innego, niż wycinanie? To pytanie zadaję sobie za każdym razem, gdy mnie natchnie, by sięgnąć po nożyczki]
A to jest zwyczajnie historia o człowieku,
który budzi się codziennie w innym łóżku,
nawet jeśli nie rusza się z miejsca, to jest, to być musi
historia o człowieku, który budzi się
codziennie w innym łóżku.
A to jest zwyczajnie historia o człowieku,
który uparcie pisze, chociaż wszystkie klisze
już prześwietliły się.
11.
NO I TAK TO JEST.
Marcin Świetlicki, "Niskie pobudki"
[Takie coś wygrzebałam, grzebiąc w tym, co dawnymi powycinałam z gazet i włożyłam do koszulki na zaś. Dlaczego ja nie robię z tego użytku innego, niż wycinanie? To pytanie zadaję sobie za każdym razem, gdy mnie natchnie, by sięgnąć po nożyczki]
poniedziałek, 14 lutego 2011
a gdzie jest odpływ?
Drugie wspomnienie z okresu Pamiętnych Prawdziwie Przyjemnych Podrygów. Nie potrafię go umiejscowić w czasie, bo dane zachowane na twardym dysku mojej pamięci są sprzeczne.
Używając nomenklatury pani Marysi – leżę na katafalku. Patrzę w sufit, ryczę w poduszkę, wskazówki zegara przesuwają się tak upiornie powoli. Jest – druga, trzecia, czwarta po południu? Od rana jeszcze nie wstałam. Nic nie jadłam, nawet mojej tabletki seronilu i kisielu z otrębami, podstawy mojego pożywienia. Nie jestem w stanie przeczytać gazetki „Mój pies”, o walających się przy łóżku starych „Charakterach” nie wspominając. Książki włóżmy między bajki. Zresztą nie chcę niczego czytać. Chcę zniknąć. Dzwoni Gabrysia. „Co robisz?”. „Nic”. „Aha. A nie pojechałabyś ze mną kupić wykładziny do łazienki? Podjadę po ciebie”. Gaba. Z Gabą było dobrze. Wszak i tak trzeba czymś wypełnić ten cholerny czas. Niech będzie ta wykładzina.
Dokładnie ten sam schemat. Zwlekam się z łóżka półżywa, zapłakana. Gabrysia czeka na dole. Schodzę. Ledwo idąc. Jedziemy, po drodze chlipię. Wchodzimy do sklepu, dużego, w którym jest jasne światło, hałas i ludzie. Gaba głupieje, bo wybór za duży, a w dodatku w perspektywie mamy jeszcze babskie układanie tej wykładziny, do którego nie wiemy jak się zabrać. Chce się wycofać: „słuchaj, to jednak idiotyczny pomysł. Nie poradzimy sobie same. Trudno, odpuśćmy, przyjadę z Szymonem”. Przejmuję pałeczkę. „No co ty. Zwariowałaś? Dlaczego nie? Poczekaj. Spokojnie. Trzeba znaleźć jakiegoś pana i zapytać, ja to potrafię robić”. To była prawda: faktycznie potrafię, a metoda „na blondynkę” jest skuteczna, faceci czują się wtedy dowartościowani. Blondynka, która chce układać wykładzinę, absolutnie nie wiedząc jak, jest po stokroć lepsza od brunetki, która świetnie się na tym zna i tylko próbuje ustalić ze sprzedawcą właściwą grubość ostrza noża do tapet. Sprawdzone wielokrotnie.
Pana upolowałam i ucięłam sobie z nim pogawędkę. Prawie udało mi się go przekonać, by nam tę wykładzinę ułożył, ale ostatecznie nie zgraliśmy się czasowo. Dzwonił nawet do kolegi, ale kolega też nie mógł. Wytłumaczył więc dokładnie, ile kupić, czym ciąć i jak. Zadanie wykonałam i byłam z siebie dumna. „Nieźle ci szło” – mówi Gabrysia z uznaniem, puszczając oko. Mocno czuję, że nie chodzi jej o wykładzinę, ale nie wiem, o co. Patrzę półprzytomnie: „Ale co?”. Spogląda spode łba: „No nie rób sobie jaj”. „Yyyyy?”. „Wrócisz tu jutro i będzie twój!”. Z oczyma jak spodki protestuję słabo: „Gaba. Nie rozumiem cię…”. Szczerze protestuję. Patrzę na nią bezradnie. Tym razem ona głupieje. „No Iza, przecież ty go podrywałaś, prawda? Nie mów, że nie. Nie widzisz, jak ci się dał owinąć wokół palca?”. Nie. Nie widziałam. Próbowałam się tylko dowiedzieć, jak dwie blondynki mają się zabrać do męskiej roboty. Po co miałabym podrywać sprzedawcę wykładzin?
