wtorek, 28 grudnia 2010

siedem lat i pięć protekcji

Moją przygodę z psychiatryczną służbą zdrowia zaczęłam jesienią roku 2003. Będzie siedem lat, już ponad, a przygodzie z depresją/chad za chwilę stuknie lat osiem. Długo. Wychowała mnie pani Irena, o której już kiedyś w blogu na biegunach opowiadałam. Wyfrunąwszy spod jej skrzydeł od dwóch lat leczę się w PZP przy IPiN, czyli miejscu, w którym teoretycznie rzecz biorąc znaleźć powinnam najbardziej fachową pomoc w Warszawie. W dodatku za darmo, czyli za pieniądze podatników. I poniekąd tę fachową pomoc znajduję - byłabym nieuczciwa twierdząc, że nie. Tyle, że... nieco rozmija się ona z moimi oczekiwaniami.

Do mojego obecnego lekarza trafiłam w sytuacji, nazwijmy to, emergency. Ze skierowaniem do psychiatryka w torebce i poważnym dylematem, czy aby z niego nie skorzystać i nie zamknąć się w tym przybytku na Święta i Nowy Rok. Zupełnie nie wiedziałam jednak, z czym to się je. Z czym się je szpital jakikolwiek, a wariatkowo w szczególności. Co to znaczy. Jak się to robi. Zadzwoniłam więc do najbliższej na moim horyzoncie osoby, która wiedzieć mogła. Bałam się, panicznie się bałam. Ciocia Bożenka była miła. Zaprowadziła do pani doktór. Też miłej. Pani doktór zadała parę pytań i zaprowadziła do pana doktora. Siwy, również wyglądał na miłego. Przekonywanie go, by mnie przyjął, było dość zabawne, lub może lepiej - tragikomiczne. No ale element komizmu niezaprzeczalnie był:

- Słuchaj, D. dała skierowanie. Ty musisz panią przyjąć!
- Muszę?
- No musisz. Pani ma pięć protekcji.
- Jakie pięć, jeśli widzę dwie?
- No pięć. Ja raz. Bożena dwa. D. trzy. Pani cztery. Ty pięć. Czyli nie masz wyjścia.

Pan pokiwał głową i się zgodził. Zapisał w kalendarzu, zapytał o ubezpieczenie, poinformował "ja to jestem urzędnik" i kazał przynieść rmuę. Nie wiedziałam wówczas, jak głęboka prawda kryła się w słowach, którymi mi się przedstawił..........

"Niech mu Pani da szansę" - powiedziała mi wówczas pani Marysia i poparła ją pani Irena. Przyznałam im rację. Może nie potrzebuję już serca, mam je wszak gdzie indziej. Może dobry, sprawny urzędnik wystarczy, jeśli właściwie przekłada papierki i wzorowo posługuje się procedurami? Wiele osób słysząc nazwisko bije czołem i zachwala. Z pewnością nie bezpodstawnie. Dałam sobie czas, dałam jemu czas. Coś zrobiliśmy, czegoś nie. Bilans nie jest na minusie, ale za bardzo na plusie również nie. Mam poczucie, że czas powoli się kończy i że pora szukać następnego gniazda.

* * *

"Stawia Pani wysoką poprzeczkę" - powiedziała refleksyjnie jedna z uczestniczek castingu. Taka, coby go pewnie wygrała, gdyby nie to, że sama się wycofała. "Może być trudno znaleźć kogoś, kto do niej doskoczy" - dodała. Zamyśliłam się. Tak, wiem. Ja to dobrze wiem. Tylko tak się złożyło, że przez pięć lat leczenia u pani Ireny zostałam przez nią rozpuszczona i nie potrafię zejść poniżej tego poziomu. Co więcej, zachłannie chciałabym wyżej, ponieważ urosłam i moje potrzeby również wydoroślały. Nie potrafię wyrzec się tego, do czego z takim trudem sama się pięłam, pod wiatr, po ciemku, przez tonę strachu, hektolitry łez, kilometry książek, wiele godzin psychoterapii. I nie widzę powodu, żeby to robić. Jest mi trochę smutno, że wśród osób, z którymi o tym rozmawiam, mało kto mnie rozumie i mało kto wspiera.

Siedem lat to wystarczająco dużo czasu, by samej chorując uważnie przyjrzeć się psychiatrii, psychiatrom i pacjentom psychiatrów, a w istocie szerzej - medycynie, lekarzom i pacjentom tych lekarzy. Na żywo, w internecie, w mediach, obserwując lekarzy moich i niemoich, różne modele chorowania i leczenia - przez siedem lat zdążyłam się dużo pozastanawiać i dojść do konkretnych wniosków. Zdążyłam przemyśleć i przedefiniować w sobie znaczenie i wartość relacji lekarz-pacjent oraz świadomie opowiedzieć się po stronie konkretnej filozofii zdrowia i choroby implikującej określony kształt procesu chorowania, zdrowienia i leczenia. Która u swych podstaw jest filozofią - człowieka. 

Postanowiłam więc powalczyć. To nie jest ani łatwe, ani przyjemne i wbrew temu, co mi ktoś zasugerował, nie stanowi perwersyjnej formy rozrywki. To boli i kosztuje, a ja w imię wyższych celów zagryzam zęby. Traktuję ten casting jak inwestycję. Być może kiedyś się poddam, być może całkiem niedługo, ale na razie - wciąż szukam. Szukam lekarza. Moje siedmioletnie przemyślenia, które w ciągu ostatniego miesiąca mielę i mielę we wszystkie strony, składają się na list gończy w odcinkach. Będzie dużo, dużo czytania, jakoś wszak trzeba nadrobić roczne zaległości na blogu. Feedback mile widziany.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

dodatkowo nie mogłam przy niej palić

Jak jedni wiedzą, a inni nie, od pewnego czasu prowadzę casting na psychiatrę. Można się łatwo domyślić, że preselekcja odbywa się w internecie. Najbardziej lubię opatrzone zdjęciem rzeczowe notki napisane własnoręcznie przez potencjalnych kandydatów i wiszące na stronie poradni, w której przyjmują, wraz z lokalizacją i cennikiem - ale czasem takowych nie ma. Są za to portale typu "znanylekarz.pl", "porzadnylekarz.pl" czy "rankinglekarzy.pl", w których każdy może zamieścić opinię na temat danego specjalisty i przypisać mu odpowiednią liczbę gwiazdek. Potem jednym kliknięciem myszki można się z czyjąś opinią zgodzić lub nie (i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zgodzić się lub nie 50 razy pod rząd). Prawdę mówiąc przeczytawszy rzeczową notkę również lubię zajrzeć w takie miejsce, ale... obarczone jest to naturalnym ryzykiem. Ryzykiem oplucia monitora. Moje najnowsze wykopalisko:

Szczerze mówiąc w ogóle mi pani Magda nie pomogła. Miałam depresję, dobrała mi złe leki, nic się po nich nie zmieniło, w ogóle miałam wrażenie, że uważa mnie za czubka, tzn .patrzyła tak, jakby miała w głowie "o, takiej córki to bym nie chciała". I jeszcze to pudełko chusteczek na stoliku...przecież gdy ktoś ma depresję to chce mu się płakać i tak a jak jeszcze zobaczy, że są chusteczki to już w ogóle wpada w ryk. Dla mnie to była prowokacja, jakby wszyscy czekali aż się rozkleję. Poza tym...niby stwierdziła depresję,ale dla mnie to było dziwne, jeszcze za kórymś razem upewniała się czy "na pewno" mam tak na imię (nie powiem jak, bo to nieważne). Jak taka osoba ma mnie poznać, skoro nie pamięta jak się nazywam. I jeszcze to koszmarne miejsce. Najpierw w jakimś domu a potem w pokoiku w takim "bunkrze" bo inaczej tego nie nazwę. Najlepszy byłby psychiatra z którym można wyjść, pochodzić, wpaść gdzieś na kawę, spędzić trochę czasu, palić przy nim itp... A właśnie: dodatkowo nie mogłam przy niej palić, po prostu cudownie. Tylko się przez to denerwowałam i myślałam, aby jak najszybciej wyjść na papierosa. Nie polecam 

No więc wychodzi, że do pani Magdy nie mam po co iść. Palić nie pozwala, takiej córki nie chce, prowokuje chusteczkami i przepisuje nieskuteczne leki, pewnie umyślnie. A fuj, do sądu z nią, albo przynajmniej Izby Lekarskiej! 

sobota, 25 grudnia 2010

substancja dobrych życzeń

Za sprawą facebookowej globalizacji zapożyczam od Joanny post z bloga Haliny Bortnowskiej, o wdzięcznym tytule


Bożonarodzeniowy traktat o życzeniach

Życzenia to poważna sprawa. Nie są banalnym dodatkiem do prezentów, zdawkową deklaracją. Prezenty mogą być symbolicznym wyrazem życzeń, ale dobrych życzeń nie zastąpią. Od dawna apeluję o dowartościowanie życzeń. Sama myślę nad nimi, myślę przede wszystkim nie o tym, co powiem, lecz co czuję, o wewnętrznym otwieraniu się ku ludziom, którym dobrze życzę; o czymś, co może jest modlitwą za nich, albo prościej: gotowością, staraniem, by mogli przyjąć coś ode mnie, czy ze mnie, coś, co zrobi im dobrze, pocieszy, wzbogaci. 

Coś takiego dostępne jest wszystkim, ale szczególnie ważne staje się na starość. Bo to, co weźmiecie ze mnie, będzie żyło Waszym życiem, nie zmarnuje się. A więc istotne jest zbudowanie w sobie substancji dobrych życzeń. Bezimienna ta substancja jest przekazywana wraz z uściskiem nawet byle jakimi słowami, takimi jak "zdrowia, bo to najważniejsze" albo "wszystkiego najlepszego". To już lepszym jest zwrotem, bo każdy życzeniobiorca może sam rozstrzygnąć, co uważa za najlepsze dla siebie. 

