poniedziałek, 14 lutego 2011

a gdzie jest odpływ?

Drugie wspomnienie z okresu Pamiętnych Prawdziwie Przyjemnych Podrygów. Nie potrafię go umiejscowić w czasie, bo dane zachowane na twardym dysku mojej pamięci są sprzeczne.

Używając nomenklatury pani Marysi – leżę na katafalku. Patrzę w sufit, ryczę w poduszkę, wskazówki zegara przesuwają się tak upiornie powoli. Jest – druga, trzecia, czwarta po południu? Od rana jeszcze nie wstałam. Nic nie jadłam, nawet mojej tabletki seronilu i kisielu z otrębami, podstawy mojego pożywienia. Nie jestem w stanie przeczytać gazetki „Mój pies”, o walających się przy łóżku starych „Charakterach” nie wspominając. Książki włóżmy między bajki. Zresztą nie chcę niczego czytać. Chcę zniknąć. Dzwoni Gabrysia. „Co robisz?”. „Nic”. „Aha. A nie pojechałabyś ze mną kupić wykładziny do łazienki? Podjadę po ciebie”. Gaba. Z Gabą było dobrze. Wszak i tak trzeba czymś wypełnić ten cholerny czas. Niech będzie ta wykładzina.

Dokładnie ten sam schemat. Zwlekam się z łóżka półżywa, zapłakana. Gabrysia czeka na dole. Schodzę. Ledwo idąc. Jedziemy, po drodze chlipię. Wchodzimy do sklepu, dużego, w którym jest jasne światło, hałas i ludzie. Gaba głupieje, bo wybór za duży, a w dodatku w perspektywie mamy jeszcze babskie układanie tej wykładziny, do którego nie wiemy jak się zabrać. Chce się wycofać: „słuchaj, to jednak idiotyczny pomysł. Nie poradzimy sobie same. Trudno, odpuśćmy, przyjadę z Szymonem”. Przejmuję pałeczkę. „No co ty. Zwariowałaś? Dlaczego nie? Poczekaj. Spokojnie. Trzeba znaleźć jakiegoś pana i zapytać, ja to potrafię robić”. To była prawda: faktycznie potrafię, a metoda „na blondynkę” jest skuteczna, faceci czują się wtedy dowartościowani. Blondynka, która chce układać wykładzinę, absolutnie nie wiedząc jak, jest po stokroć lepsza od brunetki, która świetnie się na tym zna i tylko próbuje ustalić ze sprzedawcą właściwą grubość ostrza noża do tapet. Sprawdzone wielokrotnie.

Pana upolowałam i ucięłam sobie z nim pogawędkę. Prawie udało mi się go przekonać, by nam tę wykładzinę ułożył, ale ostatecznie nie zgraliśmy się czasowo. Dzwonił nawet do kolegi, ale kolega też nie mógł. Wytłumaczył więc dokładnie, ile kupić, czym ciąć i jak. Zadanie wykonałam i byłam z siebie dumna. „Nieźle ci szło” – mówi Gabrysia z uznaniem, puszczając oko. Mocno czuję, że nie chodzi jej o wykładzinę, ale nie wiem, o co. Patrzę półprzytomnie: „Ale co?”. Spogląda spode łba: „No nie rób sobie jaj”. „Yyyyy?”. „Wrócisz tu jutro i będzie twój!”. Z oczyma jak spodki protestuję słabo: „Gaba. Nie rozumiem cię…”. Szczerze protestuję. Patrzę na nią bezradnie. Tym razem ona głupieje. „No Iza, przecież ty go podrywałaś, prawda? Nie mów, że nie. Nie widzisz, jak ci się dał owinąć wokół palca?”. Nie. Nie widziałam. Próbowałam się tylko dowiedzieć, jak dwie blondynki mają się zabrać do męskiej roboty. Po co miałabym podrywać sprzedawcę wykładzin?

A potem – potem wtachałyśmy tę wykładzinę do domu, weszłyśmy do łazienki i – klops. Pan nie powiedział, z której strony zacząć. Od czegóż mam jednak tatę? Chciałam go poprosić, żeby przyjechał nam pomóc, ale Gaba nie pozwoliła. Próbowałam ją przekonać: że mieszka blisko, ma po drodze z pracy i lubi takie akcje. Nic z tego. Nie. No dobra, nie to nie. W takim razie tylko zadzwonię i pogadam. „Iza, ale jakim cudem on ci to wytłumaczy przez telefon? Przecież musiałby tu być i to widzieć!” „Nie bój się. Daj nam szansę. On mnie zna nie od dziś”. „Miś, posłuchaj. Wyobraź sobie, że układasz linoleum w łazience. Łazienka ma wymiary pi razy oko 2x2, a wykładzina jest ucięta z zapasem, 2,5x2,5. Wszystkie ściany są krzywe, a na podłodze są stare, również krzywe kafelki. I teraz skup się. Idę z ruchem wskazówek zegara. Na jednej ścianie masz drzwi, a w rogu dwie rury od ciepłej wody wchodzące w podłogę. Na drugiej ścianie jest kibel. Na trzeciej umywalka z nogą, a na czwartej wanna, pod wanną taka dziura na nogi. Z której strony byś zaczął?”

„A gdzie ty układasz tę wykładzinę?” – zapytał ciekawsko ojciec. „U Gabrysi”. „Ale gdzie ta Gabrysia mieszka?” „Na Broniewskiego”. „Aha. No to tam faktycznie może być krzywo, bo to jest sztuka budowlana lat siedemdziesiątych. A jakiegoś chłopa nie macie?” „To ma być niespodzianka dla chłopa. Mamy trzy godziny”. „Aha. To może być trochę mało. A czym chcecie ciąć?” „Nożem do tapet. Tak nam Pan w sklepie doradził”. „Rozumiem. To powiedz jeszcze raz – jak te ściany idą?” Powtarzam powoli, spokojnie. Oczy słuchającej tej rozmowy Gabrysi robią się większe i większe. Siedzimy w tej łazience na podłodze, między nami rulon wykładziny. Wypełniamy całą przestrzeń, a rulon nawet wystaje. „Aha. No to wiesz…. Ja bym chyba zaczął od tych rur. Bo wtedy przećwiczycie docinanie na małym kawałku, a potem zabierzecie się za większe dziury”. „Dobra. A co z kiblem? Mamy go odkręcić?” „A gdzie jest odpływ? W podłodze, czy w ścianie?” „W ścianie”. „W takim razie jeśli odkręcicie, to istnieje niebezpieczeństwo, że… wiesz jakie? Pomyśl!” „Się wyleje?” „Ano właśnie. Może się zdarzyć, że utoniecie w gównie sąsiada. Musisz chyba przeciąć od tyłu, a potem zrobić kółeczko wokół podstawy muszli. Nie będzie to najpiękniej…”. „No właśnie… A nie da się jakoś zatrzymać tego gówna i zatkać rury?” „Nie radziłbym próbować. Czym grozi – już Ci powiedziałem, dalej wasza sprawa, duże dziewczynki jesteście”.

Czy należy uznać, że tym razem próbowałam uwieść własnego ojca? Nie. Poprosiłam go o pomoc, a on mi jej udzielił. Skutecznie. Nie zastanawiał się nad sensem moich poczynań. Znał mnie wszak od 24 lat i zdążył się przyzwyczaić, że nie zawsze rozumie, o co chodzi w tym, co robię. Na trzeźwo również płatałam niezłe figle, a z mojego pierwszego życia czerpałam łapczywie, garściami i większość wariackich pomysłów wprowadzałam w czyn. Nie próbował zrozumieć. Był obok i kochał, jak umiał. Czy wobec faktu, że umknęła mu moja kilkumiesięczna i nieomal śmiertelna depresja, można by oczekiwać, że zauważy hipomanię? Nie. Nie, nie i jeszcze raz nie. Ogórki nie śpiewają. Ale oczy Gabrysi były duże i bardzo okrągłe.

*

Takie urywane, fragmentaryczne te wspomnienia. Wszystko można by zbić i powiedzieć, że wyolbrzymiam. Że każdy ma kiedyś głupawkę i każdy potrafi nieświadomie uwodzić oraz zapalić się do układania wykładziny. Właśnie dlatego tak trudno diagnozuje się II typ ChAD. A raczej: wszystko, co nie jest tym, co kiedyś uważano za I typ.

Można nawet pytać, czy półdniowe odpały w depresyjnym otoczeniu, a już tym bardziej bez niego, w ogóle da się podciągnąć pod kategorię hipomanii. Doskonałej książki profesora Rybakowskiego wówczas nie było. Pilnie studiowana przeze mnie w pierwszych latach przygody na biegunach książeczka państwa Papolosów [komu do cholery ją pożyczyłam?] tego nie przewidywała i dlatego ja również nie. Anglojęzycznej literatury fachowej [może ktoś chce mi sprezentować to drugie wydanie?] dla lekarzy wtedy jeszcze nie studiowałam, dość późno wpadłam na ten jakże zbawienny pomysł. "To chyba jednak był wtedy mix" - zwierzam się spotkanemu ostatnio psychiatrze. "Nie wiem, nie pamiętam, za mało danych". „Wie Pani, w sytuacji, gdy nikt tak naprawdę nie wie, czym jest choroba dwubiegunowa, to porywanie się na próbę zdefiniowania, czym jest stan mieszany, wydaje mi się być czystą ezoteryką” – powiedział mi dr Piotr Świtaj i choć castingu na razie nie wygrał, to bardzo go za ten tekst polubiłam. Zaimponował mi. Bo ja tak naprawdę również wolę inne wytłumaczenie. To było i jest kuriozum o nazwie „Iza”. Tylko i aż. W tę rubryczkę mieszczę się idealnie.