A potem – potem wtachałyśmy tę wykładzinę do domu, weszłyśmy do łazienki i – klops. Pan nie powiedział, z której strony zacząć. Od czegóż mam jednak tatę? Chciałam go poprosić, żeby przyjechał nam pomóc, ale Gaba nie pozwoliła. Próbowałam ją przekonać: że mieszka blisko, ma po drodze z pracy i lubi takie akcje. Nic z tego. Nie. No dobra, nie to nie. W takim razie tylko zadzwonię i pogadam. „Iza, ale jakim cudem on ci to wytłumaczy przez telefon? Przecież musiałby tu być i to widzieć!” „Nie bój się. Daj nam szansę. On mnie zna nie od dziś”. „Miś, posłuchaj. Wyobraź sobie, że układasz linoleum w łazience. Łazienka ma wymiary pi razy oko 2x2, a wykładzina jest ucięta z zapasem, 2,5x2,5. Wszystkie ściany są krzywe, a na podłodze są stare, również krzywe kafelki. I teraz skup się. Idę z ruchem wskazówek zegara. Na jednej ścianie masz drzwi, a w rogu dwie rury od ciepłej wody wchodzące w podłogę. Na drugiej ścianie jest kibel. Na trzeciej umywalka z nogą, a na czwartej wanna, pod wanną taka dziura na nogi. Z której strony byś zaczął?”
„A gdzie ty układasz tę wykładzinę?” – zapytał ciekawsko ojciec. „U Gabrysi”. „Ale gdzie ta Gabrysia mieszka?” „Na Broniewskiego”. „Aha. No to tam faktycznie może być krzywo, bo to jest sztuka budowlana lat siedemdziesiątych. A jakiegoś chłopa nie macie?” „To ma być niespodzianka dla chłopa. Mamy trzy godziny”. „Aha. To może być trochę mało. A czym chcecie ciąć?” „Nożem do tapet. Tak nam Pan w sklepie doradził”. „Rozumiem. To powiedz jeszcze raz – jak te ściany idą?” Powtarzam powoli, spokojnie. Oczy słuchającej tej rozmowy Gabrysi robią się większe i większe. Siedzimy w tej łazience na podłodze, między nami rulon wykładziny. Wypełniamy całą przestrzeń, a rulon nawet wystaje. „Aha. No to wiesz…. Ja bym chyba zaczął od tych rur. Bo wtedy przećwiczycie docinanie na małym kawałku, a potem zabierzecie się za większe dziury”. „Dobra. A co z kiblem? Mamy go odkręcić?” „A gdzie jest odpływ? W podłodze, czy w ścianie?” „W ścianie”. „W takim razie jeśli odkręcicie, to istnieje niebezpieczeństwo, że… wiesz jakie? Pomyśl!” „Się wyleje?” „Ano właśnie. Może się zdarzyć, że utoniecie w gównie sąsiada. Musisz chyba przeciąć od tyłu, a potem zrobić kółeczko wokół podstawy muszli. Nie będzie to najpiękniej…”. „No właśnie… A nie da się jakoś zatrzymać tego gówna i zatkać rury?” „Nie radziłbym próbować. Czym grozi – już Ci powiedziałem, dalej wasza sprawa, duże dziewczynki jesteście”.
Czy należy uznać, że tym razem próbowałam uwieść własnego ojca? Nie. Poprosiłam go o pomoc, a on mi jej udzielił. Skutecznie. Nie zastanawiał się nad sensem moich poczynań. Znał mnie wszak od 24 lat i zdążył się przyzwyczaić, że nie zawsze rozumie, o co chodzi w tym, co robię. Na trzeźwo również płatałam niezłe figle, a z mojego pierwszego życia czerpałam łapczywie, garściami i większość wariackich pomysłów wprowadzałam w czyn. Nie próbował zrozumieć. Był obok i kochał, jak umiał. Czy wobec faktu, że umknęła mu moja kilkumiesięczna i nieomal śmiertelna depresja, można by oczekiwać, że zauważy hipomanię? Nie. Nie, nie i jeszcze raz nie. Ogórki nie śpiewają. Ale oczy Gabrysi były duże i bardzo okrągłe.