Przygotowanie życzeń to nie wymyślanie formułek, lecz zebranie się w sobie, aby naprawdę podejść z rzeczywistą, ciepłą, działającą życzliwością. Można ją kierować ją ogólnie, to znaczy generalnie ku osobie, przywołując ją z oddali albo patrząc na nią z bliska, na opłatek w jej palcach. Można objąć życzeniami plany i pragnienia tej osoby, znane lub pozostające tajemnicą. Dobre plany, twórcze tęsknoty - wszystkiemu, co Twoje, gorąco sprzyjam. I tak spełnia się podstawowe życzenie: Święta są radosne!


***
Ten traktacik napisany dla Was, dla Ciebie, prześlij dalej komu zechcesz, dołączając do swoich życzeń również moje. 

Ten traktacik przesyłam więc Wam, którzy tu zaglądacie - wraz z substancją moich dobrych życzeń, na Święta i nadchodzący rok. 

sobota, 18 grudnia 2010

kali, krowy

[Miało być w dwóch odcinkach, ale nie będzie i w związku z tym będzie długie - bo to jednak ta sama historia].

Swego czasu, jeszcze w liceum, w gronie znajomych mi osób funkcjonowało określenie "jehowy". "To jest jehowe!" - mawiał na pielgrzymkowym postoju Bury, który później został księdzem. Mawiała tak samo Irminka, która potem skończyła teologię i spędziła dwa lata w zakonie. Kto jeszcze wtedy tak mawiał - nie pamiętam. Pamiętam, że działało na mnie jak płachta na byka, że protestowałam, że tupałam, kopałam w kostki. Na próżno. Słoik, który nie chciał się otworzyć był jehowy i już. A żadna z tych osób nie była ani głupia, ani niewrażliwa, co więcej - mocno pracowały nad tym, by żyć głęboko i prawdziwie po chrześcijańsku. Tfu. Katolicku. Patrzyli na mnie pobłażliwie, ja wszak zadawałam się z poganami (w politycznej poprawności nazywanymi chrześcijanami innych wyznań).

"Ta kanapa jest pedalska" - usłyszałam któregoś dnia od znajomego, który właśnie kończył na moją cześć sprzątać pokój i siłował się z kanapą, która nie chciała się złożyć. Nogi się pode mną ugięły i usiadłam, usadziła mnie mieszanka złości i bezsilności doprawionej komizmem sytuacyjnym i poczuciem wszechogarniającego absurdu . Paranoję schowałam do kieszeni, uśmiałam się głośno i złowrogo powiedziałam, że jeśli jeszcze raz to usłyszę, to nie będę się przy nich krępowała używać retoryki moich znajomych, i tym sposobem w domu Świadków Jehowy zamieszka jehowa kanapa.

"Bo wiesz, ten czajnik jest jehowy" - powiedziała w listopadzie tego roku dawno nie widziana Kasia, w której belgijskim mieszkanku właśnie gościłam. "Nie, Kasiu, on jest katolicki" - odparłam ze złością. Nie mogłam uwierzyć, że człowiek o piętnaście lat starszy i - chciałoby się - dojrzalszy, przy tym wciąż głęboko wierzący, pogłębiający swą wiarę i zaangażowany w życie Kościoła nadal posługuje się tym samym określeniem. Że nie przeszkadza mu ani to, że miesza z błotem tych, których uważa za pogan (a do kogo przyszedł Jezus? i czy to nie on kazał szanować każdego człowieka? Po kiego diabła w ewangelii mamy przypowieść o Samarytaninie?), ani to, że pomiata Imieniem Bożym. Jakie by nie były samogłoski, których w tekście nie ma i twardych dowodów nie znajdziemy, to spółgłoski są te same, w żydowskiej tradycji święte. Zawsze mi się wydawało, że Jezus był żydem, a nakaz szanowania Imienia pochodzi z tej samej Biblii, którą czytamy w Kościele. Z jakichś przyczyn również w Biblii tysiąclecia od pewnego czasu figuruje tetragram - ale to pewnie również wyłącznie polityczna poprawność.

Gdy jehowy stał się również spóźniający się pociąg, zaprotestowałam jeszcze raz, próbując nawiazać rozmowę. Rozmowa została brutalnie ucięta, nie wolno mi było nic powiedzieć. "Nie będę z tobą rozmawiać, bo ty jesteś uprzedzona do Kościoła katolickiego!" - usłyszałam i o mało nie usiadłam znowu[*]. Komunikat został wielokrotnie powtórzony i musiałam bardzo walczyć o to, by móc wypowiedzieć jedno zdanie - to, które zamieszczam w przypisie. Zrozumiałam. "Katolicki czajnik" nie był metaforą - "katolicki czajnik" został odebrany jako atak. Z pewnością tak właśnie czuje się Świadek Jehowy słysząc sformułowanie "jehowy słoik". Ale Kali tego nie widzi, kiedy to on kradnie krowy. Ci, co kradną krowy jemu, są uprzedzeni.

[*] Z pewnością tak właśnie jest. Spędziwszy w Kościele parę dobrych lat mojego życia, zdarłszy pazury na głębokich duchowych poszukiwaniach z pewnością mam wszelkie podstawy ku temu, by się uprzedzać, czyli - w moim tego słowa rozumieniu - wydawać nieuzasadnione sądy o czymś, czego nie znam. Nie jestem uprzedzona. Jestem krytyczna i jest mi bardzo smutno. Wolałabym dobrze myśleć o rodzinnym domu, w którym wyrosłam i który opuściłam, by pójść dalej życiową drogą. Ale nie potrafię trwać w iluzji.


***


"Ej, co jest, masz polio???" - krzyknęła do młodszego brata pewna francuska piętnastolatka, gdy młody jakoś niefortunnie stanął i o mało co nie wywrócił krzesła. W obecności dorosłych, którzy... się chórem roześmieli. Czułam się głupio, ale postanowiłam zawalczyć: "Amelie, polio to ciężka choroba, to nic wesołego, kiedy się ją ma" - wyjaśniłam spokojnie, jako że nikt inny tego nie zrobił. Nie to, że się nie bałam - przeciwstawić się kolektywowi nie jest łatwo i żołądek miałam ściśnięty. Kolektyw spojrzał na mnie z politowaniem i wyjaśnił: "po francusku tak się mówi, kiedy ktoś jest niezgrabny". Mhm. Byłam tylko barbarzyńcą, który przyjechał z zacofanego kraju, w którym na polu można spotkać konia, a w telewizji człowieka chorego na polio. Zaiste, Janka Ochojska porusza się czasem niezgrabnie. Nie pamiętam, czy wdałam się wówczas w dalszą rozmowę i czy zapytałam, czy tak samo nie reagują, gdy kogoś określa się mianem downa. Pamiętam, że się nad tym zastanawiałam. Ale to było 12 lat temu.

"Bo wiesz, Robert, ja mam sklerozę" - powiedziała w luźnej gadce pewna pani do człowieka chorującego na SM, a on zaoponował stanowczo, z uśmiechem: "nie, Krysiu, sklerozę to mam ja!". Pani zaczęła tłumaczyć, że wcale nie on, tylko ona, bo ona wszystkiego zapomina. Człowiek pokiwał głową i nie wdał się w dalszą dyskusję. Ja też milczałam. I wcale nie było do śmiechu. Myślałam o tym, że od kiedy SM zaistniało na moim bliskim emocjonalnym horyzoncie i nabrało konkretnego znaczenia, słowo "skleroza" wyszło z mojego języka. Naprawdę wyszło. Jeśli czasem zdarzy mi się zagalopować, czuję na sobie wzrok Smoka, przy którym ktoś posłużył się słowem "kiepski". "Czy Pani jest pewna, że zna znaczenie użytego przed chwilą przymiotnika?" - mówi dobitnie i srogo. Zdarza mi się zapomnieć własnej głowy, ale - nie, nie mam sklerozy. Tylko... dlaczego miewam schizofrenię, jeśli to nie moje F?

"Ona jest normalna, ona nie jest psychiatryczna" - tłumaczyła mi dzisiaj pewna znajoma, zachęcając do porozmawiania wprost z panią, z którą rozmawiać się krępowałam. "Mamo........." - pomyślałam. Nogi się nie ugięły, tylko mina zrzedła. Zobaczyłam pedalsko-jehową kanapę w domu Świadków Jehowy i psychiatryczną siebie na tej kanapie. W dodatku ćwierćżydówa. Schiza totalna. A przede mną moją rozmówczynię [czyżby sklerotycznie zapomniała o moich żółtych papierach?] - na barykadach o wolność, demokrację, równouprawnienie kobiet i poszanowanie mniejszości.  Po-lo-nia żyd-ki!!! Wa-ria-ci do ga-zu!!!

***

Jak to jest z tym językiem?
Jak to jest z tymi kategoriami?
Nie da rady bez Aliena?


[jeśli istnieje jeszcze ktoś, kto nie zniechęcił się wielomiesięczną ciszą i czasem tu zagląda, to nie miałabym nic przeciwko dyskusji w komentarzach]

środa, 15 grudnia 2010

przekleństwo styczniowej wiosny

Gdyby wiosna nadeszła w styczniu
to nastałby później smutny czerwiec
ze zwiędłymi różami
pod zmęczonym niebem 

...

Arnhild Lauveng, "Niepotrzebna jak róża"
drugie czytanie

czwartek, 2 grudnia 2010

however you spell

Sylwia wkleiła na facebooku, a ja nie mogłam się oprzeć i piratuję. Wsiewo łutszewo ;-)

środa, 27 stycznia 2010

od sąsiadki

Antek chory, nie weźmie udziału w przedszkolnym przedstawieniu z okacji Dnia Babci i Dziadka. Płacz i histeria. 
mama Gab: Antek, jutro dziadkowie przyjdą, zrobisz im prywatne przedstawienie, nie rycz.
Antek: Do jutra to ja zapomnę ten wierszyk na maksa.
Ryk.

KURTYNA
więcej antkowych mądrości tu

wtorek, 26 stycznia 2010

ten jest z ojczyzny mojej

Ten, co o własnym kraju zapomina
Na wieść, jak krwią opływa naród czeski,
Bratem się czuje Jugosłowianina,
Norwegiem, kiedy cierpi lud norweski,

Z matką żydowską nad pobite syny
Schyla się, ręce załamując z żalem,
Gdy Moskal pada czuje się Moskalem,
Z Ukraińcami płacze Ukrainy.