„I ty naprawdę masz dzisiaj doła?” – dopytuje Gaba znad pamiętnej wykładziny. Pan nie do końca dobrze nam doradził, może jednak nie znał się na tym tak dobrze, jak mi się wydawało. Nieopatrznie kupiłyśmy wariant przemysłowy, a on zapewnił, że będzie porządna i długo wytrzyma. Porządna może i była, ale ciąć ją nożem do tapet wcale nie było łatwo. Koniec końców jednak się poddałyśmy. To znaczy: Gabrysia wyprowadziła mnie z łazienki siłą, bo ja chciałam bawić się dalej i nie mogłam zrozumieć, dlaczego ona już nie chce. Wykładzinę ostatecznie położył Szymon i wcale nie zrobił tego równiej. Przy następnej wizycie nie omieszkałam sprawdzić. Co się uśmiał z babskiej inicjatywy – to jego. Co ja się nacieszyłam – to moje. „No. Dopóki nie zadzwoniłaś, cały dzień przeleżałam rycząc i patrząc w sufit, a potem ledwo się odskrobałam od łóżka... Wiesz, nie miałam siły dojść do samochodu, po drodze dwa razy stawałam, żeby odpocząć, a przecież stałaś przed blokiem. Ja już nie mogę, Gaba, już nie mogę. Teraz z tobą jakoś raźniej, ale na co dzień jest upiornie. Leżę i czekam, aż dzień się skończy” – odpowiadam zgodnie z prawdą, becząc jak krokodyl nad kieliszkiem wina. I każdy normalny człowiek daje się na to nabrać. Ze mną na czele i z moją osobistą panią doktór, specjalistą psychiatrą, włącznie.

piątek, 11 lutego 2011

teoria względności

"Czasami jest to Statek, ale częściej jest to Katastrofa. To wszystko zależy" - przypomniał mi przed chwilą mój ulubiony Miś.

niedziela, 6 lutego 2011

czarny lew

Posłuchaj – kiedyś,
kiedyś, kiedyś raz
był sobie czarny,
czarny, czarny, czarny las
i tam wśród czarnych, czarnych, czarnych drzew
żył sobie czarny, czarny, czarny lew.
Jak czarna fala
była grzywa tego lwa,
a jego oczy
jak płomienie czarne dwa.
A kiedy stąpał
po odłamkach czarnych skał,
to nawet groźny słoń
na widok jego drżał.
A gdy na ziemię
padał jego cień,
za czarne chmury przestraszony krył się dzień
i mrok zapadał,
i ucichał ptaków śpiew.
Lecz tak naprawdę –
TO BYŁ BARDZO DOBRY LEW.
I pewnej nocy –
możecie wierzyć albo nie –
być może, czarny lew
odwiedzi cię we śnie
i głowę skłoni, byś na grzbiecie jego siadł,
i pomknie z tobą
przez uśpiony nocny świat,
ponad lasami
i dachami śpiących miast
ponad chmurami,
tam gdzie roje sennych gwiazd,
gdzie cały w blasku
księżycowy stoi las… 


(Danuta Wawiłow)

sobota, 5 lutego 2011

O Przyjacielskim Poleceniu Poszukania Psychiatry

Na okoliczność pewnego spotkania grzebię sobie ostatnio do upojenia w psychiatrycznych wspomnieniach. Do niektórych mocno się uśmiecham, choć jest to uśmiech zaprawiony... bo ja wiem? Melancholią? Szczyptą goryczy dla podkreślenia smaku?

* * *

Zadaję sobie pytanie: kto wyłapał moją pierwszą hipomanię, tudzież maniakalne elementy pierwszego mixa? Kuba. Kuba, przyjaciel Szymona. W grudniu 2003, dokładniej – 26 grudnia. Na trzy i pół roku przed przymiarką do diagnozy pt ChAD.

Gaba i Szymon mieszkali wtedy na Piaskach, blisko mnie. Gabrysia była jedyną osobą, z którą w tym depresyjnym mroku nie zerwałam kontaktu. W drugi dzień Świąt zaprosili znajomych na bigos, mnie też. Jak to się stało, że poszłam, mimo tego, że mieli tam być obcy ludzie – nie wiem. Wiem, że wolałam być z Gabą niż z moją rodziną, bo przy Gabie nie musiałam udawać, więc pewnie dlatego. Dowlokłam się przestraszona resztką sił. Ludzie już byli. Mój niezawodny mechanizm zadziałał od razu: adrenalina natychmiast przełączyła mnie w tryb maniakalny. Żartowałam sobie i brylowałam w towarzystwie, sama się sobie dziwiąc. Ja żyję? Po raz pierwszy od wielu, wielu miesięcy bawiłam się świetnie i dokazywałam jak koza. W pewnej chwili przypomniała mi się zabawa z liceum: chodzi o to, by porozumiewać się wyłącznie słowami na P.

Patrzyli na mnie nieufnie, ale sugestywnie zademonstrowałam i po paru próbach udało mi się wszystkich w to wciągnąć. Radochy było co niemiara, bo to fajna zabawa. Po Prawdzie Potrzeba Pomyślunku, Pierwsze Próby Poniekąd Potrafią Potrwać. Potem Prościej. Pierwszorzędna Przyjemność! Bawiliśmy się Przednio, dopóki się nie znudziło. Tzn. wszystkim się znudziło – poza mną. 

Temat rozmowy się zmienił, ludzie gadali normalnie, a ja nie mogłam Przestać. Nagle wszystko układało się w Piękne Prawdziwie Przemyślane Przezabawne Powiedzonka. No więc oni rozmawiali, ja miałam głupawkę, Powoli Pożerałam Przyrządzone Przez Pracowitych Przyjaciół Potrawy Pokwikując Pojedynczo Przy Przepysznym Posiłku. Gaba Patrzyła na mnie zadziwiona i zdezorientowana, ale chyba cieszyła się moim wreszcie dobrym humorem. W pewnej chwili, między jednym żydowskim dowcipem a drugim, Szymon opowiedział historię o Pewnej Psychicznie Potrąconej Pacjentce, która przyszła do jego mamy mówiąc wierszem. A mama jej na to – „Poproszę Prozą”. Z sekwencji kolejnych dwóch P roześmieli się wszyscy, tym bardziej, że żart był niezamierzony. Ja już ze śmiechu Płakałam. Kuba spojrzał na mnie badawczo. Coś mu na to spojrzenie odpowiedziałam. Typu, bo ja wiem – „Porządny Psychiatra Przemyślnie Potrafi Przewidzieć Potrzebny Paragraf”.  Spojrzał na mnie jeszcze raz. „Iza! Może ja cię skontaktuję z Mamą Szymona???”. Jak można sobie wyobrazić, tego było już za wiele. Winem, które akurat piłam, zachłystnęłam się dość skutecznie, opluwając siebie i wszystko wokół. Resztką refleksu uratowałam kieliszek. Gaba prawie udławiła się sałatką, a garnek z bigosem o mało co nie wypadł z rąk zataczającego się z radości Szymona. Roześmiali się oczywiście wszyscy, ale dla nich był to komizm czysto sytuacyjny. Za to co myśmy się troje podławili, to nasze. Nie pamiętam już, które uspokoiło się pierwsze i zapewniło Kubę, że chwilowo nie ma takiej Potrzeby. 

A to, o ironio losu, wcale nie była prawda. Potrzeba była. Gdy parę lat później, patrząc wstecz i szukając w pamięci maniakalnych wybryków, przypomniałam sobie ten bigos – usiadłam z wrażenia. Poraziło mnie. Twarz Kuby stanęła mi przed oczami, jakby to było wczoraj. Widziałam ją. Jego propozycję wszyscy odebrali jak dobry dowcip. Ale to wcale a wcale nie był dowcip. To było bardzo nieporadnie maskowane dowcipem totalne zdezorientowanie: on wyraźnie czuł, że coś nie gra. Nie wiedział tylko co i nie potrafił ubrać tego w słowa. Skąd miał wiedzieć i potrafić? 

Mina Kuby i ton jego głosu mówiły jednoznacznie: „Dziewczyno! O co biega? Coś tu jest mocno nie tak! Coś śmierdzi!”. Pamiętam tę minę, pamiętam jego spojrzenie, pamiętam głos, jakim to powiedział. Pamiętam też bardzo dobrze, jak się zachowywałam. Kuba miał rację. Prawdziwie Podówczas Potrzebowałam Pomocy Przytomnego Psychiatry. Polecona Pani Pięknie Podpadała Pod Poszukiwany Profil. Podkarmiała Pacjentkę Pieczołowicie Przepisywanymi Psychotropami Poniekąd Pomijając Przy Profesjonalnym Postępowaniu Poważne Przesłanki. Ponieważ Psychiczne Pomieszanie Potrafi Porządnie Pomylić.  No i tak dalej – można sobie przetestować tę zabawę, jest naprawdę dobra ;-)

PS Zagadka: 
1) Co poeta miał na myśli pytając "Posiadasz Pan Potrzebny Przekręcacz?" 
2) Kto, gdzie i jakich okolicznościach był tymże poetą? [obawiam się, że na ostatnie pytanie w pełni odpowiedzieć może tylko jedna z czytelniczek bloga, pod warunkiem, że pamięta]

wtorek, 1 lutego 2011

skok przez barana

Reminiscencji z lekcji francuskiego odsłona druga. Czytanko-słuchanka o noworocznych Resolutions. Wśród nich takie: Me mettre a la gym, a la muscu, au roller, au rock acrobatique, au foot a la tele, aux flechettes, a saute-mouton... "A co to jest to saute-mouton?" - pyta pilna uczennica; uczniowie mają wszak dar do pytania o to, czego nauczyciel nie wie. Pytam wujka googla, a on na to tak:




Znaczenie pt "zabawa polegająca na przeskakiwaniu przez człowieka jak przez kozła" zrozumiałam. To się nazywa po polsku jakoś? Wujek G wypluwa też jakieś zdjęcia sportów wodnych, ale nie jestem w stanie rozstrzygnąć ani o co tak naprawdę chodzi, ani - czy uprawia się ten sport gdzieś poza Montrealem, ani - na wypadek, gdyby tak było - którą z opcji autor podręcznika miał na myśli. Any ideas?

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Panna Emilia Na Biegunach

Sięgnęłam dwa dni temu po tomik poezji. Niejaki Skimbleshanks przywiózł mi go ze sobą w swej pierwszej podróży na koniec świata. Serwetka z samolotu wskazuje taki wiersz:

Mózg – rozleglejszy jest niż Niebo –
Bo zmierz je – co do cala –
Ujrzysz, że w Mózgu się pomieści
I Pan – i Przestrzeń cała –

Mózg – bezdenniejszy jest niż Morze –
Bo zgłęb je – co do joty –
Ujrzysz, że Mózg Ocean wchłonie
Jak Gąbka – Wiadro wody –

Mózg ma dokładnie ciężar Boga –
Bo zważ ich – co do grama –
A Waga z Wagą – jak Litera
Z Głoską – będzie tożsama –


Jak na dziecko epoki przystało, jedną ręką przepisuję, a drugą wklepuję w wyszukiwarkę: „Emily Dickinson bipolar”. Wujek Google potwierdza moją intuicję, nie raz, nie dwa, nie trzy. Choćby tak: „American Journal of Psychiatry”, 2001, 158: Emily Dickinson revisited: a study of periodicity in her work. Ehhh. Obracam się w znamienitym towarzystwie, ot i co: obcięte uszy, kulki w łeb. Wiem to nie od dziś.

Wracam do książeczki z dni mojej pierwszej miłości. W serwetce trzy suszone kwiatki; łezka się w oku kręci. Księga raju? Patrzę ciekawsko na stronę obok. Wątek ten sam:

Nie trzeba być Komnatą – aby w nas straszyło –
Lub nawiedzonym Domem –
Nie ma Wnętrz straszniejszych niż Mózgu
Korytarze kryjomu –

Ileż bezpieczniej – o Północy
Ujrzeć Upiora przed sobą –
Niż spojrzeć w twarz własnym – wewnętrznym –
Pustkom i chłodom.

Prościej gnać przez widmowe Opactwo,
Gdy hurgot Głazów nas goni –
Niż stanąć ze sobą do walki –
Bez broni –

Własne Ja – gdy się zaczai
Za Samym Sobą –
Przerazi bardziej niż Morderca
W pokoju obok.

Ciało – wyciąga Rewolwer –
Drzwi ryglują trzęsące się ręce –
Przeoczając potężniejsze Widmo
Lub nawet Więcej –


Za kobiety odpowiada Barańczak.
Czy wierne - nie sprawdzam, może ktoś inny wygoogla.
A piękne? Mnie poruszają. Obie.

piątek, 14 stycznia 2011

wykopki z końca świata

Odnalezione w czeluściach komputera. Rzecz działa się w styczniu AD 2005:

Poszłam gdzieś, gdzie jest sieć odebrać maila. Żeby zobaczyć gromy od profesora znudzonego już moim ściemnianiem. Tam było dużo, dużo ludzi, a mail od profesora faktycznie na mnie w skrzyni czekał. Profesor przysłał maila zatytułowanego po polsku - brakuje jednej pracy. Treść też była po polsku, z wyjątkiem grzecznościowych formułek:
 

cara iza,
gratulacje :) :) :) :)
brakuje tylko jednej pracy
mam nadzieję dostać ją po południu
cumprimentos
F.C.