Takie urywane, fragmentaryczne te wspomnienia. Wszystko można by zbić i powiedzieć, że wyolbrzymiam. Że każdy ma kiedyś głupawkę i każdy potrafi nieświadomie uwodzić oraz zapalić się do układania wykładziny. Właśnie dlatego tak trudno diagnozuje się II typ ChAD. A raczej: wszystko, co nie jest tym, co kiedyś uważano za I typ.
Można nawet pytać, czy półdniowe odpały w depresyjnym otoczeniu, a już tym bardziej bez niego, w ogóle da się podciągnąć pod kategorię hipomanii. Doskonałej książki profesora Rybakowskiego wówczas nie było. Pilnie studiowana przeze mnie w pierwszych latach przygody na biegunach książeczka państwa Papolosów [komu do cholery ją pożyczyłam?] tego nie przewidywała i dlatego ja również nie. Anglojęzycznej literatury fachowej [może ktoś chce mi sprezentować to drugie wydanie?] dla lekarzy wtedy jeszcze nie studiowałam, dość późno wpadłam na ten jakże zbawienny pomysł. "To chyba jednak był wtedy mix" - zwierzam się spotkanemu ostatnio psychiatrze. "Nie wiem, nie pamiętam, za mało danych". „Wie Pani, w sytuacji, gdy nikt tak naprawdę nie wie, czym jest choroba dwubiegunowa, to porywanie się na próbę zdefiniowania, czym jest stan mieszany, wydaje mi się być czystą ezoteryką” – powiedział mi dr Piotr Świtaj i choć castingu na razie nie wygrał, to bardzo go za ten tekst polubiłam. Zaimponował mi. Bo ja tak naprawdę również wolę inne wytłumaczenie. To było i jest kuriozum o nazwie „Iza”. Tylko i aż. W tę rubryczkę mieszczę się idealnie.
„I ty naprawdę masz dzisiaj doła?” – dopytuje Gaba znad pamiętnej wykładziny. Pan nie do końca dobrze nam doradził, może jednak nie znał się na tym tak dobrze, jak mi się wydawało. Nieopatrznie kupiłyśmy wariant przemysłowy, a on zapewnił, że będzie porządna i długo wytrzyma. Porządna może i była, ale ciąć ją nożem do tapet wcale nie było łatwo. Koniec końców jednak się poddałyśmy. To znaczy: Gabrysia wyprowadziła mnie z łazienki siłą, bo ja chciałam bawić się dalej i nie mogłam zrozumieć, dlaczego ona już nie chce. Wykładzinę ostatecznie położył Szymon i wcale nie zrobił tego równiej. Przy następnej wizycie nie omieszkałam sprawdzić. Co się uśmiał z babskiej inicjatywy – to jego. Co ja się nacieszyłam – to moje. „No. Dopóki nie zadzwoniłaś, cały dzień przeleżałam rycząc i patrząc w sufit, a potem ledwo się odskrobałam od łóżka... Wiesz, nie miałam siły dojść do samochodu, po drodze dwa razy stawałam, żeby odpocząć, a przecież stałaś przed blokiem. Ja już nie mogę, Gaba, już nie mogę. Teraz z tobą jakoś raźniej, ale na co dzień jest upiornie. Leżę i czekam, aż dzień się skończy” – odpowiadam zgodnie z prawdą, becząc jak krokodyl nad kieliszkiem wina. I każdy normalny człowiek daje się na to nabrać. Ze mną na czele i z moją osobistą panią doktór, specjalistą psychiatrą, włącznie.
Używając nomenklatury pani Marysi – leżę na katafalku. Patrzę w sufit, ryczę w poduszkę, wskazówki zegara przesuwają się tak upiornie powoli. Jest – druga, trzecia, czwarta po południu? Od rana jeszcze nie wstałam. Nic nie jadłam, nawet mojej tabletki seronilu i kisielu z otrębami, podstawy mojego pożywienia. Nie jestem w stanie przeczytać gazetki „Mój pies”, o walających się przy łóżku starych „Charakterach” nie wspominając. Książki włóżmy między bajki. Zresztą nie chcę niczego czytać. Chcę zniknąć. Dzwoni Gabrysia. „Co robisz?”. „Nic”. „Aha. A nie pojechałabyś ze mną kupić wykładziny do łazienki? Podjadę po ciebie”. Gaba. Z Gabą było dobrze. Wszak i tak trzeba czymś wypełnić ten cholerny czas. Niech będzie ta wykładzina.