Ten, który wszystkim serce swe otwiera,
Francuzem jest, gdy Francja cierpi, Grekiem,
Gdy naród grecki z głodu obumiera.
Ten jest z ojczyzny mojej. Jest człowiekiem.

Antoni Słonimski, 1943

W nocy z 22/23 stycznia tablica pamięci Lizy i Jakuba Rotbaumów, twórców Teatru Żydowskiego we Wrocławiu, zyskała taki wygląd:










...a kamienice przy ul. Włodkowica wzbogaciły się o napis i kolejne malunki. Ostatni raz te rejony wyglądały podobnie w czerwcu 2009, wcześniej w styczniu 2009. Można sobie o tym poczytać np. tu i tu.

Proszę, podpiszcie petycję do prezydenta Wrocławia

niedziela, 24 stycznia 2010

matka to matka



lenistwo jest matką
wszystkich niepowodzeń,
ale matka to matka,
matkę się szanuje!

czwartek, 21 stycznia 2010

see mercury falling

wiekopomny dzień: 21.01.2010
i co, będzie lepiej?
ma być.




Fill my eyes
O Lithium sunset
And take this lonesome burden
Of worry from my mind
Take this heartache
Of obsidian darkness
And fold my darkness
Into your yellow light

I've been scattered I've been shattered
I've been knocked out of the race
But I'll get better
I feel your light upon my face

Heal my soul
O Lithium sunset
And I'll ride the turning world
Into another night
Into another night
Into another night
See mercury falling... 

modlitwa optymisty

Magda vel poetkam powiesiła dziś na forum dla wariatów "modlitwę optymisty". Pollyanną trąci na odległość, ale wszak Pollyanna tak całkiem głupia nie była. No więc ocalam Pollyannę od zapomnienia. Any comments welcome.

Dziękuję za:

- bałagan, który muszę posprzątać po imprezie,
bo to oznacza, że mam przyjaciół,

- podatki, które muszę zapłacić,
ponieważ to oznacza, że jestem zatrudniony,

- trawnik, który muszę skosić, okna, które trzeba umyć,
bo to oznacza, że mam dom,

- ubranie, które jest troszeczkę ciasne,
ponieważ to oznacza, że mam co jeść,

- cień, który patrzy, kiedy pracuję,
bo to oznacza, że jestem na słońcu,

- ciągłe narzekanie na rząd,
ponieważ to oznacza, że mamy wolność słowa,

- duży rachunek za ogrzewanie,
bo to oznacza, że jest mi ciepło,

- panią, która siedzi za mną w kościele i drażni swoim śpiewem,
ponieważ to oznacza, że słyszę,

- stosy rzeczy do prania i prasowania,
bo to oznacza, że moi ukochani są blisko,

- budzik, który odzywa się każdego ranka,
ponieważ to oznacza, że żyję,

- zmęczenie i obolałe mięśnie pod koniec dnia,
bo to oznacza, że byłem aktywny.

(link ze strony : mojadroga.urs.pl/pray46.htm)

wtorek, 12 stycznia 2010

kto da więcej?

  • Jean Vanier "La depression"
    = "Jak pokonać depresję?"
  • Caroline Carr, "Living with the black dog"
    = "Życie w cieniu depresji".
  • Joanne Greenberg, "I never promised you a rose garden"
    = "Życie to nie bajka"
  • Arnhild Lauveng, "I morgen var jeg alltid en løv" ("jutro zawsze byłam lwem")
    = "Byłam po drugiej stronie lustra"
  • ...
Zapytałam o to Arnhild. Wcale nie jest szczęśliwa z powodu tego wybryku, ba, z jej reakcji wnioskować by można, że nawet jest całkiem wkurzona. Tłumaczki twierdzą, że zmiana była z nią konsultowana, ona, że nikt jej o zgodę nie pytał. Dlaczego wydawcy mogą robić z tytułami co im się żywnie podoba? Czy naprawdę pod ich prawdziwymi tytułami nikt by tych książek nie kupił? Czy może są aż tak idiomatyczne, że zrozumieć się ich bez pomocy usłużnego tłumacza nie da? Nie lubię być traktowana jak osioł. I nie lubię, gdy tłumacz zabija książkę.

sobota, 26 grudnia 2009

w E14 kształt

Ponieważ Święty M. co nieco ze mną w tym roku uzgadniał, myślałam, że wiem, jaki będzie mój prezentowy hit. A tu jak zwykle okazało się, że życie jest bogatsze. Prezentowym hitem okazała się dołączona do hita potencjalnego instrukcja. Przepisuję ją więc dla PT Czytelników ku ucieszeniu serc i na wieczną rzeczy pamiątkę.

Zaznaczać (uwaga):
*Odpowiedni dla przestrzeni w
nętrza
*Żeby unikać wszelkich potencjalnych, wszelki giętki poza (zewnątrz, zewnętrzny) prowadzą (kierować) dla tego światło (lekki) który jest uszkodzony może być zastępowany wyłącznie przez produkcj &, ich przedstawiciele służby (serwis), albo przez porównywalny wykwalikowany *technician*.

Polecenia dla zastępowania lampy
1. Biorą (przedsiębrać) korek zza wklęsłości
2. Wygięcie meridian (2) globus z lekka do góry i tak pociągają zapewnianie szpilki zza północnego biegunu otwierający w globus (1)

3. pchają globus (1) do strony. Pchnięcie w stosunku do globus od poniżej i zdejmować to zza globus swojej instalacji

4. Teraz wy możecie widzieć lampę. Zmieniają to, zastępujący to z żarówką w E14 kształt, 230V i maksymalny 25 Watt.

5. Miejsce ten globus ziemska w tył w ten budowa.

6. Wygięcie globus meridian (2) poniekąd do góry znow
u, i pchają do elementu tyłu na północny biegun (polak) kuli kuli globus.

Jedno wiem na pewno. Jak mojemu-najpiękniejszemu-ex-aequo-prezentowi przepali się żarówka, to będzie wesoło. A panom z altavisty bądź innego temu-podobnego-urządzenia wciąż jeszcze trochę do prof. Świdzińskiego brakuje...

jest w moim kraju zwyczaj


Jest w moim kraju zwyczaj, że w dzień wigilijny,
Przy wzejściu pierwszej gwiazdy wieczornej na niebie,
Ludzie gniazda wspólnego łamią chleb biblijny
Najtkliwsze przekazując uczucia w tym chlebie.


Na całe szczęście święta w tym roku są wystarczająco długie, bym zdążyła z życzeniami... Trudno mi ująć to lepiej, niż powyżej Cyprian Kamil, a w tegorocznym mailu mój ukochany tutor: światła, radości, spokoju i chwilki oddechu ;-). Tego więc życzę wszystkim tu zaglądającym wirtualnym wędrowcom, waszym bliskim i przyjaciołom. W prezencie pod choinkę mój ulubiony Tuwim, który co roku zachwyca mnie na nowo, i kolęda do śpiewania po domach w wykonaniu krakowiaków. A jak mi żona zeskanuje moją tegoroczną wycinankę, to będzie ilustracja.

Ziemio, ziemiątko,
Nocą nad łóżkiem
Świecisz i krążysz
Różowym jabłuszkiem.
Sny wyogromniały,
Ziemio, zieminko,
Wszechświat stał w pokoju
Świąteczną choinką.
Ziemio, ziemeczko,
Dróżki gwiaździste
Po gałązkach błyskały
Mlekiem wieczystem.
Trzaskały świeczki,
Świerkowe świerszcze,
Anioł zaniemówił
Najpiękniejszym wierszem
.

wtorek, 22 grudnia 2009

dla mkw, acz nie tylko

http://www.preces-latinae.org/thesaurus/Hymni.html

Tempus Nativitatis (Christmas Time)

404

The Hymns and Carols of Christmas

"Drat!" The Herald Angel says,
"Page Not Found," the screen displays.
"404": the error code;
Where's that page?
It just won't load!

I’m sorry that you can’t find the page you were looking for, but I'd like to help.


There are several reasons why you might not be able to find the page, including

  • Misspelled URL ("index.html" as opposed to "index.htm").
  • Incorrect case ("INDEX.HTM" vs "index.htm").
  • Heavy traffic on the Internet or at the server.
  • A page renamed or removed from the site.
  • The Webmaster has been a very bad boy and will probably get a lump of coal from Santa.

Things you can do:

If you have a few moments, please email the webmaster with a description of the broken link, so that a repair can be made. It will also be a reminder to the Webmaster to (1) check all links and republish and (2) take another look at the server logs.

Thanks!

poniedziałek, 21 grudnia 2009

voila

...no i z pomocą Dużej się udało.

sobota, 19 grudnia 2009

wkleiłabym tu obrazek

...oczywiście ze wskazaniem źródła, ale nie umiem. Jak ktoś umie, niech pomoże. Jest w nagłówku bloga chinchilli, znanej mi z chadowego forum, niegdyś pisującej pod nickiem bosa_mysz, i bardzo mi się (on czyli obrazek) podoba. Eccolo: http://chinchilla.blox.pl/

Swoją drogą dopiero teraz tknęła mnie myśl przewodnia obu nicków, a na wspomnienie tycich łapek łezka zakręciła się w oku. Czyżby chinchilla miała szyla?

wtorek, 15 grudnia 2009

z Parandowskiego - cd

- Ach, mój Horacy, nie ogarniasz tego. (...) Nasza własna kultura rozszerzyła się po wszystkich kontynentach i miliony ludzi uczą się myśleć i odczuwać z tych samych książek. To w ich tłumie ja żyję i to ich tłum mnie przeraża. Przerażają mnie stosy papieru zadrukowanego, które dzień w dzień wyrzuca z siebie świat białego człowieka, duchowego potomka Grecji i Rzymu, przerażają mnie biblioteki rosnące z każdą godziną, olbrzymie cmentarzyska natchnień, porywów, pragnień, nadziei. To, co stworzę, padnie w tę przepaść jak kamień. 

-Wiekuista gorycz przemijania! Znam to. Lecz cóż na to poradzić, że czas przynosi zagładę dziełom ludzkim? Trzeba tworzyć dla teraźniejszości. Dano wam życie, które musi wam wystarczyć. Powiesz może, że jest ono zbyt krótkie? Z pewnością, na przykład w porównaniu z dębem. (...)