Zszokowana odpisałam profesorowi: "tak oczywiście" i pobiegłam tworzyć. A potem... spojrzałam błędnym wzrokiem dookoła, zlokalizowałam siebie (w łóżku), komputer (przed głową), skrzynkę mailową (pustą) i pomyślałam sobie: łeeeee. A przez moment było tak pięknie :)

wtorek, 11 stycznia 2011

bo wybrzydzał się kiep na harmonii mdły jęk

W ramach przerywnika muzycznego pamiątka po wczorajszym francuskim z panią Moniką. Żeby nie było, że ja mogę tylko o psychiatrach, choć to akurat przez ostatni miesiąc nie jest tak dalekie od prawdy. Podkład muzyczny, a pod spodem - kobieta. Piękna czy wierna? A raczej: czy piękna? 



Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam,
Marynarze od lat pieśni swe nucą tam.
Jest jak świat wielki port, marynarze w nim śpią,
Jak daleki śpi fiord, zanim świt zbudzi go.


Dans le port d'Amsterdam
Y a des marins qui chantent
Les rêves qui les hantent
Au large d'Amsterdam
Dans le port d'Amsterdam
Y a des marins qui dorment
Comme des oriflammes
Le long des berges mornes 


Jest port wielki jak świat, marynarze w nim mrą,
Umierają co świt, pijąc piwo i klnąc.
Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam,
Marynarze od lat nowi rodzą się tam.


Dans le port d'Amsterdam
Y a des marins qui meurent
Pleins de bière et de drames
Aux premières lueurs
Mais dans le port d'Amsterdam
Y a des marins qui naissent
Dans la chaleur épaisse
Des langueurs océanes


Marynarze od lat złażą tam ze swych łajb,
Obrus wielki jak świat czeka ich w każdej z knajp.
Obnażają swe kły skłonne wgryźć się w tę noc,
W tłuste podbrzusza ryb, w spasły księżyc i w los.


Dans le port d'Amsterdam
Y a des marins qui mangent
Sur des nappes trop blanches
Des poissons ruisselants
Ils vous montrent des dents
A croquer la fortune
A décroisser la Lune
A bouffer des haubans


Do łapczywych ich łap wszystko wpada na żer,
Tłuszcz skapuje kap, kap, z rybich wątrób i serc.
Potem pijani w sztok w mrok odchodzą gdzieś,
A z bebechów ich wkrąg płynie czkawka i śmiech.


Et ça sent la morue
Jusque dans le coeur des frites
Que leurs grosses mains invitent
A revenir en plus
Puis se lèvent en riant
Dans un bruit de tempête
Referment leur braguette
Et sortent en rotant


Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam,
Marynarze od lat tańce swe tańczą tam.
Lubią to bez dwóch zdań, lubią to bez zdań dwóch,
Gdy o brzuchy swych pań ocierają swój brzuch.


Dans le port d'Amsterdam
Y a des marins qui dansent
En se frottant la panse
Sur la panse des femmes
Et ils tournent et ils dansent
Comme des soleils crachés
Dans le son déchiré
D'un accordéon rance


Potem buch kogoś w łeb, aż na dwoje mu pękł,
Bo wybrzydzał się kiep na harmonii mdły jęk.
Akordeon też już wydał ostatni dech,
I znów obrus i tłuszcz, i znów czkawka i śmiech.


Ils se tordent le cou
Pour mieux s'entendre rire
Jusqu'à ce que tout à coup
L'accordéon expire
Alors le geste grave
Alors le regard fière
Ils ramènent leur batave
Jusqu'en pleine lumière


Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam,
Marynarze od lat zdrowie pań piją tam.
Pań tych zdrowie co noc piją w grudzień, czy w maj,
Które za złota trzos otwierają im raj.


Dans le port d'Amsterdam
Y a des marins qui boivent
Et qui boivent et reboivent
Et qui reboivent encore
Ils boivent à la santé
Des putains d'Amsterdam
De Hambourg et d'ailleurs
Enfin ils boivent aux dames
Qui leur donnent leur joli corps
Qui leur donnent leur vertu


A gin, wódka i grog, a grog, wódka i gin
Rozpalają im wzrok, skrzydeł przydają im.
Żeby na skrzydłach tych mogli wzlecieć, hen, tam,
Skąd się smarka na świat i na port Amsterdam.


...Pour une pièce en or
Et quand ils ont bien bu
Se plantent le nez au ciel
Se mouchent dans les étoiles
Et ils pissent comme je pleure
Sur les femmes infidèles
Dans le port d'Amsterdam
Dans le port d'Amsterdam. 


Hm? Ktoś się zmierzy z Młynarskim i pokusi o wariant alternatywny?

wanted (2): jedna bramka

Choć w międzyczasie wywiązała się istotna dyskusja na metapoziomie, do której jeszcze jednym długim postem wrócić planuję, postanawiam jednak powiesić kolejne odcinki. Nawet gdy myślę o kompromisach wszelakich i zakładam, że na jakiś trzeba będzie pójść, treść mojego listu jest mi bliska i wciąż wydaje się istotna. Wszak marzenia też są częścią życia. Można się więc rzucać do komentowania ;-)  

Szukam lekarza, który będzie moim sprzymierzeńcem i przewodnikiem w procesie zdrowienia.

Który zrozumie, że ja chcę wyzdrowieć i dla którego posługiwanie się kategorią zdrowia w odniesieniu do choroby psychicznej, a może również i innych przewlekłych chorób, nie będzie ani bluźnierstwem, ani świętą naiwnością. Chcę być zdrowa – na lekach czy bez nich. Wiem już, że są ludzie, którzy żyją z MD bez leków i mają się dobrze, i nikt mi nie wmówi, że ich nie ma albo że nie jest ich wielu. Może tak, może nie – nie wiemy, bo nie potrzebując recepty nie chodzą do lekarzy i Wielki Brat nie może ich policzyć. Wiem też, że ci, którzy biorą leki, dzielą się na zdrowych i chorych; niewiele ma to wspólnego z ilością piguł i tylko trochę z częstotliwością nawrotów, podobnie jak to, czy szklanka jest częściowo pusta, czy częściowo pełna, nie zależy wyłącznie od tego, ile wody do niej nalejemy, choć jakaś woda być w niej musi.

Nachorowałam się już 8 lat i wciąż nie widzę końca. Niechętnie przyjmuję, że być może czeka mnie jeszcze trochę, choć jestem już bardzo zmęczona i trudno mi to zaakceptować. Trudno na to „trochę” znaleźć siły, bo te już dawno się wyczerpały. Staram się wierzyć, że to wciąż tylko zima i przyznać rację Arnhild, że gdyby wiosna nadeszła w styczniu / to nastałby potem smutny czerwiec / ze zwiędłymi różami / pod zmęczonym niebem. Tak. Jestem chora. Stale i wciąż. I mam tego stanu serdecznie dość. Zagryzam zęby. Arnhild jest wszak w kwestiach zdrowienia wiarygodna, może mogę jej zaufać. Każda zima kiedyś się kończy, nawet ta najbardziej sroga. W to chcę wierzyć i wiem, że gdy stracę tę wiarę – umrę. Szukam lekarza, który zrozumie, że mimo tego pioruńskiego zmęczenia moim celem nie jest bycie mniej chorą. Że ja do takiego celu w ogóle nie chcę iść. Nie ten charakter, nie ten temperament, nie te priorytety. Być może niektórych to przekonuje, mnie nie. Jeśli tak, to wolę od razu zawrócić. Może wciąż za mało pokory, choć mam jej już po stokroć więcej niż na początku tej bardzo wyboistej drogi? Ale to właśnie podskórny brak pokory pozwolił mi się podnieść i zobaczyć światło; głęboko wierzę w to, że to on może mnie ocalić.

Wiem, że nikt nie może mi obiecać zdrowia i od nikogo takiej obietnicy nie oczekuję. Ale dlaczego psychiatryczny (a może w ogóle medyczny) mainstream uważa, że w imię nauki można bezkarnie odbierać nadzieję? „Za 10 lat będzie pani zdrowa” zakrawa na wróżenie z fusów, z którym szanujący się lekarz nie chce mieć nic wspólnego, za to „za 10 lat nadal będzie pani chora” ma być prawdą objawioną i przejawem naukowej mądrości? Ciekawe. Nawet jeśli dodamy „…choć może objawy nie będą dawały się we znaki”, to nadal się nie klei. Takie same fusy, tylko lepiej wymieszane. A może za 10 lat zgaśnie słońce? Nie chcę, żeby mój lekarz wróżył z fusów, niezależnie od treści tych wróżb. Chcę, by miał w sobie wewnętrzny spokój, uśmiech i pokorę wobec świata i stworzenia, wobec niepowtarzalności i nieprzewidywalności człowieka. Cichy zachwyt i dużo, dużo mocnej wiary. Osadzonej w rzeczywistości, nie oderwanej od niej. By nie uzurpował sobie roli Pana Boga, ale i nie zadowalał się rolą urzędnika.

Na całe szczęście za silna już jestem, za mądra, by raz złowioną nadzieję pozwolić sobie odebrać, choćby trzeba było wiosłować pod prąd i otwarcie, uparcie przeciwstawiać się mainstreamowi. Chcę wierzyć, chcę iść za nadzieją – to wiem. Ale jestem też krucha; gdybym nie była, nie byłabym chora i nie szukałabym pomocy. Potrzebuję, żeby w chwilach słabości mój lekarz mnie wspierał. Przypominał mi o tej nadziei, gdy mi się zgubi, bym nie musiała po nią nieustannie zawracać i na nowo jej szukać. Żeby wierzył razem ze mną, a czasem za mnie, bo gdzie dwóch lub trzech... I autentycznie wierzył, a nie udawał, że wierzy i kiwał głową dla zasady, ot, taka sobie nieszkodliwa fanaberia. Więź pacjenta z lekarzem jest zbyt silna, by opierać ją wyłącznie na słowach. Potrzebuję jego szczerej wiary, wiary mocniejszej niż moja, by moja mogła przy niej wzrastać.

Potrzebuję tej wiary również dla spójności procesu terapeutycznego. Jeśli osoba, która przepisuje mi leki, uważa, że mogę być tylko mniej lub bardziej chora, a ja nie podzielam tej perspektywy, to ciężko mi jest oddzielić jej niewiarę od mojej wiary, za niewiarę grzecznie podziękować, a piguły przyjąć z wdzięcznością jako cenną pomoc w wędrówce ku zdrowiu. A przecież potrzebuję tej pomocy. Taki rozdział może i byłby właściwy, dorosły, dojrzały, ale – jest bardzo trudny. Nie mam władzy nad nieświadomością. Sądzę, że gdybym potrafiła przeskoczyć tę poprzeczkę, już dawno byłabym zdrowa. Póki co efekt jest taki, że nie lubię tych piguł tak samo, jak myśli o tym, że na pewno nie wyzdrowieję, a to, że ich nie lubię, nie pomaga im działać. To, że nie działają, odbiera nadzieję i koło się zamyka, a mainstream rozkłada ręce: tak widać musi być, w tej bajce zdrowia nie ma.