Dokładnie ten sam schemat. Zwlekam się z łóżka półżywa, zapłakana. Gabrysia czeka na dole. Schodzę. Ledwo idąc. Jedziemy, po drodze chlipię. Wchodzimy do sklepu, dużego, w którym jest jasne światło, hałas i ludzie. Gaba głupieje, bo wybór za duży, a w dodatku w perspektywie mamy jeszcze babskie układanie tej wykładziny, do którego nie wiemy jak się zabrać. Chce się wycofać: „słuchaj, to jednak idiotyczny pomysł. Nie poradzimy sobie same. Trudno, odpuśćmy, przyjadę z Szymonem”. Przejmuję pałeczkę. „No co ty. Zwariowałaś? Dlaczego nie? Poczekaj. Spokojnie. Trzeba znaleźć jakiegoś pana i zapytać, ja to potrafię robić”. To była prawda: faktycznie potrafię, a metoda „na blondynkę” jest skuteczna, faceci czują się wtedy dowartościowani. Blondynka, która chce układać wykładzinę, absolutnie nie wiedząc jak, jest po stokroć lepsza od brunetki, która świetnie się na tym zna i tylko próbuje ustalić ze sprzedawcą właściwą grubość ostrza noża do tapet. Sprawdzone wielokrotnie.
Pana upolowałam i ucięłam sobie z nim pogawędkę. Prawie udało mi się go przekonać, by nam tę wykładzinę ułożył, ale ostatecznie nie zgraliśmy się czasowo. Dzwonił nawet do kolegi, ale kolega też nie mógł. Wytłumaczył więc dokładnie, ile kupić, czym ciąć i jak. Zadanie wykonałam i byłam z siebie dumna. „Nieźle ci szło” – mówi Gabrysia z uznaniem, puszczając oko. Mocno czuję, że nie chodzi jej o wykładzinę, ale nie wiem, o co. Patrzę półprzytomnie: „Ale co?”. Spogląda spode łba: „No nie rób sobie jaj”. „Yyyyy?”. „Wrócisz tu jutro i będzie twój!”. Z oczyma jak spodki protestuję słabo: „Gaba. Nie rozumiem cię…”. Szczerze protestuję. Patrzę na nią bezradnie. Tym razem ona głupieje. „No Iza, przecież ty go podrywałaś, prawda? Nie mów, że nie. Nie widzisz, jak ci się dał owinąć wokół palca?”. Nie. Nie widziałam. Próbowałam się tylko dowiedzieć, jak dwie blondynki mają się zabrać do męskiej roboty. Po co miałabym podrywać sprzedawcę wykładzin?
A potem – potem wtachałyśmy tę wykładzinę do domu, weszłyśmy do łazienki i – klops. Pan nie powiedział, z której strony zacząć. Od czegóż mam jednak tatę? Chciałam go poprosić, żeby przyjechał nam pomóc, ale Gaba nie pozwoliła. Próbowałam ją przekonać: że mieszka blisko, ma po drodze z pracy i lubi takie akcje. Nic z tego. Nie. No dobra, nie to nie. W takim razie tylko zadzwonię i pogadam. „Iza, ale jakim cudem on ci to wytłumaczy przez telefon? Przecież musiałby tu być i to widzieć!” „Nie bój się. Daj nam szansę. On mnie zna nie od dziś”. „Miś, posłuchaj. Wyobraź sobie, że układasz linoleum w łazience. Łazienka ma wymiary pi razy oko 2x2, a wykładzina jest ucięta z zapasem, 2,5x2,5. Wszystkie ściany są krzywe, a na podłodze są stare, również krzywe kafelki. I teraz skup się. Idę z ruchem wskazówek zegara. Na jednej ścianie masz drzwi, a w rogu dwie rury od ciepłej wody wchodzące w podłogę. Na drugiej ścianie jest kibel. Na trzeciej umywalka z nogą, a na czwartej wanna, pod wanną taka dziura na nogi. Z której strony byś zaczął?”