Ludziom nie dogadza, by dąb żył swoim drzewnym życiem, chcą jeszcze, by był trochę człowiekiem. Jest to śmieszne urojenie. Do czego zmierzasz? Czy wolałbyś być dębem? Nie, ponieważ wiesz, że twoje życie jest bogatsze. Zresztą, rozumiem cię, przyjacielu. Nie sądź, że moja pogoda przyszła mi tak łatwo. Doszedłem jednak do tej prostej prawdy, że muszę tworzyć dla siebie, dla swoich, dla swojego czasu. Widząc w końcu, ile udało mi się zrobić, miałem na tyle dumy i szczerości, by powiedzieć, że przetrwam, dopóki Rzym istnieć będzie. Okazało się, że dodano mi znacznie więcej. Czy zdołałbym to osiągnąć, gdybym zamiast szlifować swoje strofy, gryzł się, że i tak pochłonie mnie wieczność i że nie warto się trudzić?

- Powiedz, Horacy, czy nie jesteśmy śmieszni, tragicznie śmieszni?

- Jesteście śmieszni, jeśli sądzicie, że od każdego z was zaczyna się świat i poezja. Cóż z tego, że tylu było przed wami i tylu jest was dzisiaj? Przez całe moje życie nie przyszło mi na myśl, że poeta mógłby  się zajmować spisem ludności. Powinieneś natomiast zrobić inne obliczenie. Pomyśl, ile jest słów, ile możliwych między nimi związków! (...) Myślałem nieraz, że nie starczy mi życia, aby bodaj drobną cześć mojego języka, języka poczciwych chłopów latyńskich, powiązać w orszaki taneczne, które od początku świata nigdy dotąd się nie zeszły. Twój język na pewno nie jest uboższy, ale ty... Wiesz, jak nie znoszę lichych poetów, a słuchając twoich utyskiwań już zacząłem żałować, że trafiłem do twego mieszkania. 

- Jesteś okrutny, Horacy.

- Nie, tylko chciałem ci przypomnieć tę prostą prawdę, że kto ma coś do powiedzenia, nie troszczy się o to, czy ktoś inny może to również powiedzieć, ani nie szpera z niepokojem w książkach, czy nie zostało to już powiedziane. 

Jan Parandowski, ibidem

...i tego się trzymajmy pisząc mgr doktoraty i habilitacje ;-)

zapiski z lektury

- Zdaje się nam często, żeście nas ograbili - wy, przodkowie, i nęka nas zazdrość, że byliście już kiedyś tym, czym my  jesteśmy i że przed nami mieliście nasze mózgi i serca. 

- Unosisz się i pleciesz głupstwa. Każda dusza zawiera w sobie mieszaninę wiekuistej radości i wiekuistego smutku, które w tym składzie nigdy się nie powtarzają. (...) Poezja jest stara jak świat i skończy się dopiero z nim razem. Wynaleziono pług, aby zaspokoić głód chleba, i wynaleziono poezję, aby zaspokoić głód piękna. 

- Błogosławione istoty, które ją wynalazły tak dawno! Gdyby to pozostawiono dopiero naszym czasom, byłoby już za późno. Nie masz pojęcia, Horacy, w jak okropnych czasach żyjemy. Nie wiesz, co znaczy technika, maszyna, za długo by ci to było tłumaczyć. Powiem ci po prostu, że są to demony pożerające wszystko, co niepospolite i osobiste, aby otoczyć człowieka tworami bezdusznymi, podobnymi lub takimi samymi we wszystkich domach, na wszystkich ulicach, w każdym mieście i kraju. (...) Możesz się przekonać, jakiego spustoszenia dokonały te demony, jeśli się rozejrzysz choćby po tym pokoju. Z wyjątkiem dwóch albo trzech rzeczy znajdziesz tu same przedmioty zrobione według szablonu w dziesiątkach tysięcy. 

- Zauważyłem od razu, że urządzenie twego pokoju jest marne, ale nie znałem przyczyny. 

- Jest ono złowrogie. W każdym sprzęcie czai się siła niszcząca, która chce obalić, sponiewierać, zgładzić czas Fidiasza i Michała Anioła, Polignota i Rafaela, świat brązów korynckich i Celliniego, mozaik i Partenonu. Siedzę tu pośród tych demonów i ze swoją kartką papieru, z tym piórem i z głową rozpaloną wydaję się sam sobie zabytkiem. 

- I nie robisz nic więcej jak to, co robiły przed tobą wszystkie pokolenia. Od pierwszego człowieka wszyscy narzekali na swoje czasy. Zawsze byly one albo za skąpe, albo zbyt rozrzutne, za głuche albo za hałaśliwe i każdy poeta przeżywał chwile, w których sądził, że nie ma już nic do zrobienia. (...) Jesteśmy wiecznymi kochankami świata. Jak w złączonych ustach pary zakochanych, w naszych powtarzających się pieśniach świat odzyskuje wciąż swoją młodość. Jesteśmy nieśmiertelną młodością świata. (...)  

Przypuszczam, że nie ma już nowych myśli. Są tylko nowe kombinacje starych, odwiecznych idei. Było ich na świecie w ogóle mało i zostały wypowiedziane na długo nie tylko przed twoim, ale i moim urodzeniem. Któregoś z pośmiertnych dni odwiedziłem dziwnego człowieka. Wziąłem go za poetę, okazało się jednak, że był raczej uczonym. Szukał czegoś, co nazywał kamieniem filozoficznym, i obiecywał sobie, skoro go odkryje, przemienić lichy ołów w złoto, a ludziom dawać wieczną młodość. Przypatrywałem się jego pracy. Na ognisku wielkim jak w kuźni obracał mnóstwem dziwacznych przyrządów, co chwila biegł do półek, rozsnutych po wszystkich ścianach, porywał jeden z tysiąca słojów i wylewał zeń parę kropel do gotującego się kotła. Mieszał to wszystko razem, prażył, próbował, znów szukał innych połączeń, zziajany, trawiony gorączką, uporczywy, bezsenny. Od wieków umysł ludzki pracuje w taki sam sposób. Miesza, gotuje, przewraca, łączy z sobą myśli z różnych półek, które się dotąd nie spotkały, choć może tęskniły za sobą, sprzeczne przemienia w zgodne, całkowite rozkłada na części, aby je kojarzyć w nowe związki, błądząc nieustannie, najczęściej nie wiedząc, co wyniknie z tych przypadkowych stopów, i raz na stulecie albo i rzadziej pozwala sobie wypocząć pod cieniem jakiejś starej harmonii jak sub tegmine fagi Marona.  

- Powiedz mi, Horacy, który jesteś mądrzejszy o całą przepaść grobu: dlaczego to wszystko i po co, i dokąd? 

- Zaszedłem do ciebie, aby pogawędzić o rzeczach ziemskich, i używałem języka, który obaj rozumiemy. Jakże możesz żądać, bym zaczął mówić słowami, których niepodobna przetłumaczyć?

- To znaczy, że ani nasza myśl, ani nasze słowo tamtych rzeczy nie dosięga?

- Nie dosięga - zabrzmiało jak echo i na ścianie, na której rysował się dotąd cień poety, nie było już nic widać.


Jan Parandowski, "Rozmowa z cieniem"

niedziela, 13 grudnia 2009

poniedziałek, 30 listopada 2009

mumia

Próbowałam wczoraj pisać o zmumifikowaniu literatury dawnej. O tym, że najpierw archeolog musi trupa wykopać, potem filolog ekshumować, a na końcu tłumacz podejmuje próbę reanimacji. A nóż się komuś kiedyś uda i Leukonoe zmartwychwstanie? Niniejszym informuję, że bóle porodowe Mesjasza trwają. Kciuki potrzebne stale i wciąż. A myśl moją odnalazłam dziś w uczonej książce z początku ubiegłego stulecia. Proszę Państwa, oto miś. 

Był [dramat antyczny] grecki, posągowy, którego teorję nawet podał Arystoteles. To, co do nas dotarło, tchnie wielkością, tchnie poezją. Nawet komedja grecka śród najdziwaczniejszej, satyry pieni się od poezji. Weźmy na przykład „Żaby" Arystofanesa. Charon wiezie cienie przez wody podziemia, a chóry żabie rechocą śpiew czyśćcowy: „Brekekekeks koaks, koaks. . . Brekekeks koaks, koaks. ." Takby pisał Wagner. 


Ale dramat grecki umarł razem z antyczną Helladą.Umarł; bo to, co pozostało po nim w bibljotekach, to, jak słusznie Goethe powiada, „szata tylko". My już dziś nie w stanie zrozumieć potęgi dramatu greckiego. Nie odczuwamy owej niesłychanej grozy, gdy w scenie ostatniej grzmiał głos boga wyrokiem... Dusza grecka uleciała z dramatu greckiego. Pozostało to, co zabalsamowały bibljoteki. 



niedziela, 29 listopada 2009

miszehu laszir ita?

prosto z akwarium:  

Gdy na sercu coś ci leży - napij się na zdrowie
Kiedy chandra nie odpuszcza - śpiewaj ze mną wraz
Gdy na stole brak już czystej - polej czystą wodę
Woda życia to wszak życie - czegóż więcej trza?

Niech już przyjdzie odkupienie - niech już!
Niech już przyjdzie odkupienie - niech już!
Niech już przyjdzie odkupienie - niech już!
Wszak mesjasz jest tuż tuż...