(c.d.n.)

niedziela, 2 stycznia 2011

dla Mi o kompromisie

„Szarpałaś się ze mną, teraz szarpiesz się z K., obawiam się, ze będziesz szarpać się z każdym, kogo spotkasz” – powiedziała do mnie w czwartek moja ex pani doktór, do której przyszłam po radę w wiadomej kwestii. Mistrzyni  wrednych pytań i celnych szpilek. Odpowiadam jej. Niniejszym, tu [tzn. odpowiadam na innej kartce, ale tu przeklejam]. Szarpanie z drem K. odkładam na bok, ma zupełnie inną naturę, choć podobne przyczyny, nie spekuluję też na temat przyszłości. Jest to opowieść o relacji z lekarzem, która była bardzo, bardzo trudna, a jednak bardzo dobra. Metafora kompromisu, o który w komentarzu pod poprzednim postem zapytała mnie Prawie_mała_Mi.

Tak, szarpałam się. Jak dziecko, chore, przerażone dziecko z wysoką gorączką. Byłam tylko i aż chorym i przerażonym dzieckiem, gorączka czasem spadała, a czasem rosła. Strach był constans, choć przybierał różne oblicza. Choroba była constans, choć przecież polega na tym, że constans w niej nie ma. Była więc constans brakiem constans, z trzema prawie trzymiesięcznymi przerwami na kawę na przestrzeni pięciu i pół roku, a z dzisiejszej perspektywy – na przestrzeni ośmiu lat. Miotałam się i w tej permanentnej gorączce nie słyszałam życzliwych, nie raz powtarzanych ostrzeżeń: „Pani Izo, Irena to mocny przeciwnik. Nie należy pchać się między ostrza potężnych szermierzy”. Mój strach był silniejszy i zagłuszał dobre rady. 

Był to strach przed chorobą, strach przed zagubieniem, strach przed ciemnością, strach przed niepewnością, strach przed niewiadomą, strach przed przyszłością, strach przed porażką, strach przed bólem, strach przed cierpieniem, strach przed utratą kontroli, strach przed bliskością, strach przed zaufaniem, strach przed nadużyciem, strach przed skosem, bo rodzi ryzyko nadużycia, strach przed mrokiem depresji, strach przed samobójstwem, strach przed konsekwencjami maniakalnych wybryków, strach przed każdą wizytą u Pani, strach przed dostaniem po głowie, strach przed Pani krzywą miną, strach przed tym, że Pani nie usłyszy, strach przed tym, że Pani usłyszy, strach przed rozczarowaniem, strach przed utratą złudzeń, strach przed życiem, strach przed odpowiedzialnością, strach przed obłędem, strach przed wariatkowem, strach przed tym, że podzielę los mojej dwubiegunowej ciotki-samobójczyni, o której nie wiedziałam, że była dwubiegunowa, a teraz wiem, strach przed odrzuceniem, strach przed lekami, strach przed skutkami ubocznymi leków, strach przed tym, że leki nie zadziałają, strach przed tym, że zadziałają i trzeba będzie zmierzyć się z życiem, strach przed manią, strach przed utratą manii, strach przed zależnością, strach przed słabością, strach przed Pani siłą, strach przed tym, że utracę moje pięć minut, strach………………………… 

Ja chyba mogłabym jeszcze długo wymieniać i każdy z wymienionych przeze mnie strachów jest autentyczny. Ze znakomitą większością z nich borykam się nadal, choć ponazywałam je już i trochę oswoiłam i dalej grzecznie oram w nich na terapii i stawiam im czoła w życiu. I w międzyczasie trochę dorosłam. Ale nadal jestem chora i nadal mam gorączkę. Na miłość boską. Jak może Pani oczekiwać, że bojąc się tego wszystkiego na dwubiegunowej szybkiej karuzeli będę ufna, spokojna i nie szarpnę????????????????? W tej relacji od tego Pani jest, by wytrzymać moje szarpanie. 

Dalej. „Szarpanie się z kimś” nigdy nie jest jednostronne. Szarpałyśmy się obie, symetrycznie, bo akcja rodzi reakcję, i jeśli miałyśmy utrzymać względny pion, to im bardziej szarpałam ja, tym bardziej Pani musiała odszarpnąć, i vice versa. Problem jajka i kury jest nierozstrzygalny i nieistotny, ale wkurza mnie powiedzenie „szarpałaś się ze mną”. Taaaaak. Ja się szarpałam, Pani była niewzruszona jak skała, a dzieci znajduje się w kapuście. Niech Pani choć raz weźmie odpowiedzialność za swoje tylko i aż człowieczeństwo, przyzna się do niedoskonałości i powie „szarpaŁYŚMY się”. Może być z ciągiem dalszym: „…ty, bo się bałaś, a ja, bo wobec ogromu twojego strachu trudno było mi jednocześnie trzymać cię za rękę i się o ciebie nie obijać. Jeśli cię poturbowałam, to tylko dlatego, że próbowałam chronić cię przed upadkiem. Czasem się nie udało, ale starałam się najlepiej, jak umiałam”.

Był to grząski teren i trudne warunki atmosferyczne. Gdy dwie osoby próbują iść ramię w ramię w deszczu po błocie, obie są uparte, jedna do tego bardzo się boi, miota jak przerażone zwierzątko, a przy tym wisi na huśtawce rzucającej ją w górę i w dół, a druga próbuje ją podtrzymywać – to uniknąć szarpania można było co najwyżej zalegając w błocie. A my szłyśmy. Szłyśmy jakoś do przodu i przecież o to właśnie chodziło, nawet jeśli była to droga do Wrocławia przez Szczecin, a do „celu”, czyli kolejnego etapu mojej drogi, na którym towarzyszy mi inny przewodnik, dotarłam upaćkana błotem, wykończona, posiniaczona i z paroma dużymi ranami. Ale doszłam. Widać inaczej się nie dało

We wspólnej wędrówce przez mrok i deszcz obie się potykałyśmy i przewracałyśmy, a jednak to Pani miała latarkę i trzymała mapę, choć nie zawsze umiała ją czytać, i to Pani oferowała mi swoje ramię: nawet jeśli i ono się chwiało, to i tak było mocniejsze i stabilniejsze od mojego. Pewnie wiele razy uchroniło mnie przed upadkiem, ale również od czasu do czasu pociągnęło w błoto. Nie zważę, czego było więcej, po pierwsze, bo niemożliwe, a po drugie, bo w tej chwili bez znaczenia. Tym, co pomagało iść, było nie tylko to ramię i bolesne wyciąganie kolców z poranionych stóp, lecz także, a może przede wszystkim, Pani zwyczajna milcząca obecność w którejkolwiek ze swych licznych ról. 

*

Co nie znaczy, że miałabym coś przeciwko temu, żeby następne etapy drogi były ociupinę mniej bolesne, teren mniej grząski, a przewodnik, o którego się obijam, nieco mniej kanciasty. Rozglądam się, czy jest na to szansa, ot i co. W jednej osobie. Może nie ma. Ale jeszcze przez chwilę nie chcę tracić wiary. 

czwartek, 30 grudnia 2010

wysłuchawszy dezyderat...

...pt czytelników zdjęłam nadmiar literek i będę je teraz grzecznie dawkować ;-)

wtorek, 28 grudnia 2010

wanted (1): tego samego gatunku

Szukam lekarza, który chciałby mnie leczyć.  

Mnie, jednostkę ludzką, a nie jednostkę chorobową, z którą do niego przychodzę, bo to ja przychodzę z ową jednostką, a nie jednostka ze mną. Dla którego będę Izą B., wiosen (niestety już) 30, oczy piwne, na głowie pokręcone, w głowie wciąż pstro. Znaki szczególne: zmęczona, smutna, w życiu pusto, zmęczona, bardzo zmęczona. Mimo tego uparcie nie chcę być okazem gatunku F31 – bo nie znam takiego gatunku ani ja, ani Międzynarodowy Kodeks Nomenklatury Zoologicznej. Jeśli już do jakiegoś gatunku należę, to jest on ten sam po obu stronach biurka i nazywa się homo sapiens, co do członu sapiens zachodzą czasem wątpliwości. Nie chcę też być moim peselem, moim numerem dowodu, moim adresem czy telefonem, listą zażywanych przeze mnie specyfików i inwentarzem moich prób samobójczych. Szukam lekarza, dla którego moja jednostkowość będzie nadrzędna wobec każdej klasyfikacji gatunkowej, z tabelkami DSM i ICD na czele, a moja osoba i moja historia w procesie leczenia ważniejsza od teczki z dokumentacją. Nie lubię być teczką. Mam na imię Iza.

(c.d.n.)

siedem lat i pięć protekcji

Moją przygodę z psychiatryczną służbą zdrowia zaczęłam jesienią roku 2003. Będzie siedem lat, już ponad, a przygodzie z depresją/chad za chwilę stuknie lat osiem. Długo. Wychowała mnie pani Irena, o której już kiedyś w blogu na biegunach opowiadałam. Wyfrunąwszy spod jej skrzydeł od dwóch lat leczę się w PZP przy IPiN, czyli miejscu, w którym teoretycznie rzecz biorąc znaleźć powinnam najbardziej fachową pomoc w Warszawie. W dodatku za darmo, czyli za pieniądze podatników. I poniekąd tę fachową pomoc znajduję - byłabym nieuczciwa twierdząc, że nie. Tyle, że... nieco rozmija się ona z moimi oczekiwaniami.

Do mojego obecnego lekarza trafiłam w sytuacji, nazwijmy to, emergency. Ze skierowaniem do psychiatryka w torebce i poważnym dylematem, czy aby z niego nie skorzystać i nie zamknąć się w tym przybytku na Święta i Nowy Rok. Zupełnie nie wiedziałam jednak, z czym to się je. Z czym się je szpital jakikolwiek, a wariatkowo w szczególności. Co to znaczy. Jak się to robi. Zadzwoniłam więc do najbliższej na moim horyzoncie osoby, która wiedzieć mogła. Bałam się, panicznie się bałam. Ciocia Bożenka była miła. Zaprowadziła do pani doktór. Też miłej. Pani doktór zadała parę pytań i zaprowadziła do pana doktora. Siwy, również wyglądał na miłego. Przekonywanie go, by mnie przyjął, było dość zabawne, lub może lepiej - tragikomiczne. No ale element komizmu niezaprzeczalnie był:

- Słuchaj, D. dała skierowanie. Ty musisz panią przyjąć!
- Muszę?
- No musisz. Pani ma pięć protekcji.
- Jakie pięć, jeśli widzę dwie?
- No pięć. Ja raz. Bożena dwa. D. trzy. Pani cztery. Ty pięć. Czyli nie masz wyjścia.

Pan pokiwał głową i się zgodził. Zapisał w kalendarzu, zapytał o ubezpieczenie, poinformował "ja to jestem urzędnik" i kazał przynieść rmuę. Nie wiedziałam wówczas, jak głęboka prawda kryła się w słowach, którymi mi się przedstawił..........