„A gdzie ty układasz tę wykładzinę?” – zapytał ciekawsko ojciec. „U Gabrysi”. „Ale gdzie ta Gabrysia mieszka?” „Na Broniewskiego”. „Aha. No to tam faktycznie może być krzywo, bo to jest sztuka budowlana lat siedemdziesiątych. A jakiegoś chłopa nie macie?” „To ma być niespodzianka dla chłopa. Mamy trzy godziny”. „Aha. To może być trochę mało. A czym chcecie ciąć?” „Nożem do tapet. Tak nam Pan w sklepie doradził”. „Rozumiem. To powiedz jeszcze raz – jak te ściany idą?” Powtarzam powoli, spokojnie. Oczy słuchającej tej rozmowy Gabrysi robią się większe i większe. Siedzimy w tej łazience na podłodze, między nami rulon wykładziny. Wypełniamy całą przestrzeń, a rulon nawet wystaje. „Aha. No to wiesz…. Ja bym chyba zaczął od tych rur. Bo wtedy przećwiczycie docinanie na małym kawałku, a potem zabierzecie się za większe dziury”. „Dobra. A co z kiblem? Mamy go odkręcić?” „A gdzie jest odpływ? W podłodze, czy w ścianie?” „W ścianie”. „W takim razie jeśli odkręcicie, to istnieje niebezpieczeństwo, że… wiesz jakie? Pomyśl!” „Się wyleje?” „Ano właśnie. Może się zdarzyć, że utoniecie w gównie sąsiada. Musisz chyba przeciąć od tyłu, a potem zrobić kółeczko wokół podstawy muszli. Nie będzie to najpiękniej…”. „No właśnie… A nie da się jakoś zatrzymać tego gówna i zatkać rury?” „Nie radziłbym próbować. Czym grozi – już Ci powiedziałem, dalej wasza sprawa, duże dziewczynki jesteście”.
Czy należy uznać, że tym razem próbowałam uwieść własnego ojca? Nie. Poprosiłam go o pomoc, a on mi jej udzielił. Skutecznie. Nie zastanawiał się nad sensem moich poczynań. Znał mnie wszak od 24 lat i zdążył się przyzwyczaić, że nie zawsze rozumie, o co chodzi w tym, co robię. Na trzeźwo również płatałam niezłe figle, a z mojego pierwszego życia czerpałam łapczywie, garściami i większość wariackich pomysłów wprowadzałam w czyn. Nie próbował zrozumieć. Był obok i kochał, jak umiał. Czy wobec faktu, że umknęła mu moja kilkumiesięczna i nieomal śmiertelna depresja, można by oczekiwać, że zauważy hipomanię? Nie. Nie, nie i jeszcze raz nie. Ogórki nie śpiewają. Ale oczy Gabrysi były duże i bardzo okrągłe.
*
Takie urywane, fragmentaryczne te wspomnienia. Wszystko można by zbić i powiedzieć, że wyolbrzymiam. Że każdy ma kiedyś głupawkę i każdy potrafi nieświadomie uwodzić oraz zapalić się do układania wykładziny. Właśnie dlatego tak trudno diagnozuje się II typ ChAD. A raczej: wszystko, co nie jest tym, co kiedyś uważano za I typ.
Można nawet pytać, czy półdniowe odpały w depresyjnym otoczeniu, a już tym bardziej bez niego, w ogóle da się podciągnąć pod kategorię hipomanii. Doskonałej książki profesora Rybakowskiego wówczas nie było. Pilnie studiowana przeze mnie w pierwszych latach przygody na biegunach książeczka państwa Papolosów [komu do cholery ją pożyczyłam?] tego nie przewidywała i dlatego ja również nie. Anglojęzycznej literatury fachowej [może ktoś chce mi sprezentować to drugie wydanie?] dla lekarzy wtedy jeszcze nie studiowałam, dość późno wpadłam na ten jakże zbawienny pomysł. "To chyba jednak był wtedy mix" - zwierzam się spotkanemu ostatnio psychiatrze. "Nie wiem, nie pamiętam, za mało danych". „Wie Pani, w sytuacji, gdy nikt tak naprawdę nie wie, czym jest choroba dwubiegunowa, to porywanie się na próbę zdefiniowania, czym jest stan mieszany, wydaje mi się być czystą ezoteryką” – powiedział mi dr Piotr Świtaj i choć castingu na razie nie wygrał, to bardzo go za ten tekst polubiłam. Zaimponował mi. Bo ja tak naprawdę również wolę inne wytłumaczenie. To było i jest kuriozum o nazwie „Iza”. Tylko i aż. W tę rubryczkę mieszczę się idealnie.