(Szmerke Kaczerginski & IB)

KTO DA WIĘCEJ?

z dwojga złego chyba lepszy miuzik jest tu:
http://www.library.upenn.edu/media/Freedman/zol.wav

a gorszy tu:

Various - Theodore Bikel - Zol Shoyn Kumen Di Geule .mp3



Found at bee mp3 search engine


A teraz uprzejmie proszę
pani żono i Joanno i Marysiu i nie wiem jeszcze kto ;-)
a) potwierdzić odbiór i udzielić informacji zwrotnej
b) znaleźć mi jakieś ładne wykonanie
c) ulepszyć wersję z akwarium
d) i kontynuować dzieło raz rozpoczęte ;-)

czwartek, 26 listopada 2009

lawina bieg od tego zmienia

Moja mama powiedziała mi, że klika w brzuszek pajacyka. Wtedy, kiedy wchodzi na bloga. Gdy za długo tu nie piszę, opieprza metodą najskuteczniejszą z możliwych: Czyli mówi: "bo jak nie ma nic nowego to się zniechęcam i wtedy nie klikam". Mówię, żeby ustawiła pajacyka jako stronę startową. A ona mi na to, że nie. Że będzie klikać z bloga i że jeśli mi zależy, to mam się nie lenić. No i tak. Metoda stara jak świat, wyjątkowo niehumanitarna, za to wyjątkowo skuteczna; nazwy nie wymienię.

No więc z braku weny (a raczej oddając wenę Leukonoe, a cesarzowi co cesarskie) w ramach prac upiększających dodałam parę obrazków na pasku po lewej. Ot, deklaracja ideologiczna. Dzielę się z Wami tym, co jest mi bliskie, i lobbuję na rzecz. Można się zastanawiać po co. To przecież tylko kropla w morzu. Wiem. Ale tyle mogę. Mogę też wkleić tu kawałek pewnego traktatu, który od zawsze mnie porusza.

Epoka nasza czyli zgon,
Ogromna Die Likwidation,
Jak długo rzec nie umiem potrwa,
O jakich usłyszymy łotrach.
Ceń ją, bo przez nią świat się zmienia
Budzący lekkie zastrzeżenia.

Żywot grabarza jest wesoły.
Grzebie systemy, wiary, szkoły,
Ubija nad tym ziemię gładko
Piórem, naganem czy łopatką,
Pełen nadziei, że o wiośnie
Cudny w tym miejscu kwiat wyrośnie.
A wiosny nima. Zawsze grudzień.
Nie rozpraszajmy jednak złudzeń.

Ciebie zapraszam dziś do arki,
Która przez czasu potok wartki
Na nowe brzegi nas poniesie.
 

Lądujesz w zatopionym lesie,
Mgły opadają, w górze tęcza
I gołąb liść zielony wręcza.
Za sto a może za lat dwieście,
Gdzieś w Taorminie, może w Trieście,
We Francji (Chinach Europy),
Czy tam, gdzie dzisiaj stolic groby –
Maleńkie centrum nauk błyśnie
I hasło nowej da ojczyźnie.
Patrz, jak zmieniona perspektywa:
Już nie to wielkim się nazywa,
Co się nam wielkim wydawało.
Kroniki są już kartą białą.
Ci, którzy dzisiaj dzieje tworzą,
Pod darń trawników głowę złożą,
Wnuk barbarzyńców zamyślony
W słońcu tam czyta stare tomy,
Dawny mu wawrzyn czoło pali,
Myśli o tych, co zachowali
I poprzez ciemność skarb przenieśli,
O którym znów się składa pieśni.

Lecz nie jest moim to zamiarem
Przyszłość otaczać złudnym czarem.
 

Po przyszłościowej cóż iluzji,
Jeżeli dniom codziennym bluźni
I ufność nie po równi dzieli
Pomiędzy współobywateli.

Żyjesz tu, teraz. Hic et nunc.
Masz jedno życie, jeden punkt.
Co zdążysz zrobić, to zostanie,
Choćby ktoś inne mógł mieć zdanie, 
 


Nowa k o n w e n c j a już się tworzy,
Nie mów: konwencja długich noży.
Nie wątpię, że jest bardzo zła,
Lecz wynalazłem ją nie ja.
 

Oskarżaj, jeśli masz ochotę
W weneckich bankach sztaby złote,
Elżbietę, Lutra, kres Armady,
Wersalskie bale, defilady,
Tatarów, że nas najechali,
Wojnę Stuletnią – i tak dalej.
Choćbyś zazdrościł psom i ptakom,
Musisz ją przyjąć j a k o t a k ą,
A więc po prostu jak zdarzenie
Na naszej obrotowej scenie –
I płyniesz w tym społecznym fakcie,
Jak orzech w Nilu katarakcie.


Nie jesteś jednak tak bezwolny,
A choćbyś był jak kamień polny,
Lawina bieg od tego zmienia,
Po jakich toczy się kamieniach.
I, jak zwykł mawiać już ktoś inny,
Możesz, więc wpłyń na bieg lawiny.
Łagodź jej dzikość, okrucieństwo,
Do tego też potrzebne męstwo,
 


(...) Zbyt wieleśmy widzieli zbrodni,
Byśmy się dobra wyrzec mogli
I mówiąc: krew jest dzisiaj tania –
Zasiąść spokojnie do śniadania,
Albo konieczność widząc bredni
Uznawać je za chleb powszedni.


A więc pamiętaj – w trudną porę
Marzeń masz być ambasadorem.



No więc proszę podpisać, co jest do podpisania, a zwłaszcza http://8hours.eu, klikać codziennie w brzuszek pajacyka, zaglądać na stronę http://ratujtybet.org, zaadoptować wirtualnie jednego z Najpiękniejszych Psów Świata oraz, last but not least - nie marudzić mi tu. Nawet jeśli to tylko marzenia, to dla mnie są ważne. O. Dixi.

środa, 25 listopada 2009

kindersztuba, a raczej brak

"A to świnia! Niektóre magisterki jak widać są zupełnie niewychowane" - napisała mi w smsie szósta z wnuczek babci Hali. No właśnie. Nie wiem jak jej, ale moja zdecydowanie do nich należy. Leży i kwiczy i listopad jej się nie podoba, a PMS jeszcze mniej. Blogowi również nie. Proszę o wybaczenie.

wtorek, 10 listopada 2009

byłam w śródborowie

Agata (acz nie moja siostra) zamówiła, jeśli dobrze pojęłam, notkę o konferencji. Mama też marudzi, że przestroga na potym życia jej się nie podoba. No to macie, co chcecie. Tyle powiem o minionym weekendzie:


Byłam w Śródborowie.
Tak, byłam w Śródborowie.

To naprawdę wielkie przeżycie.
Po prostu pojechać i być w Śródborowie.
Po prostu pojechać i być.


Więc byłam w Śródborowie.
Siedziałam w Śródborowie.
Taka jak jestem to byłam i siedziałam...
A potem się zmęczyłam.
I stałam w Śródborowie.
Stałam w Śródborowie i widziałam.




Mówili mi: pojedź.
Pojedź i zobacz.
Musisz tam pojechać i zobaczyć.
Mówili mi: pojedź.
Tym bardziej że możesz.
To musi być wspaniałe
Śród-booo-róóóóóów


Więc dobrze, powiedziałam.
Pojadę i zobaczę.
I opowiem wam jak było w Śródborowie.

I byłam. Pojechałam.
I byłam i widziałam.
Stałam i siedziałam w Śródborowie.

Mówili mi: pojedź.
Pojedź i zobacz.
Musisz tam pojechać i zobaczyć.
Mówili mi: pojedź.
Tym bardziej że możesz.
To musi być wspaniałe: Śród-booo-róóóóóów


A teraz mówię: nie wiem.
Nie powiem wam bo nie wiem.
Nie wiem jak było w Śródborowie.


Lecz mówię wam pojedźcie
postójcie i posiedźcie
bo nie warto nie być w Śródborooo
ooo ta ra ra la la la la ooooooooo ooo o ta la la la
Śródboróóóóóóóóów
ta da da da...


PS a tu melodia

poniedziałek, 26 października 2009

przestroga na potym życia

Gwarzyłyśmy sobie niedawno z Anią o zadach i waletach bycia bogatym. Sebastyan Petrycy z Pilzna, pierwszy w Polsce hurtowy tłumacz Horacego, we wstępie do swego dzieła tako rzecze w kwestii owey:


Jako staremu po świecie włóczyć sie nie przystoi, tak rozsądnemu pożyteczno. Pożytek dwoj: swój, przestroga na potym zycia, bo choć kto pieniądze utraci, wielki przecię pożytek ma, gdy sie obacz, jak po szkodzie dalszej szkody sie chronić; cudzy, gdy z bywałego niebywały w rzeczach wzór bierze tego sie chronić, co jemu szkodziło. On gęsty i gruntowniejszy w przestrodze takiej; ten rzadki i szczęśliwy; bo z trudna człowiek przystawa do dobrego, gdzie pierwej nie ukusi złego. 

Ja lata sobie przyznać muszę, rozsądku nie śmiem, chyba za twą łaskę, którą, jeśli u ciebie mam, memu i po świecie powłaczaniu, i fraszek tych pisaniu dziwować sie nie będziesz; bo dobry i łaskawy umysł sprawy ludzkie na dobrą stronę obraca, zwłaszcza, gdy nie wie jasnych przyczyn. Jeśli nie mam, a mogę ją słowy dobremi od ciebie otrzymać, tak pocznę; życia na świecie ludzie z przyrodzenia pragną, a życie dwojakie jest: wedle dusze i wedle ciała, a obojga zatrzymanie z wielką pracą przychodzi. 

Wedle ciała życie - prace do nabywania zywności; wedle duszy życie - prace dobrego ludziom życzenia potrzebne. Żyć sobie - żywność mieć przystojną; żyć ludziom - czynić ludziom dobrodziejstwo jest; bo kto pamiątkę u potomków z pochwałą zostawia po śmierci swojej, żyje. A nie może tego uczynić, jedno przez dobre sprawy i dzieje. A kto dobrze nic na świecie nie czyni, nie żyje. 

W tym rożność, iż którzy mają od przodków zostawioną majętność, z mniejszą pracą i znaczniej mogą żyć, bo majętność jest naczynie dobrego czynienia, to jest drugiego życia.

niedziela, 25 października 2009

słowo na niedzielę

Przeczytałam w zeszłym roku malutką, niepozorną książeczkę, która z różnych powodów okazała się dla mnie bardzo ważna - wydany w serii "Zaczepki" tekst (lub raczej kolaż tekstów) Stanisława Obirka "Religia - schronienie czy więzienie?". Oto fragment:

Na własny użytek ukułem wyrażenie, które akceptują również moi niewierzący przyjaciele: łaska wiary, łaska niewiary. W tym dość zaskakującym zapewne kontekście łaska jest rodzajem poczucia wdzięczności wobec Boga (dla wierzących) i wobec natury ludzkiej (dla niewierzących) za doświadczane poczucie wierności wobec własnego projektu życiowego. Wierności opłaconej nierzadko konfliktem z inaczej myślącym otoczeniem. Wydaje mi się, że takie spojrzenie na problem wolności stwarza przestrzeń, w której zarówno wierzący, jak i niewierzący mogą się spotkać bez poczucia wyższości czy niższości. krótko mówiąc, najważniejszą sprawa jest  egzamin z condition humaine, która czyni nas pielgrzymami w drodze do wciąż nieznanego celu. (...)