"Niech mu Pani da szansę" - powiedziała mi wówczas pani Marysia i poparła ją pani Irena. Przyznałam im rację. Może nie potrzebuję już serca, mam je wszak gdzie indziej. Może dobry, sprawny urzędnik wystarczy, jeśli właściwie przekłada papierki i wzorowo posługuje się procedurami? Wiele osób słysząc nazwisko bije czołem i zachwala. Z pewnością nie bezpodstawnie. Dałam sobie czas, dałam jemu czas. Coś zrobiliśmy, czegoś nie. Bilans nie jest na minusie, ale za bardzo na plusie również nie. Mam poczucie, że czas powoli się kończy i że pora szukać następnego gniazda.

* * *

"Stawia Pani wysoką poprzeczkę" - powiedziała refleksyjnie jedna z uczestniczek castingu. Taka, coby go pewnie wygrała, gdyby nie to, że sama się wycofała. "Może być trudno znaleźć kogoś, kto do niej doskoczy" - dodała. Zamyśliłam się. Tak, wiem. Ja to dobrze wiem. Tylko tak się złożyło, że przez pięć lat leczenia u pani Ireny zostałam przez nią rozpuszczona i nie potrafię zejść poniżej tego poziomu. Co więcej, zachłannie chciałabym wyżej, ponieważ urosłam i moje potrzeby również wydoroślały. Nie potrafię wyrzec się tego, do czego z takim trudem sama się pięłam, pod wiatr, po ciemku, przez tonę strachu, hektolitry łez, kilometry książek, wiele godzin psychoterapii. I nie widzę powodu, żeby to robić. Jest mi trochę smutno, że wśród osób, z którymi o tym rozmawiam, mało kto mnie rozumie i mało kto wspiera.

Siedem lat to wystarczająco dużo czasu, by samej chorując uważnie przyjrzeć się psychiatrii, psychiatrom i pacjentom psychiatrów, a w istocie szerzej - medycynie, lekarzom i pacjentom tych lekarzy. Na żywo, w internecie, w mediach, obserwując lekarzy moich i niemoich, różne modele chorowania i leczenia - przez siedem lat zdążyłam się dużo pozastanawiać i dojść do konkretnych wniosków. Zdążyłam przemyśleć i przedefiniować w sobie znaczenie i wartość relacji lekarz-pacjent oraz świadomie opowiedzieć się po stronie konkretnej filozofii zdrowia i choroby implikującej określony kształt procesu chorowania, zdrowienia i leczenia. Która u swych podstaw jest filozofią - człowieka. 

Postanowiłam więc powalczyć. To nie jest ani łatwe, ani przyjemne i wbrew temu, co mi ktoś zasugerował, nie stanowi perwersyjnej formy rozrywki. To boli i kosztuje, a ja w imię wyższych celów zagryzam zęby. Traktuję ten casting jak inwestycję. Być może kiedyś się poddam, być może całkiem niedługo, ale na razie - wciąż szukam. Szukam lekarza. Moje siedmioletnie przemyślenia, które w ciągu ostatniego miesiąca mielę i mielę we wszystkie strony, składają się na list gończy w odcinkach. Będzie dużo, dużo czytania, jakoś wszak trzeba nadrobić roczne zaległości na blogu. Feedback mile widziany.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

dodatkowo nie mogłam przy niej palić

Jak jedni wiedzą, a inni nie, od pewnego czasu prowadzę casting na psychiatrę. Można się łatwo domyślić, że preselekcja odbywa się w internecie. Najbardziej lubię opatrzone zdjęciem rzeczowe notki napisane własnoręcznie przez potencjalnych kandydatów i wiszące na stronie poradni, w której przyjmują, wraz z lokalizacją i cennikiem - ale czasem takowych nie ma. Są za to portale typu "znanylekarz.pl", "porzadnylekarz.pl" czy "rankinglekarzy.pl", w których każdy może zamieścić opinię na temat danego specjalisty i przypisać mu odpowiednią liczbę gwiazdek. Potem jednym kliknięciem myszki można się z czyjąś opinią zgodzić lub nie (i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zgodzić się lub nie 50 razy pod rząd). Prawdę mówiąc przeczytawszy rzeczową notkę również lubię zajrzeć w takie miejsce, ale... obarczone jest to naturalnym ryzykiem. Ryzykiem oplucia monitora. Moje najnowsze wykopalisko:

Szczerze mówiąc w ogóle mi pani Magda nie pomogła. Miałam depresję, dobrała mi złe leki, nic się po nich nie zmieniło, w ogóle miałam wrażenie, że uważa mnie za czubka, tzn .patrzyła tak, jakby miała w głowie "o, takiej córki to bym nie chciała". I jeszcze to pudełko chusteczek na stoliku...przecież gdy ktoś ma depresję to chce mu się płakać i tak a jak jeszcze zobaczy, że są chusteczki to już w ogóle wpada w ryk. Dla mnie to była prowokacja, jakby wszyscy czekali aż się rozkleję. Poza tym...niby stwierdziła depresję,ale dla mnie to było dziwne, jeszcze za kórymś razem upewniała się czy "na pewno" mam tak na imię (nie powiem jak, bo to nieważne). Jak taka osoba ma mnie poznać, skoro nie pamięta jak się nazywam. I jeszcze to koszmarne miejsce. Najpierw w jakimś domu a potem w pokoiku w takim "bunkrze" bo inaczej tego nie nazwę. Najlepszy byłby psychiatra z którym można wyjść, pochodzić, wpaść gdzieś na kawę, spędzić trochę czasu, palić przy nim itp... A właśnie: dodatkowo nie mogłam przy niej palić, po prostu cudownie. Tylko się przez to denerwowałam i myślałam, aby jak najszybciej wyjść na papierosa. Nie polecam 

No więc wychodzi, że do pani Magdy nie mam po co iść. Palić nie pozwala, takiej córki nie chce, prowokuje chusteczkami i przepisuje nieskuteczne leki, pewnie umyślnie. A fuj, do sądu z nią, albo przynajmniej Izby Lekarskiej! 

sobota, 25 grudnia 2010

substancja dobrych życzeń

Za sprawą facebookowej globalizacji zapożyczam od Joanny post z bloga Haliny Bortnowskiej, o wdzięcznym tytule


Bożonarodzeniowy traktat o życzeniach

Życzenia to poważna sprawa. Nie są banalnym dodatkiem do prezentów, zdawkową deklaracją. Prezenty mogą być symbolicznym wyrazem życzeń, ale dobrych życzeń nie zastąpią. Od dawna apeluję o dowartościowanie życzeń. Sama myślę nad nimi, myślę przede wszystkim nie o tym, co powiem, lecz co czuję, o wewnętrznym otwieraniu się ku ludziom, którym dobrze życzę; o czymś, co może jest modlitwą za nich, albo prościej: gotowością, staraniem, by mogli przyjąć coś ode mnie, czy ze mnie, coś, co zrobi im dobrze, pocieszy, wzbogaci. 

Coś takiego dostępne jest wszystkim, ale szczególnie ważne staje się na starość. Bo to, co weźmiecie ze mnie, będzie żyło Waszym życiem, nie zmarnuje się. A więc istotne jest zbudowanie w sobie substancji dobrych życzeń. Bezimienna ta substancja jest przekazywana wraz z uściskiem nawet byle jakimi słowami, takimi jak "zdrowia, bo to najważniejsze" albo "wszystkiego najlepszego". To już lepszym jest zwrotem, bo każdy życzeniobiorca może sam rozstrzygnąć, co uważa za najlepsze dla siebie. 

Przygotowanie życzeń to nie wymyślanie formułek, lecz zebranie się w sobie, aby naprawdę podejść z rzeczywistą, ciepłą, działającą życzliwością. Można ją kierować ją ogólnie, to znaczy generalnie ku osobie, przywołując ją z oddali albo patrząc na nią z bliska, na opłatek w jej palcach. Można objąć życzeniami plany i pragnienia tej osoby, znane lub pozostające tajemnicą. Dobre plany, twórcze tęsknoty - wszystkiemu, co Twoje, gorąco sprzyjam. I tak spełnia się podstawowe życzenie: Święta są radosne!


***
Ten traktacik napisany dla Was, dla Ciebie, prześlij dalej komu zechcesz, dołączając do swoich życzeń również moje. 

Ten traktacik przesyłam więc Wam, którzy tu zaglądacie - wraz z substancją moich dobrych życzeń, na Święta i nadchodzący rok. 

sobota, 18 grudnia 2010

kali, krowy

[Miało być w dwóch odcinkach, ale nie będzie i w związku z tym będzie długie - bo to jednak ta sama historia].

Swego czasu, jeszcze w liceum, w gronie znajomych mi osób funkcjonowało określenie "jehowy". "To jest jehowe!" - mawiał na pielgrzymkowym postoju Bury, który później został księdzem. Mawiała tak samo Irminka, która potem skończyła teologię i spędziła dwa lata w zakonie. Kto jeszcze wtedy tak mawiał - nie pamiętam. Pamiętam, że działało na mnie jak płachta na byka, że protestowałam, że tupałam, kopałam w kostki. Na próżno. Słoik, który nie chciał się otworzyć był jehowy i już. A żadna z tych osób nie była ani głupia, ani niewrażliwa, co więcej - mocno pracowały nad tym, by żyć głęboko i prawdziwie po chrześcijańsku. Tfu. Katolicku. Patrzyli na mnie pobłażliwie, ja wszak zadawałam się z poganami (w politycznej poprawności nazywanymi chrześcijanami innych wyznań).

"Ta kanapa jest pedalska" - usłyszałam któregoś dnia od znajomego, który właśnie kończył na moją cześć sprzątać pokój i siłował się z kanapą, która nie chciała się złożyć. Nogi się pode mną ugięły i usiadłam, usadziła mnie mieszanka złości i bezsilności doprawionej komizmem sytuacyjnym i poczuciem wszechogarniającego absurdu . Paranoję schowałam do kieszeni, uśmiałam się głośno i złowrogo powiedziałam, że jeśli jeszcze raz to usłyszę, to nie będę się przy nich krępowała używać retoryki moich znajomych, i tym sposobem w domu Świadków Jehowy zamieszka jehowa kanapa.

"Bo wiesz, ten czajnik jest jehowy" - powiedziała w listopadzie tego roku dawno nie widziana Kasia, w której belgijskim mieszkanku właśnie gościłam. "Nie, Kasiu, on jest katolicki" - odparłam ze złością. Nie mogłam uwierzyć, że człowiek o piętnaście lat starszy i - chciałoby się - dojrzalszy, przy tym wciąż głęboko wierzący, pogłębiający swą wiarę i zaangażowany w życie Kościoła nadal posługuje się tym samym określeniem. Że nie przeszkadza mu ani to, że miesza z błotem tych, których uważa za pogan (a do kogo przyszedł Jezus? i czy to nie on kazał szanować każdego człowieka? Po kiego diabła w ewangelii mamy przypowieść o Samarytaninie?), ani to, że pomiata Imieniem Bożym. Jakie by nie były samogłoski, których w tekście nie ma i twardych dowodów nie znajdziemy, to spółgłoski są te same, w żydowskiej tradycji święte. Zawsze mi się wydawało, że Jezus był żydem, a nakaz szanowania Imienia pochodzi z tej samej Biblii, którą czytamy w Kościele. Z jakichś przyczyn również w Biblii tysiąclecia od pewnego czasu figuruje tetragram - ale to pewnie również wyłącznie polityczna poprawność.