„I ty naprawdę masz dzisiaj doła?” – dopytuje Gaba znad pamiętnej wykładziny. Pan nie do końca dobrze nam doradził, może jednak nie znał się na tym tak dobrze, jak mi się wydawało. Nieopatrznie kupiłyśmy wariant przemysłowy, a on zapewnił, że będzie porządna i długo wytrzyma. Porządna może i była, ale ciąć ją nożem do tapet wcale nie było łatwo. Koniec końców jednak się poddałyśmy. To znaczy: Gabrysia wyprowadziła mnie z łazienki siłą, bo ja chciałam bawić się dalej i nie mogłam zrozumieć, dlaczego ona już nie chce. Wykładzinę ostatecznie położył Szymon i wcale nie zrobił tego równiej. Przy następnej wizycie nie omieszkałam sprawdzić. Co się uśmiał z babskiej inicjatywy – to jego. Co ja się nacieszyłam – to moje. „No. Dopóki nie zadzwoniłaś, cały dzień przeleżałam rycząc i patrząc w sufit, a potem ledwo się odskrobałam od łóżka... Wiesz, nie miałam siły dojść do samochodu, po drodze dwa razy stawałam, żeby odpocząć, a przecież stałaś przed blokiem. Ja już nie mogę, Gaba, już nie mogę. Teraz z tobą jakoś raźniej, ale na co dzień jest upiornie. Leżę i czekam, aż dzień się skończy” – odpowiadam zgodnie z prawdą, becząc jak krokodyl nad kieliszkiem wina. I każdy normalny człowiek daje się na to nabrać. Ze mną na czele i z moją osobistą panią doktór, specjalistą psychiatrą, włącznie.
piątek, 11 lutego 2011
niedziela, 6 lutego 2011
czarny lew
Posłuchaj – kiedyś,
kiedyś, kiedyś raz
był sobie czarny,
czarny, czarny, czarny las
i tam wśród czarnych, czarnych, czarnych drzew
żył sobie czarny, czarny, czarny lew.
Jak czarna fala
była grzywa tego lwa,
a jego oczy
jak płomienie czarne dwa.
A kiedy stąpał
po odłamkach czarnych skał,
to nawet groźny słoń
na widok jego drżał.
A gdy na ziemię
padał jego cień,
za czarne chmury przestraszony krył się dzień
i mrok zapadał,
i ucichał ptaków śpiew.
Lecz tak naprawdę –
TO BYŁ BARDZO DOBRY LEW.
I pewnej nocy –
możecie wierzyć albo nie –
być może, czarny lew
odwiedzi cię we śnie
i głowę skłoni, byś na grzbiecie jego siadł,
i pomknie z tobą
przez uśpiony nocny świat,
ponad lasami
i dachami śpiących miast
ponad chmurami,
tam gdzie roje sennych gwiazd,
gdzie cały w blasku
księżycowy stoi las…
(Danuta Wawiłow)
kiedyś, kiedyś raz
był sobie czarny,
czarny, czarny, czarny las
i tam wśród czarnych, czarnych, czarnych drzew
żył sobie czarny, czarny, czarny lew.
Jak czarna fala
była grzywa tego lwa,
a jego oczy
jak płomienie czarne dwa.
A kiedy stąpał
po odłamkach czarnych skał,
to nawet groźny słoń
na widok jego drżał.
A gdy na ziemię
padał jego cień,
za czarne chmury przestraszony krył się dzień
i mrok zapadał,
i ucichał ptaków śpiew.
Lecz tak naprawdę –
TO BYŁ BARDZO DOBRY LEW.
I pewnej nocy –
możecie wierzyć albo nie –
być może, czarny lew
odwiedzi cię we śnie
i głowę skłoni, byś na grzbiecie jego siadł,
i pomknie z tobą
przez uśpiony nocny świat,
ponad lasami
i dachami śpiących miast
ponad chmurami,
tam gdzie roje sennych gwiazd,
gdzie cały w blasku
księżycowy stoi las…
(Danuta Wawiłow)
Subskrybuj:
Posty (Atom)