Pozwolę sobie przywołać bliskie mi stwierdzenie Leszka Kołakowskiego, który we wprowadzającym eseju do książki "Co nas łączy? Dialog z niewierzącymi" - "Wiara dobra, niewiara dobra" napisał: "wiara jest prawomocna. Niewiara jest prawomocna. Nie są to jednak dwa sprzeczne wzajem korpusy doktrynalne, dwa zbiory twierdzeń, ale raczej przeciwstawne postawy umysłowe i moralne. mniemam, że obie są potrzebne naszej kulturze". Ja mniemam podobnie. 

I ja (=iza) takoż mniemam.

No tak, ale jaki to ma związek z tytułowym pytaniem o charakter religii - schronienie czy więzienie? Ano taki, że Leszek Kołakowski właściwie na nie odpowiedział - to zależy. Bywa, że człowiek wierzący dostrzega w religii schronienie, rodzaj ochronnego parasola przed niepokojącymi pytaniami i udrękami ducha, ale bywa i tak, że dla niewierzącego sama perspektywa rezygnacji z autonomii rozumu jawi się jako nieznośnie opresyjna i w gruncie rzeczy niegodna człowieka myślącego. Osobiście obie perspektywy uznaję nie tylko za możliwe, ale w pewien sposób obecne jednocześnie w moim postrzeganiu religii. Zdałem sobie z tego szczególnie wyraźnie sprawę, gdy napięcie pomiędzy instytucjonalną formą religii a moimi własnymi przemyśleniami stało się coraz bardziej dotkliwe. Zresztą dla obu stron. 

Takoż również mniemam. Co prawda instytucjonalna forma religii specjalnie chyba nie przejęła się dotkliwym napięciem emocjonalnym, jakie odczuwam. Taka różnica między byciem celebrytą a małym żuczkiem. Ma laasot.


PS A dziś życzę wszystkim wszystkiego itd z okazji obchodzonego w dniu 25 października Dnia Kundelka (o którym to fakcie poinformowała mnie przed chwilą wraz z okolicznościowymi życzeniami w pakiecie moja niezastąpiona starsza siostra).

sobota, 24 października 2009

rymem ochełzdane

Ich M. Panom Panu Mikołajowi Panu Zygmuntowi 
z Wielkich Kończyc Mniszkom
Wojewodzicom Sędomierskim Braciej rodzonej
spolnie i rozdzielnie
D.Sebastyan Petrycy Medyk
życia dobrego i wesela życzy.

W wielkiej wadze u wielkich ludzi zawdy bywali poetowie, Miłościwi Panowie, bo ci w pismach swoich zamykali pożyteczne nauki do życia na świecie przystojnego, przedkładając ludziom przed oczy albo subtelnie zmyślne, abo prawdziwe historye. Co sie wszystko ściągało nie tylko do naprawy, ale też i do uciechy ludzkiej. Naprawa w przykładach rozmaitych, uciecha w słowach, czescią rymem ochełzdanych, czescią instrumentem muzykalnem, bądź lutnią bądź lirą ozdobionych zamyka sie. Dla czego Aleksander Macedo, Arcesilaus, Ptolomeus Filopater, Hiparchus w Homerze, hiero Syrakuzanus, Krezus Lidyjski król w Symonidzie i w Pindarze, syrukuzani w Eurypidzie, Augustus Cezar w Wirgilem i w Horacem usilnie sie kochali tak, że z niemi, jako z ludźmi mądremi, o wielkich rzeczach rozmawiali i wielkie im poszanowanie oddawali. 

piątek, 23 października 2009

nie ma tego złego

Primo: rozszyfrowałam zagadkę. 23 X o 18 miałam oddać klucz do kabiny w Buwie. Ha! Secundo: w związku z tym, że szabatowa randka mi się wściekła (przełożyła na listopad), a ja przypomniałam sobie o kluczu, polazłam do tego buwu i siedziałam w nim do oporu (mojego). A w buwie:
  • Pogwarzyłam towarzysko z panem antykwariuszem, odkrywszy zbrodnię na prawach autorskich w nowym wydaniu Konfucjusza.
  • Zabrałam aparat panu robiącemu zdjęcia filozofom celem zrobienia mu lepszego zdjęcia, które zrobiłam. Pan się ucieszył i podziękował oraz zaprosił mnie na stronę www.fotokonkurs.info.
  • Obejrzałam wystawę fotograficzną "Dwa pokolenia - jedno spojrzenie".
  • Nakrzyczałam CAPSLOCKIEM na samprasaranę
  • Przeczytałam konspekt jej pracy i kazałam go rozwinąć.
  • Napisałam notkę "po co komu tutor" i parę maili, które nie chcą się wysłać.
  • Założyłam 4 pliki na 4 następne kawałki mgr, przekleiłam do nich plan tychże kawałków i napisane fragmenty.
  • Spotkałam brodatego profesora i zagadnęłam go, czy nie zechciałby przetłumaczyć dla mnie Leukonoe celem dołączenia do panteonu chwały.
  • Zamówiłam z magazynu Petrycego w wydaniu Łosia.
  • Odwiedziłam panią w starych drukach, która mnie pamiętała.
  • Złożyłam tamże 2 rewersy, pogodziwszy się uprzednio z faktem, że plik, w którym pracowicie przepisałam wszystko, co mi z jednej z owych dwu książek potrzebne - zaginął bezpowrotnie, czyli siedzi gdzieś i śmieje się ze mnie w najlepsze. Trudno.
  • Poprosiłam panią ze starych druków, żeby wywołała mi z XIX w. docenta.

W ostatniej z wyżej wymienionych kwestii - pani się bardzo starała, ale docent, jak na XIX wiecznego docenta przystało, nie zamieścił numeru telefonu gabinetu _nigdzie_ (ani na stronie buw, ani w katalogu pracowników, itd). Z pomocą przyszedł nam pan z informatorium. Dodzwoniłyśmy się, ale odebrała maszyna. Cóż. Zawsze tak jest, gdy chcę się z docentem spotkać, zdążyłam już przywyknąć. Bierny opór?

Gdy oddawałam panu w kamiennym kręgu kartę dostępu do zbiorów specjalnych, ucięliśmy sobie pouczającą pogawędkę:
- i jak, dodzwoniły się panie do tego docenta?
- no tak, ale nikogo tam nie ma...
- bo wie pani, normalni ludzie o tej porze nie pracują. A już w piątek...
- no fakt, w sumie szabat....
- dopiero o 18!
- nie, o zachodzie słońca.
- ho ho, tak tak, w zasadzie to teraz już zachodzi wcześniej....

Na okoliczność szabatu, o którym pan mi przypomniał
  • Wyniosłam Petrycego do kabiny celem przeczytania wstępu i obejrzenia uwag krytycznych.
  • Wypiłam karmelowego shake'a z automatu.
  • Obejrzałam wystawę Berlin-Yogyakarta. Od hitlerowskiego terroru wobec osób homoseksualnych do praw człowieka dzisiaj i ze zgrozą przekontemplowałam dane z mapy świata.  
  • Powiesiłam niniejszą notkę.
  • Podpisałam petycję "wszyscy na tak", do czego niniejszym zachęcam
  • Póki co nie oddałam klucza do kabiny.
No więc z braku randki szabat spędziłam niekoszernie. Tym bardziej niekoszernie, że jutro tradycyjnie spotykam się z Anią w tym samym celu. Za to - ha, jak pożytecznie! I przyjemnie przy okazji. Nie wiem czy argument jest wystarczający, i czy pan Mojsze Rabejnu zgodzi się, że cel uświęca środki - ale jako że randkę przełożyłyśmy na listopad, to ja przekładam szabat na niedzielę. Dzień święty święcić wszak należy. Howgh.

po co komu tutor

-----------------------------------------------------------------
From: (przeterminowana, upierdliwa) studentka
Sent:
Friday, October 02, 2009 6:08 PM
To: tutor

Subject:
PROSZE ZWONIDź JEźLI KTO HCE PO RADY
-----------------------------------------------------------------

Zgodnie z napisem na kołatce - dzwonię. Do tutora (jeszcze). W kwestii newralgicznej bo/i wstydliwej. Z pytaniem: Co Pan myśli, co by Pan radził, znając mnie i res.
Ad rem:

Przygotowanie 60 stron lektur na egzamin mgr jest dla mnie - z oczywistych i znanych nam obojgu powodów - łagodnie mówiąc dużym wyzwaniem. Zabierałam się już do tego parę razy, ale wychodzi mi na to, że straciłam dar podzielnej uwagi w czynnościach życiowych i muszę po kolei. Więc chwilowo odłożyłam i skupiam się na Leukonoe. Ale jakiś czas temu przyszło mi do głowy jedno rozwiązanie i myśl ta natrętnie powraca. nie wiem, Czy jest mądra i na ile. Pytam - co wydaje się Panu mądrzejsze/bardziej skuteczne:

a) napisać pracę mgr, złożyć ją a następnie usiąść na 4 literach ze słownikiem, perseuszem i dobrymi ludźmi, i przegryzając się przez tekst z bólem uczyć łaciny i greki na nim? myślę, że per saldo trochę się nauczę, klapki w głowie otworzą i że po przeczytaniu 5 stron poetyki kolejne 10 pójdzie mi szybciej, no i tak dalej funkcją daj Boże wykładniczą.