Gdy jehowy stał się również spóźniający się pociąg, zaprotestowałam jeszcze raz, próbując nawiazać rozmowę. Rozmowa została brutalnie ucięta, nie wolno mi było nic powiedzieć. "Nie będę z tobą rozmawiać, bo ty jesteś uprzedzona do Kościoła katolickiego!" - usłyszałam i o mało nie usiadłam znowu[*]. Komunikat został wielokrotnie powtórzony i musiałam bardzo walczyć o to, by móc wypowiedzieć jedno zdanie - to, które zamieszczam w przypisie. Zrozumiałam. "Katolicki czajnik" nie był metaforą - "katolicki czajnik" został odebrany jako atak. Z pewnością tak właśnie czuje się Świadek Jehowy słysząc sformułowanie "jehowy słoik". Ale Kali tego nie widzi, kiedy to on kradnie krowy. Ci, co kradną krowy jemu, są uprzedzeni.

[*] Z pewnością tak właśnie jest. Spędziwszy w Kościele parę dobrych lat mojego życia, zdarłszy pazury na głębokich duchowych poszukiwaniach z pewnością mam wszelkie podstawy ku temu, by się uprzedzać, czyli - w moim tego słowa rozumieniu - wydawać nieuzasadnione sądy o czymś, czego nie znam. Nie jestem uprzedzona. Jestem krytyczna i jest mi bardzo smutno. Wolałabym dobrze myśleć o rodzinnym domu, w którym wyrosłam i który opuściłam, by pójść dalej życiową drogą. Ale nie potrafię trwać w iluzji.


***


"Ej, co jest, masz polio???" - krzyknęła do młodszego brata pewna francuska piętnastolatka, gdy młody jakoś niefortunnie stanął i o mało co nie wywrócił krzesła. W obecności dorosłych, którzy... się chórem roześmieli. Czułam się głupio, ale postanowiłam zawalczyć: "Amelie, polio to ciężka choroba, to nic wesołego, kiedy się ją ma" - wyjaśniłam spokojnie, jako że nikt inny tego nie zrobił. Nie to, że się nie bałam - przeciwstawić się kolektywowi nie jest łatwo i żołądek miałam ściśnięty. Kolektyw spojrzał na mnie z politowaniem i wyjaśnił: "po francusku tak się mówi, kiedy ktoś jest niezgrabny". Mhm. Byłam tylko barbarzyńcą, który przyjechał z zacofanego kraju, w którym na polu można spotkać konia, a w telewizji człowieka chorego na polio. Zaiste, Janka Ochojska porusza się czasem niezgrabnie. Nie pamiętam, czy wdałam się wówczas w dalszą rozmowę i czy zapytałam, czy tak samo nie reagują, gdy kogoś określa się mianem downa. Pamiętam, że się nad tym zastanawiałam. Ale to było 12 lat temu.

"Bo wiesz, Robert, ja mam sklerozę" - powiedziała w luźnej gadce pewna pani do człowieka chorującego na SM, a on zaoponował stanowczo, z uśmiechem: "nie, Krysiu, sklerozę to mam ja!". Pani zaczęła tłumaczyć, że wcale nie on, tylko ona, bo ona wszystkiego zapomina. Człowiek pokiwał głową i nie wdał się w dalszą dyskusję. Ja też milczałam. I wcale nie było do śmiechu. Myślałam o tym, że od kiedy SM zaistniało na moim bliskim emocjonalnym horyzoncie i nabrało konkretnego znaczenia, słowo "skleroza" wyszło z mojego języka. Naprawdę wyszło. Jeśli czasem zdarzy mi się zagalopować, czuję na sobie wzrok Smoka, przy którym ktoś posłużył się słowem "kiepski". "Czy Pani jest pewna, że zna znaczenie użytego przed chwilą przymiotnika?" - mówi dobitnie i srogo. Zdarza mi się zapomnieć własnej głowy, ale - nie, nie mam sklerozy. Tylko... dlaczego miewam schizofrenię, jeśli to nie moje F?

"Ona jest normalna, ona nie jest psychiatryczna" - tłumaczyła mi dzisiaj pewna znajoma, zachęcając do porozmawiania wprost z panią, z którą rozmawiać się krępowałam. "Mamo........." - pomyślałam. Nogi się nie ugięły, tylko mina zrzedła. Zobaczyłam pedalsko-jehową kanapę w domu Świadków Jehowy i psychiatryczną siebie na tej kanapie. W dodatku ćwierćżydówa. Schiza totalna. A przede mną moją rozmówczynię [czyżby sklerotycznie zapomniała o moich żółtych papierach?] - na barykadach o wolność, demokrację, równouprawnienie kobiet i poszanowanie mniejszości.  Po-lo-nia żyd-ki!!! Wa-ria-ci do ga-zu!!!

***

Jak to jest z tym językiem?
Jak to jest z tymi kategoriami?
Nie da rady bez Aliena?


[jeśli istnieje jeszcze ktoś, kto nie zniechęcił się wielomiesięczną ciszą i czasem tu zagląda, to nie miałabym nic przeciwko dyskusji w komentarzach]

środa, 15 grudnia 2010

przekleństwo styczniowej wiosny

Gdyby wiosna nadeszła w styczniu
to nastałby później smutny czerwiec
ze zwiędłymi różami
pod zmęczonym niebem 

...

Arnhild Lauveng, "Niepotrzebna jak róża"
drugie czytanie

czwartek, 2 grudnia 2010

however you spell

Sylwia wkleiła na facebooku, a ja nie mogłam się oprzeć i piratuję. Wsiewo łutszewo ;-)

środa, 27 stycznia 2010

od sąsiadki

Antek chory, nie weźmie udziału w przedszkolnym przedstawieniu z okacji Dnia Babci i Dziadka. Płacz i histeria. 
mama Gab: Antek, jutro dziadkowie przyjdą, zrobisz im prywatne przedstawienie, nie rycz.
Antek: Do jutra to ja zapomnę ten wierszyk na maksa.
Ryk.

KURTYNA
więcej antkowych mądrości tu

wtorek, 26 stycznia 2010

ten jest z ojczyzny mojej

Ten, co o własnym kraju zapomina
Na wieść, jak krwią opływa naród czeski,
Bratem się czuje Jugosłowianina,
Norwegiem, kiedy cierpi lud norweski,

Z matką żydowską nad pobite syny
Schyla się, ręce załamując z żalem,
Gdy Moskal pada czuje się Moskalem,
Z Ukraińcami płacze Ukrainy.

Ten, który wszystkim serce swe otwiera,
Francuzem jest, gdy Francja cierpi, Grekiem,
Gdy naród grecki z głodu obumiera.
Ten jest z ojczyzny mojej. Jest człowiekiem.

Antoni Słonimski, 1943

W nocy z 22/23 stycznia tablica pamięci Lizy i Jakuba Rotbaumów, twórców Teatru Żydowskiego we Wrocławiu, zyskała taki wygląd:










...a kamienice przy ul. Włodkowica wzbogaciły się o napis i kolejne malunki. Ostatni raz te rejony wyglądały podobnie w czerwcu 2009, wcześniej w styczniu 2009. Można sobie o tym poczytać np. tu i tu.

Proszę, podpiszcie petycję do prezydenta Wrocławia

niedziela, 24 stycznia 2010

matka to matka



lenistwo jest matką
wszystkich niepowodzeń,
ale matka to matka,
matkę się szanuje!

czwartek, 21 stycznia 2010

see mercury falling

wiekopomny dzień: 21.01.2010
i co, będzie lepiej?
ma być.




Fill my eyes
O Lithium sunset
And take this lonesome burden
Of worry from my mind
Take this heartache
Of obsidian darkness
And fold my darkness
Into your yellow light

I've been scattered I've been shattered
I've been knocked out of the race
But I'll get better
I feel your light upon my face

Heal my soul
O Lithium sunset
And I'll ride the turning world
Into another night
Into another night
Into another night
See mercury falling... 

modlitwa optymisty

Magda vel poetkam powiesiła dziś na forum dla wariatów "modlitwę optymisty". Pollyanną trąci na odległość, ale wszak Pollyanna tak całkiem głupia nie była. No więc ocalam Pollyannę od zapomnienia. Any comments welcome.

Dziękuję za:

- bałagan, który muszę posprzątać po imprezie,
bo to oznacza, że mam przyjaciół,

- podatki, które muszę zapłacić,
ponieważ to oznacza, że jestem zatrudniony,

- trawnik, który muszę skosić, okna, które trzeba umyć,
bo to oznacza, że mam dom,

- ubranie, które jest troszeczkę ciasne,
ponieważ to oznacza, że mam co jeść,

- cień, który patrzy, kiedy pracuję,
bo to oznacza, że jestem na słońcu,

- ciągłe narzekanie na rząd,
ponieważ to oznacza, że mamy wolność słowa,

- duży rachunek za ogrzewanie,
bo to oznacza, że jest mi ciepło,

- panią, która siedzi za mną w kościele i drażni swoim śpiewem,
ponieważ to oznacza, że słyszę,

- stosy rzeczy do prania i prasowania,
bo to oznacza, że moi ukochani są blisko,

- budzik, który odzywa się każdego ranka,
ponieważ to oznacza, że żyję,

- zmęczenie i obolałe mięśnie pod koniec dnia,
bo to oznacza, że byłem aktywny.

(link ze strony : mojadroga.urs.pl/pray46.htm)

wtorek, 12 stycznia 2010

kto da więcej?

  • Jean Vanier "La depression"
    = "Jak pokonać depresję?"
  • Caroline Carr, "Living with the black dog"
    = "Życie w cieniu depresji".
  • Joanne Greenberg, "I never promised you a rose garden"
    = "Życie to nie bajka"
  • Arnhild Lauveng, "I morgen var jeg alltid en løv" ("jutro zawsze byłam lwem")
    = "Byłam po drugiej stronie lustra"
  • ...
Zapytałam o to Arnhild. Wcale nie jest szczęśliwa z powodu tego wybryku, ba, z jej reakcji wnioskować by można, że nawet jest całkiem wkurzona. Tłumaczki twierdzą, że zmiana była z nią konsultowana, ona, że nikt jej o zgodę nie pytał. Dlaczego wydawcy mogą robić z tytułami co im się żywnie podoba? Czy naprawdę pod ich prawdziwymi tytułami nikt by tych książek nie kupił? Czy może są aż tak idiomatyczne, że zrozumieć się ich bez pomocy usłużnego tłumacza nie da? Nie lubię być traktowana jak osioł. I nie lubię, gdy tłumacz zabija książkę.

sobota, 26 grudnia 2009

w E14 kształt

Ponieważ Święty M. co nieco ze mną w tym roku uzgadniał, myślałam, że wiem, jaki będzie mój prezentowy hit. A tu jak zwykle okazało się, że życie jest bogatsze. Prezentowym hitem okazała się dołączona do hita potencjalnego instrukcja. Przepisuję ją więc dla PT Czytelników ku ucieszeniu serc i na wieczną rzeczy pamiątkę.

Zaznaczać (uwaga):
*Odpowiedni dla przestrzeni w
nętrza
*Żeby unikać wszelkich potencjalnych, wszelki giętki poza (zewnątrz, zewnętrzny) prowadzą (kierować) dla tego światło (lekki) który jest uszkodzony może być zastępowany wyłącznie przez produkcj &, ich przedstawiciele służby (serwis), albo przez porównywalny wykwalikowany *technician*.

Polecenia dla zastępowania lampy
1. Biorą (przedsiębrać) korek zza wklęsłości
2. Wygięcie meridian (2) globus z lekka do góry i tak pociągają zapewnianie szpilki zza północnego biegunu otwierający w globus (1)

3. pchają globus (1) do strony. Pchnięcie w stosunku do globus od poniżej i zdejmować to zza globus swojej instalacji

4. Teraz wy możecie widzieć lampę. Zmieniają to, zastępujący to z żarówką w E14 kształt, 230V i maksymalny 25 Watt.

5. Miejsce ten globus ziemska w tył w ten budowa.

6. Wygięcie globus meridian (2) poniekąd do góry znow
u, i pchają do elementu tyłu na północny biegun (polak) kuli kuli globus.

Jedno wiem na pewno. Jak mojemu-najpiękniejszemu-ex-aequo-prezentowi przepali się żarówka, to będzie wesoło. A panom z altavisty bądź innego temu-podobnego-urządzenia wciąż jeszcze trochę do prof. Świdzińskiego brakuje...

jest w moim kraju zwyczaj


Jest w moim kraju zwyczaj, że w dzień wigilijny,
Przy wzejściu pierwszej gwiazdy wieczornej na niebie,
Ludzie gniazda wspólnego łamią chleb biblijny
Najtkliwsze przekazując uczucia w tym chlebie.


Na całe szczęście święta w tym roku są wystarczająco długie, bym zdążyła z życzeniami... Trudno mi ująć to lepiej, niż powyżej Cyprian Kamil, a w tegorocznym mailu mój ukochany tutor: światła, radości, spokoju i chwilki oddechu ;-). Tego więc życzę wszystkim tu zaglądającym wirtualnym wędrowcom, waszym bliskim i przyjaciołom. W prezencie pod choinkę mój ulubiony Tuwim, który co roku zachwyca mnie na nowo, i kolęda do śpiewania po domach w wykonaniu krakowiaków. A jak mi żona zeskanuje moją tegoroczną wycinankę, to będzie ilustracja.

Ziemio, ziemiątko,
Nocą nad łóżkiem
Świecisz i krążysz
Różowym jabłuszkiem.
Sny wyogromniały,
Ziemio, zieminko,
Wszechświat stał w pokoju
Świąteczną choinką.
Ziemio, ziemeczko,
Dróżki gwiaździste
Po gałązkach błyskały
Mlekiem wieczystem.
Trzaskały świeczki,
Świerkowe świerszcze,
Anioł zaniemówił
Najpiękniejszym wierszem
.

wtorek, 22 grudnia 2009

dla mkw, acz nie tylko

http://www.preces-latinae.org/thesaurus/Hymni.html

Tempus Nativitatis (Christmas Time)

404

The Hymns and Carols of Christmas

"Drat!" The Herald Angel says,
"Page Not Found," the screen displays.
"404": the error code;
Where's that page?
It just won't load!

I’m sorry that you can’t find the page you were looking for, but I'd like to help.


There are several reasons why you might not be able to find the page, including

  • Misspelled URL ("index.html" as opposed to "index.htm").
  • Incorrect case ("INDEX.HTM" vs "index.htm").
  • Heavy traffic on the Internet or at the server.
  • A page renamed or removed from the site.
  • The Webmaster has been a very bad boy and will probably get a lump of coal from Santa.

Things you can do:

If you have a few moments, please email the webmaster with a description of the broken link, so that a repair can be made. It will also be a reminder to the Webmaster to (1) check all links and republish and (2) take another look at the server logs.

Thanks!

poniedziałek, 21 grudnia 2009

voila

...no i z pomocą Dużej się udało.

sobota, 19 grudnia 2009

wkleiłabym tu obrazek

...oczywiście ze wskazaniem źródła, ale nie umiem. Jak ktoś umie, niech pomoże. Jest w nagłówku bloga chinchilli, znanej mi z chadowego forum, niegdyś pisującej pod nickiem bosa_mysz, i bardzo mi się (on czyli obrazek) podoba. Eccolo: http://chinchilla.blox.pl/

Swoją drogą dopiero teraz tknęła mnie myśl przewodnia obu nicków, a na wspomnienie tycich łapek łezka zakręciła się w oku. Czyżby chinchilla miała szyla?

wtorek, 15 grudnia 2009

z Parandowskiego - cd

- Ach, mój Horacy, nie ogarniasz tego. (...) Nasza własna kultura rozszerzyła się po wszystkich kontynentach i miliony ludzi uczą się myśleć i odczuwać z tych samych książek. To w ich tłumie ja żyję i to ich tłum mnie przeraża. Przerażają mnie stosy papieru zadrukowanego, które dzień w dzień wyrzuca z siebie świat białego człowieka, duchowego potomka Grecji i Rzymu, przerażają mnie biblioteki rosnące z każdą godziną, olbrzymie cmentarzyska natchnień, porywów, pragnień, nadziei. To, co stworzę, padnie w tę przepaść jak kamień. 

-Wiekuista gorycz przemijania! Znam to. Lecz cóż na to poradzić, że czas przynosi zagładę dziełom ludzkim? Trzeba tworzyć dla teraźniejszości. Dano wam życie, które musi wam wystarczyć. Powiesz może, że jest ono zbyt krótkie? Z pewnością, na przykład w porównaniu z dębem. (...)

Ludziom nie dogadza, by dąb żył swoim drzewnym życiem, chcą jeszcze, by był trochę człowiekiem. Jest to śmieszne urojenie. Do czego zmierzasz? Czy wolałbyś być dębem? Nie, ponieważ wiesz, że twoje życie jest bogatsze. Zresztą, rozumiem cię, przyjacielu. Nie sądź, że moja pogoda przyszła mi tak łatwo. Doszedłem jednak do tej prostej prawdy, że muszę tworzyć dla siebie, dla swoich, dla swojego czasu. Widząc w końcu, ile udało mi się zrobić, miałem na tyle dumy i szczerości, by powiedzieć, że przetrwam, dopóki Rzym istnieć będzie. Okazało się, że dodano mi znacznie więcej. Czy zdołałbym to osiągnąć, gdybym zamiast szlifować swoje strofy, gryzł się, że i tak pochłonie mnie wieczność i że nie warto się trudzić?

- Powiedz, Horacy, czy nie jesteśmy śmieszni, tragicznie śmieszni?

- Jesteście śmieszni, jeśli sądzicie, że od każdego z was zaczyna się świat i poezja. Cóż z tego, że tylu było przed wami i tylu jest was dzisiaj? Przez całe moje życie nie przyszło mi na myśl, że poeta mógłby  się zajmować spisem ludności. Powinieneś natomiast zrobić inne obliczenie. Pomyśl, ile jest słów, ile możliwych między nimi związków! (...) Myślałem nieraz, że nie starczy mi życia, aby bodaj drobną cześć mojego języka, języka poczciwych chłopów latyńskich, powiązać w orszaki taneczne, które od początku świata nigdy dotąd się nie zeszły. Twój język na pewno nie jest uboższy, ale ty... Wiesz, jak nie znoszę lichych poetów, a słuchając twoich utyskiwań już zacząłem żałować, że trafiłem do twego mieszkania. 

- Jesteś okrutny, Horacy.

- Nie, tylko chciałem ci przypomnieć tę prostą prawdę, że kto ma coś do powiedzenia, nie troszczy się o to, czy ktoś inny może to również powiedzieć, ani nie szpera z niepokojem w książkach, czy nie zostało to już powiedziane. 

Jan Parandowski, ibidem

...i tego się trzymajmy pisząc mgr doktoraty i habilitacje ;-)

zapiski z lektury

- Zdaje się nam często, żeście nas ograbili - wy, przodkowie, i nęka nas zazdrość, że byliście już kiedyś tym, czym my  jesteśmy i że przed nami mieliście nasze mózgi i serca. 

- Unosisz się i pleciesz głupstwa. Każda dusza zawiera w sobie mieszaninę wiekuistej radości i wiekuistego smutku, które w tym składzie nigdy się nie powtarzają. (...) Poezja jest stara jak świat i skończy się dopiero z nim razem. Wynaleziono pług, aby zaspokoić głód chleba, i wynaleziono poezję, aby zaspokoić głód piękna. 

- Błogosławione istoty, które ją wynalazły tak dawno! Gdyby to pozostawiono dopiero naszym czasom, byłoby już za późno. Nie masz pojęcia, Horacy, w jak okropnych czasach żyjemy. Nie wiesz, co znaczy technika, maszyna, za długo by ci to było tłumaczyć. Powiem ci po prostu, że są to demony pożerające wszystko, co niepospolite i osobiste, aby otoczyć człowieka tworami bezdusznymi, podobnymi lub takimi samymi we wszystkich domach, na wszystkich ulicach, w każdym mieście i kraju. (...) Możesz się przekonać, jakiego spustoszenia dokonały te demony, jeśli się rozejrzysz choćby po tym pokoju. Z wyjątkiem dwóch albo trzech rzeczy znajdziesz tu same przedmioty zrobione według szablonu w dziesiątkach tysięcy. 

- Zauważyłem od razu, że urządzenie twego pokoju jest marne, ale nie znałem przyczyny. 

- Jest ono złowrogie. W każdym sprzęcie czai się siła niszcząca, która chce obalić, sponiewierać, zgładzić czas Fidiasza i Michała Anioła, Polignota i Rafaela, świat brązów korynckich i Celliniego, mozaik i Partenonu. Siedzę tu pośród tych demonów i ze swoją kartką papieru, z tym piórem i z głową rozpaloną wydaję się sam sobie zabytkiem. 

- I nie robisz nic więcej jak to, co robiły przed tobą wszystkie pokolenia. Od pierwszego człowieka wszyscy narzekali na swoje czasy. Zawsze byly one albo za skąpe, albo zbyt rozrzutne, za głuche albo za hałaśliwe i każdy poeta przeżywał chwile, w których sądził, że nie ma już nic do zrobienia. (...) Jesteśmy wiecznymi kochankami świata. Jak w złączonych ustach pary zakochanych, w naszych powtarzających się pieśniach świat odzyskuje wciąż swoją młodość. Jesteśmy nieśmiertelną młodością świata. (...)  

Przypuszczam, że nie ma już nowych myśli. Są tylko nowe kombinacje starych, odwiecznych idei. Było ich na świecie w ogóle mało i zostały wypowiedziane na długo nie tylko przed twoim, ale i moim urodzeniem. Któregoś z pośmiertnych dni odwiedziłem dziwnego człowieka. Wziąłem go za poetę, okazało się jednak, że był raczej uczonym. Szukał czegoś, co nazywał kamieniem filozoficznym, i obiecywał sobie, skoro go odkryje, przemienić lichy ołów w złoto, a ludziom dawać wieczną młodość. Przypatrywałem się jego pracy. Na ognisku wielkim jak w kuźni obracał mnóstwem dziwacznych przyrządów, co chwila biegł do półek, rozsnutych po wszystkich ścianach, porywał jeden z tysiąca słojów i wylewał zeń parę kropel do gotującego się kotła. Mieszał to wszystko razem, prażył, próbował, znów szukał innych połączeń, zziajany, trawiony gorączką, uporczywy, bezsenny. Od wieków umysł ludzki pracuje w taki sam sposób. Miesza, gotuje, przewraca, łączy z sobą myśli z różnych półek, które się dotąd nie spotkały, choć może tęskniły za sobą, sprzeczne przemienia w zgodne, całkowite rozkłada na części, aby je kojarzyć w nowe związki, błądząc nieustannie, najczęściej nie wiedząc, co wyniknie z tych przypadkowych stopów, i raz na stulecie albo i rzadziej pozwala sobie wypocząć pod cieniem jakiejś starej harmonii jak sub tegmine fagi Marona.  