Plusy:

  • 30% czasu na mgr i lektury, 10% na pracę wyrobniczą o poranku, 30% na spanie, 30% na inne funkcje życiowe z czarnymi dziurami włącznie. Szacunek dość optymistyczny, biorąc pod uwagę porę roku. 
  • Ból, pot i łzy = namiastka zadośćuczynienia => trochę ulgi i mniejszych wyrzutów suma.
Minusy:

  • frustracja i zniechęcenie oraz 
  • wykorzystywanie krewnych i znajomych, bo na korki funduszy brak

b) pochodzić grzecznie w październiku, listopadzie i grudniu, na prawach (a tym samym przywilejach i obowiązkach) wolnego słuchacza na następujące zajęcia:
- GOJŁ z Krzysztofem (2x2h)
- Grekę 2 rok z p. Mikułą (3x2h, w grafiku pasuje mi 5 z 6) Myślę, że zarówno Krzysztof, jak i p. Monika by mnie na zajęcia wpuścili, i że żadne z nich ani by mnie nie zjadło, ani mi nie odpuściło.

Minusy

  • kosztem czasu na mgr, opracowywanie lektur i pracę wyrobniczą.
  • Zmiana proporcji: 10% mgr i lektury, 20% zajęcia, 10% praca wyrobnicza o poranku, 30% spanie, 30% reszta.
Plusy:  
  • zrobię to, co dawno zrobić powinnam i co robić AD 2001/2002 próbowałam, a czego wykonanie z przyczyn obiektywnych wówczas możliwe nie było. 
  • Co poprawi humor, ułatwi zmierzenie się z tekstami i zachęci do tego.
    Co w ostatecznym rozrachunku zaowocuje lepszym opracowaniem tekstów i o milimetr mniejszymi wyrzutami suma. 
  • Last but not least, zamiast dręczyć krewnych i znajomych po godzinach, będę mogła podręczyć prowadzących w godzinach pracy.

Hm. Jak tak to rozpisałam, to mnie wychodzi na b).
Choć nieco się go boję, że zamiast pisać wciągnę się w grekę i łacinę i znowu zgubię ostateczny cel studiów, którym de facto (i o zgrozo) są trzy literki, a nie nauczenie się łaciny i greki na poziomie przedwojennej
matury. Bo ten cel prawdziwy, czyli dorośnięcie - już dawno osiągnęłam. I dlatego mierzi mnie to, że za to nie dają dyplomu...

No ale co Pan myśli w rzeczonej kwestii?

skruszona i mocno onieśmielona
jeszcze studentka
ib.


-----------------------------------------------------------------
From: tutor
Sent: Friday, October 03, 2009 10:52 AM
To: (przeterminowana, upierdliwa) studentka

Subject:
Re:PROSZE ZWONIDź JEźLI KTO HCE PO RADY
-----------------------------------------------------------------

Myślę, że nie bierze Pani pod uwagę jeszcze jednego 'minusa' (by użyć Pani terminologii) w odniesieniu do rozwiązania 'b'; a mianowicie, ja nie wierzę w to, że nawet chodząc na zajęcia w charakterze wolnego słuchacza nie rozdrobni się Pani na tematykę zajęć, pewien pomysł, który wpadnie do głowy ni z tego ni z owego, brak zgody na jakieś sformułowanie itp., itd., co spowoduje, że czas na przygotowanie lektury radykalnie się zmniejszy. Wtedy proporcje będą zupełnie inne i pomysł po prostu spali na panewce, powodując 'frustrację i zmęczenie'...

Ostatecznie to Pani podejmie decyzję, natomiast, jeżeli mam coś sugerować, to jednak rozwiązanie 'a', a frustracji i zmęczenia nigdy Pani nie uniknie, jeżeli mierzyć już miarę dorosłości.

Pozdrawiam,
RAS


--------------------------------------------------------------
From: (przeterminowana, upierdliwa) studentka
Sent:
Friday, October 02, 2009 6:08 PM
To: tutor

Subject:
PROSZE ZWONIDź JEźLI KTO HCE PO RADY
----------------------------------------------------------------------------
Dzień dobry.
Ughhhhh.

I tym sposobem staje się Pan głosem rozsądku, podejrzewam, że w 100% pokrywającym się z głosem mojej pani Marysi - bo jej tego pytania to nawet nie ośmielam się zadawać. Ale dziękuję, naprawdę, bo w zasadzie o taki feedback mi chodziło. Jakiś cichy głosik też mi to mówi, ale pokusa... no, pokusa zawsze jest. Gdyby jej nie było, nie uczylibyśmy się tybetańskiego i nie czytali gramatyk malajalam ;)

Tak, obawiam się, że "minus" sformułowany jest bezbłędnie, choć to nieprawda, że go przeoczyłam - to miałam na myśli mówiąc, że błyskawicznie zgubię cel. Cały problem moich studiów na tym polega. Że w ciągu pół roku zapomniałam, że chodzi o 3 literki, a przeformułowałam to sobie, że chodzi o króliki z kapelusza. Co po 3 miesiącach zamieniło się w konkret: nie dać się Smokowi i udowodnić mu, że zrozumiem, o czym mówi. Mhm. Cel w zasadzie osiągnęłam (w takim stopniu, w jakim mnie interesował - królika na własny użytek wyciągnąć potrafię i językoznawcze iluminacje co jakiś czas przeżywam). Ni cholery  nie mogę się pogodzić z tym, że nikt mi za to nie chce dać dyplomu, summa cum laude najchętniej. No i tak............ Gdyby gubienie celu na czas stało się dyscypliną olimpijską, miałabym złoty medal w kieszeni.

Co do frustracji... najgorsze jest to, że ona powoduje rzucenie przedmiotem o ścianę i zapadnięcie się w czarną dziurę, a to wybitnie nie sprzyja rozprawieniu się z problemem. Może jednak spróbuję metodą wymyśloną wcześniej, czyli siedzenia na 4 literach z dobrą duszą na krześle obok i mottem - "ryjem i do przodu", nie ważne w jakim tempie. Z prośbą o wsparcie moralne w takim razie.

Dziękuję raz jeszcze za odpowiedź i utwierdzenie w tej resztce rozsądku, która mi jeszcze została, a może - która dopiero się rodzi (bóle porodowe Mesjasza?). Jak byłam mała, mama zawsze powtarzała mi "rusz rozumkiem". Hm. Staram się jak umiem, ale obawiam się, że ona czasem nie przewidziała możliwych rezultatów ;)

ib.

czwartek, 22 października 2009

lebensraum (odsłona 2)

Obiecany Kępiński o lebensraumie cały czas czeka na przestukanie. W międzyczasie to samo w wydaniu Budki Suflera:


Świat się wokół nas wciąż mniejszy staje,
Kontynenty na odległość dłoni są,
Samoloty jak z dziecinnych bajek,
Ponad głową coraz szybciej niebo tną.
Ludzie wciąż wędrują wielkim, głośnym stadem,
Z pomieszania mowy słychać jeden głos
Zbudowano drugą, większą Wieżę Babel,
Kto pamięta tamtej, pierwszej wieży los?

Świat się kurczy jak przekłuty balon,
Człowiek też maleje szybko razem z nim,
Przerażony swą niewielką skalą,
Coraz bardziej samotnieje w tłumie tym.
Stąd ucieczki nieprzytomne pustą drogą,
Jakby gdzieś coś za zakrętem było tam
I te wiersze napisane dla nikogo,
I te płótna pełne nostalgicznych plam.

Wieża Babel,
Piękny, choć nieludzki ląd,
Coraz dalej,
Czy to postęp, czy to błąd,
Coraz dalej
Coraz trudniej uciec stąd

środa, 21 października 2009

spóźniona laurka

Mojego Pana-Od-Historii mało kto lubił, lub może raczej - mało kto poważał. Bo choć spokojny, nie wadził nikomu, to - nieporadny, nieśmiały, z nosem umazanym kredą i jeszcze tragiczniej upapranymi kredowym pyłem czarnymi dżinsami nie umiał ani zapanować nad klasą (stosunek płci 28:5), a już zwłaszcza nad grupą 17 kobiet, ani przemocą wlać nam wiedzy do głowy. Kazał czytać źródła, nie podręcznik - a jak wiadomo uczeń pozbawiony tradycyjnych narzędzi nauczycielskiej opresji jest jak niemowlę wrzucone do wielkiej wanny z wodą. "Kartkówek, kartkówek, prac domowych i odpytywania!" - im bliżej matury, tym goręcej domagała się moja klasa, zwołując specjalne zebrania na przerwach dla rozpatrzenia grozy sytuacji.

Podjęliśmy nawet próby wyręczenia go w tej kwestii: na naszą wyraźną prośbę pierwsze 5 minut lekcji oddawane było ochotnikowi (lub raczej, bo częściej - ochotniczce), który przypominał tonącym niemowlętom, który mamy wiek i w jakiej części globu się znajdujemy. Pomysł upadł, gdy skończyli się ochotnicy. Podobnie - chyba nawet kiedyś udało nam się wymusić ze 2 kartkówki. No ale nie nauczyliśmy się do nich, więc Pan nam się zniechęcił.

Na wspomnianych akapit wyżej zebraniach broniłam Pana-Od-Historii jak lwica; u mojego boku pałętały się jeszcze ze dwa-trzy lwiątka. Gros mojej klasy zastanawiało się, jak go (prośbą? groźbą? kijem? marchewką?) zmienić. Nie zmienić w sensie changer DE prof, tylko changer LE prof (=nie zdjąć białą koszulę i założyć czarną, albo w ogóle T-shirt, tylko przefarbować białą na różowo i obciąć jej rękawy, bo koszula, generalnie, niczego sobie i taka dobra gatunkowo, szkoda by jej było, dziś już takich nie robią...).

Targana porywami realizmu próbowałam rozpaczliwie klarować współziomkom, że - abstrahując od pytania, czy delikwent sam widzi taką potrzebę - mało prawdopodobne jest, by banda rozwydrzonych gówniarzy jakąkolwiek metodą mogła zmienić dorosłego człowieka. Że może lepiej skorzystać z tego, co daje, a reszty szukać gdzie indziej. Ale to nie jest coś, co licealiści lubią najbardziej. Ci, co uczą studentów wiedzą też, że nie jest to nawet coś, co studenci lubią najbardziej. Niedługo doktoranci też przestaną to lubić. Kurs zaciekawionego szukania należałoby rozpocząć w przedszkolu, a może i w żłobku. My jednak zaczynamy reformę szkoły od matury, a uniwersytetu - od Bolonii i punktów ECTS. Powodzenia.