- Powiedz mi, Horacy, który jesteś mądrzejszy o całą przepaść grobu: dlaczego to wszystko i po co, i dokąd? 

- Zaszedłem do ciebie, aby pogawędzić o rzeczach ziemskich, i używałem języka, który obaj rozumiemy. Jakże możesz żądać, bym zaczął mówić słowami, których niepodobna przetłumaczyć?

- To znaczy, że ani nasza myśl, ani nasze słowo tamtych rzeczy nie dosięga?

- Nie dosięga - zabrzmiało jak echo i na ścianie, na której rysował się dotąd cień poety, nie było już nic widać.


Jan Parandowski, "Rozmowa z cieniem"

niedziela, 13 grudnia 2009

poniedziałek, 30 listopada 2009

mumia

Próbowałam wczoraj pisać o zmumifikowaniu literatury dawnej. O tym, że najpierw archeolog musi trupa wykopać, potem filolog ekshumować, a na końcu tłumacz podejmuje próbę reanimacji. A nóż się komuś kiedyś uda i Leukonoe zmartwychwstanie? Niniejszym informuję, że bóle porodowe Mesjasza trwają. Kciuki potrzebne stale i wciąż. A myśl moją odnalazłam dziś w uczonej książce z początku ubiegłego stulecia. Proszę Państwa, oto miś. 

Był [dramat antyczny] grecki, posągowy, którego teorję nawet podał Arystoteles. To, co do nas dotarło, tchnie wielkością, tchnie poezją. Nawet komedja grecka śród najdziwaczniejszej, satyry pieni się od poezji. Weźmy na przykład „Żaby" Arystofanesa. Charon wiezie cienie przez wody podziemia, a chóry żabie rechocą śpiew czyśćcowy: „Brekekekeks koaks, koaks. . . Brekekeks koaks, koaks. ." Takby pisał Wagner. 


Ale dramat grecki umarł razem z antyczną Helladą.Umarł; bo to, co pozostało po nim w bibljotekach, to, jak słusznie Goethe powiada, „szata tylko". My już dziś nie w stanie zrozumieć potęgi dramatu greckiego. Nie odczuwamy owej niesłychanej grozy, gdy w scenie ostatniej grzmiał głos boga wyrokiem... Dusza grecka uleciała z dramatu greckiego. Pozostało to, co zabalsamowały bibljoteki. 



niedziela, 29 listopada 2009

miszehu laszir ita?

prosto z akwarium:  

Gdy na sercu coś ci leży - napij się na zdrowie
Kiedy chandra nie odpuszcza - śpiewaj ze mną wraz
Gdy na stole brak już czystej - polej czystą wodę
Woda życia to wszak życie - czegóż więcej trza?

Niech już przyjdzie odkupienie - niech już!
Niech już przyjdzie odkupienie - niech już!
Niech już przyjdzie odkupienie - niech już!
Wszak mesjasz jest tuż tuż...

(Szmerke Kaczerginski & IB)

KTO DA WIĘCEJ?

z dwojga złego chyba lepszy miuzik jest tu:
http://www.library.upenn.edu/media/Freedman/zol.wav

a gorszy tu:

Various - Theodore Bikel - Zol Shoyn Kumen Di Geule .mp3



Found at bee mp3 search engine


A teraz uprzejmie proszę
pani żono i Joanno i Marysiu i nie wiem jeszcze kto ;-)
a) potwierdzić odbiór i udzielić informacji zwrotnej
b) znaleźć mi jakieś ładne wykonanie
c) ulepszyć wersję z akwarium
d) i kontynuować dzieło raz rozpoczęte ;-)

czwartek, 26 listopada 2009

lawina bieg od tego zmienia

Moja mama powiedziała mi, że klika w brzuszek pajacyka. Wtedy, kiedy wchodzi na bloga. Gdy za długo tu nie piszę, opieprza metodą najskuteczniejszą z możliwych: Czyli mówi: "bo jak nie ma nic nowego to się zniechęcam i wtedy nie klikam". Mówię, żeby ustawiła pajacyka jako stronę startową. A ona mi na to, że nie. Że będzie klikać z bloga i że jeśli mi zależy, to mam się nie lenić. No i tak. Metoda stara jak świat, wyjątkowo niehumanitarna, za to wyjątkowo skuteczna; nazwy nie wymienię.

No więc z braku weny (a raczej oddając wenę Leukonoe, a cesarzowi co cesarskie) w ramach prac upiększających dodałam parę obrazków na pasku po lewej. Ot, deklaracja ideologiczna. Dzielę się z Wami tym, co jest mi bliskie, i lobbuję na rzecz. Można się zastanawiać po co. To przecież tylko kropla w morzu. Wiem. Ale tyle mogę. Mogę też wkleić tu kawałek pewnego traktatu, który od zawsze mnie porusza.

Epoka nasza czyli zgon,
Ogromna Die Likwidation,
Jak długo rzec nie umiem potrwa,
O jakich usłyszymy łotrach.
Ceń ją, bo przez nią świat się zmienia
Budzący lekkie zastrzeżenia.

Żywot grabarza jest wesoły.
Grzebie systemy, wiary, szkoły,
Ubija nad tym ziemię gładko
Piórem, naganem czy łopatką,
Pełen nadziei, że o wiośnie
Cudny w tym miejscu kwiat wyrośnie.
A wiosny nima. Zawsze grudzień.
Nie rozpraszajmy jednak złudzeń.

Ciebie zapraszam dziś do arki,
Która przez czasu potok wartki
Na nowe brzegi nas poniesie.
 

Lądujesz w zatopionym lesie,
Mgły opadają, w górze tęcza
I gołąb liść zielony wręcza.
Za sto a może za lat dwieście,
Gdzieś w Taorminie, może w Trieście,
We Francji (Chinach Europy),
Czy tam, gdzie dzisiaj stolic groby –
Maleńkie centrum nauk błyśnie
I hasło nowej da ojczyźnie.
Patrz, jak zmieniona perspektywa:
Już nie to wielkim się nazywa,
Co się nam wielkim wydawało.
Kroniki są już kartą białą.
Ci, którzy dzisiaj dzieje tworzą,
Pod darń trawników głowę złożą,
Wnuk barbarzyńców zamyślony
W słońcu tam czyta stare tomy,
Dawny mu wawrzyn czoło pali,
Myśli o tych, co zachowali
I poprzez ciemność skarb przenieśli,
O którym znów się składa pieśni.

Lecz nie jest moim to zamiarem
Przyszłość otaczać złudnym czarem.
 

Po przyszłościowej cóż iluzji,
Jeżeli dniom codziennym bluźni
I ufność nie po równi dzieli
Pomiędzy współobywateli.

Żyjesz tu, teraz. Hic et nunc.
Masz jedno życie, jeden punkt.
Co zdążysz zrobić, to zostanie,
Choćby ktoś inne mógł mieć zdanie, 
 


Nowa k o n w e n c j a już się tworzy,
Nie mów: konwencja długich noży.
Nie wątpię, że jest bardzo zła,
Lecz wynalazłem ją nie ja.
 

Oskarżaj, jeśli masz ochotę
W weneckich bankach sztaby złote,
Elżbietę, Lutra, kres Armady,
Wersalskie bale, defilady,
Tatarów, że nas najechali,
Wojnę Stuletnią – i tak dalej.
Choćbyś zazdrościł psom i ptakom,
Musisz ją przyjąć j a k o t a k ą,
A więc po prostu jak zdarzenie
Na naszej obrotowej scenie –
I płyniesz w tym społecznym fakcie,
Jak orzech w Nilu katarakcie.


Nie jesteś jednak tak bezwolny,
A choćbyś był jak kamień polny,
Lawina bieg od tego zmienia,
Po jakich toczy się kamieniach.
I, jak zwykł mawiać już ktoś inny,
Możesz, więc wpłyń na bieg lawiny.
Łagodź jej dzikość, okrucieństwo,
Do tego też potrzebne męstwo,
 


(...) Zbyt wieleśmy widzieli zbrodni,
Byśmy się dobra wyrzec mogli
I mówiąc: krew jest dzisiaj tania –
Zasiąść spokojnie do śniadania,
Albo konieczność widząc bredni
Uznawać je za chleb powszedni.


A więc pamiętaj – w trudną porę
Marzeń masz być ambasadorem.



No więc proszę podpisać, co jest do podpisania, a zwłaszcza http://8hours.eu, klikać codziennie w brzuszek pajacyka, zaglądać na stronę http://ratujtybet.org, zaadoptować wirtualnie jednego z Najpiękniejszych Psów Świata oraz, last but not least - nie marudzić mi tu. Nawet jeśli to tylko marzenia, to dla mnie są ważne. O. Dixi.

środa, 25 listopada 2009

kindersztuba, a raczej brak

"A to świnia! Niektóre magisterki jak widać są zupełnie niewychowane" - napisała mi w smsie szósta z wnuczek babci Hali. No właśnie. Nie wiem jak jej, ale moja zdecydowanie do nich należy. Leży i kwiczy i listopad jej się nie podoba, a PMS jeszcze mniej. Blogowi również nie. Proszę o wybaczenie.

wtorek, 10 listopada 2009

byłam w śródborowie

Agata (acz nie moja siostra) zamówiła, jeśli dobrze pojęłam, notkę o konferencji. Mama też marudzi, że przestroga na potym życia jej się nie podoba. No to macie, co chcecie. Tyle powiem o minionym weekendzie:


Byłam w Śródborowie.
Tak, byłam w Śródborowie.

To naprawdę wielkie przeżycie.
Po prostu pojechać i być w Śródborowie.
Po prostu pojechać i być.


Więc byłam w Śródborowie.
Siedziałam w Śródborowie.
Taka jak jestem to byłam i siedziałam...
A potem się zmęczyłam.
I stałam w Śródborowie.
Stałam w Śródborowie i widziałam.




Mówili mi: pojedź.
Pojedź i zobacz.
Musisz tam pojechać i zobaczyć.
Mówili mi: pojedź.
Tym bardziej że możesz.
To musi być wspaniałe
Śród-booo-róóóóóów


Więc dobrze, powiedziałam.
Pojadę i zobaczę.
I opowiem wam jak było w Śródborowie.

I byłam. Pojechałam.
I byłam i widziałam.
Stałam i siedziałam w Śródborowie.

Mówili mi: pojedź.
Pojedź i zobacz.
Musisz tam pojechać i zobaczyć.
Mówili mi: pojedź.
Tym bardziej że możesz.
To musi być wspaniałe: Śród-booo-róóóóóów


A teraz mówię: nie wiem.
Nie powiem wam bo nie wiem.
Nie wiem jak było w Śródborowie.


Lecz mówię wam pojedźcie
postójcie i posiedźcie
bo nie warto nie być w Śródborooo
ooo ta ra ra la la la la ooooooooo ooo o ta la la la
Śródboróóóóóóóóów
ta da da da...


PS a tu melodia