Ja do dziś dziękuję niebiosom, że historii uczył mnie właśnie on. A greki mój jeszcze bardziej nieudolny metodycznie, choć wprawniejszy w sztuce cyrkowej tutor (choć bez metodycznej wirtuozerki uprawianej synchronicznie przez konkurencję zapewne skończyłoby się to tym, czym moja nauka łaciny). A hebrajskiego Szoszi, która o metodyce i jedynie-słusznej-metodzie-komunikacyjnej zielonego pojęcia nie miała, nie ma i prawdopodobnie mieć nie zamierza. Szoszi też broniłam jak lwica, zebrań specjalnych nie było, no ale babskie marudzenie na przerwach - i owszem. Bo dziewczynki na hebraistyce niewiele się różnią od żądnych fajerwerków licealistów. No, może tym, że nie chodziło im o kartkówki i prace domowe, tych ostatnich Szoszi zapewniała pod dostatkiem. Ale tak bez fajerwerków... ona nic nie robi... w ogóle się nie przygotowuje... Ludzie, ludzie, ale po co ma się przygotowywać, jeśli nie musi??? No jak to po co. Dla zasady. I żeby ładnie i kolorowo było. I żeby samo do głowy weszło, bez tłuczenia tych nudnych ćwiczonek.

I jeszcze był Smok, straszny Smok. U niego też próżno by szukać porządku, a metodyki jeszcze próżniej, ale ziejąca siarka sprawiała, że nikomu nie przychodziło to do głowy. A nawet niektórzy go lubili. Ja tam wiem jedno. Gdyby nie oni, ta cała czwórka - nie byłabym taka, jaka jestem. Intelektualnie, ale i - tak normalnie, po ludzku.

* * *

Laurkę tę wystukałam któregoś jeszcze pięknego jesiennego dnia, a przyjrzawszy się jej bacznie zamierzałam (?) powiesić na okoliczność rocznicy bitwy pod Lenino oraz Dnia Wojska Polskiego vel KEN (i nie chodzi o aleję). Alem tę wiekopomną datę chyba niestety przegapiła. Więc na wypadek, gdyby w gniazdku na akacji drżała z niepokoju jakaś niepocieszona pani słowikowa - kajam się i wieszam dziś. Belfrom moim ulubionym i/lub nieulubionym i/lub nie moim dedykując.

runtime error

Próbując ogarnąć entropię, która rozpełzła się po moim stole (hehe, pełzająca entropia...), znalazłam kartkę. Białą, gładką A6, wyrwaną z bloczku. Na kartce data: 23 X o 18, zakreślona w kółku. I nic poza tym. Hm. Ratunku. Mamoooo. Słoniocy. Co miało wydarzyć się 23 X o 18????? Gdzie i z kim - nie daj Boże - miałam się w piątkowe popołudnie spotkać? Rzecz jest o tyle paląca, że w tym samym terminie przyjęłam już (wcześniej? później? w międzyczasie?) zaproszenie na randkę. Prawdopodobieństwo, że zapisana data dotyczy tejże właśnie randki jest bliskie zeru. No i co teraz. Wystawię kogoś do wiatru na mieście czy pod moimi drzwiami? I kogo? I jak się o tym przekonam, jeśli potencjalne gromy nie spadną na moją głowę?

Wie ktoś coś? A zwłaszcza - wie ktoś, skąd się u mnie ta beznadziejna świecka tradycja zapisywania na karteluszkach terminów i numerów telefonu bez identyfikacji, czego dotyczą? I/lub jak ów zgubny nawyk zgubić? Z numerem telefonu jest o tyle lepiej, że w ostateczności można pod niego zadzwonić...

poniedziałek, 19 października 2009

pani w rejestracji

Jako że zeszłotygodniowy pogrzeb Marka Edelmana okazał się również gwałtownym pożegnaniem z jesienią, parę razy zdarzyło mi się wspomnieć to wydarzenie w jakiejś nieśmiertelnej rozmowie o pogodzie. Na czekając w lecznicy przy Anielewicza na moją ulubioną panią dentystkę. Pani w rejestracji zadumała się: "ho ho, tak tak, to był wielki człowiek, ja go bardzo szanowałam..." Pomyślałam sobie: no, nie jest z nami jeszcze tak źle. Pani mówi dalej: "Wie pani, dlaczego? Bo to był jeden z niewielu [strategiczna mina] nie lubię tego określenia... [mina jeszcze bardziej wymowna, ściszenie głosu] ... Żydów... [powrót do normalnego tonu] ...którzy przyznawali, że uratowali ich Polacy."

Pomijając kwestie merytoryczne i odwieczny handel martyrologią, ugryzłam się w język, żeby nie zapytać, dlaczego słowo "Polak" jej w tym zdaniu nie przeszkadza. Bo mnie jakoś zaczyna niewygodnie uwierać. To, że uwiera, znaczy chyba, że jego treść nie jest mi obojętna, choćby nie wiem jak były otwarte granice UE i choćbym nie wiem iloma językami mówiła.

Przypomniała mi się rozmowa z mkw na okoliczność petycji w obronie pobitego studenta Collegium Civitas - o rasizmie, antysemityzmie, poczuciu narodowej wspólnoty i temu, jak pojęcie to przeformułowuje się w obecnych czasach. Oraz jeden z najbardziej poruszających mnie tekstów Tuwima, a w nim pewien koronny argument, z którym emocjonalnie głęboko się utożsamiam (z pozostałymi w zasadzie też; ale to, że się utożsamiam z Tuwimem, to żadne novum).


"Jestem Polakiem, bo mi się tak podoba. To moja ściśle prywatna sprawa, z której nikomu nie mam zamiaru zdawać relacji, ani wyjaśniać jej, tłumaczyć, uzasadniać. Nie dzielę Polaków na "rodowitych" i "nierodowitych", pozostawiając to rodowitym i nierodowitym rasistom, rodzimym i nierodzimym hitlerowcom. (...) 

Gdyby jednak przyszło do uzasadniania swej narodowości, a raczej narodowego poczucia, to jestem Polakiem dla najprostszych, niemal prymitywnych powodów, przeważnie racjonalnych, częściowo irracjonalnych, ale bez "mistycznej" przyprawy. Być Polakiem - to ani zaszczyt, ani chluba, ani przywilej. To samo jest z oddychaniem. Nie spotkałem jeszcze człowieka, który jest dumny z tego, że oddycha.


Polak - bo się w Polsce urodziłem, wzrosłem, wychowałem, nauczyłem; bo w Polsce byłem szczęśliwy i nieszczęśliwy; bo z wygnania chcę koniecznie wrócić do Polski, choćby mi gdzie indziej rajskie rozkosze zapewniono.

Polak - bo dla czułego przesądu, którego żadną racją ani logiką nie potrafię wytłumaczyć, pragnę, aby mnie po śmierci wchłonęła i wessała ziemia polska, nie żadna inna.


Polak - bo mi tak w domu rodzicielskim po polsku powiedziano; bo mnie tam polską mową od niemowlęctwa karmiono; bo mnie matka uczyła polskich wierszy i piosenek; bo gdy przyszedł pierwszy wstrząs poezji, to wyładował się polskimi słowami; bo to, co w życiu stało się najważniejsze - twórczość poetycka - jest nie do pomyślenia w żadnym innym języku choćbym nim jak najbieglej mówił.


Polak - bo po polsku spowiadałem się z niepokojów pierwszej miłości i po polsku bełkotałem o jej szczęściu i burzach.


Polak dlatego także, że brzoza i wierzba są mi bliższe niż palma i cytrus, a Mickiewicz i Chopin drożsi niż Szekspir i Beethoven. Drożsi dla powodów, których znowu żadną racją nie potrafię uzasadnić.


Polak - bo przejąłem od Polaków pewną ilość ich wad narodowych. Polak - bo moja nienawiść do faszystów polskich jest większa, niż do faszystów innej narodowości. I uważam to za bardzo poważną cechę mojej polskości."



Gdy się tak zastanawiam nad tym tuwimowym tekstem sześćdziesiąt lat później, wychodzi mi, że poczucie przynależności do narodowej wspólnoty najlepiej oddaje fraza "czuły przesąd". To, że w imię czułego przesądu toczą się najkrwawsze wojny, jest cokolwiek przerażające. To, że z tych samych powodów istnieją jeszcze na świecie języki inne niż angielski - napawa otuchą, przynajmniej mnie. Ja również, jak Tuwim, myślę, że to język w największym stopniu definiuje tożsamość i wypełnia treścią słowo "ojczyzna". Treścią czułych przesądów?

piątek, 9 października 2009

Markowi

Pogrzeb Marka Edelmana był piękny, godny i bardzo smutny. Odszedł jeden z lamed-wowników. Chyba zrobił miejsce następnemu, bo świat wciąż istnieje. Smutno.... Choć podobno należy się uśmiechać.



Nikt nie krzyczał, nie klaskał, nie przepychał się. Nawet kamery i obiektywy były ciche i smutne. Nie padło ani jedno słowo, pod którym nie mogłabym się podpisać. Jedyne, czego mi zabrakło, to "zog niszt kejnmol", powalczyłam więc z nią sobie trochę i wklejam tu.  Próbuję z robaczkami. Poprawki i konstruktywną krytykę przyjmuję z wdzięcznością. Śpiewa Paul Robesson na koncercie w Moskwie z 1949.



זאָג נישט קיינמאָל אַז דו גייסט דעם לעצטן וועג,
כאָטש הימלען בלײַענע פֿאַרשטעלן בלאָע טעג ;
ווײַל קומען וועט נאָך אונדזער אויסגעבענקטע שעה –
עס וועט אַ פּויק טאָן אונדזער טראָט – מיר זייַנען דאָ


Zog niszt kejn mol az du gejst dem lectn weg
Chocz himln blajene farszteln bloje teg
Kumen wet doch unzer ojsgebengte szo
S'wet a poik ton unzer trot, mir zenen do!

Nie mów nigdy, że ostatnią kroczysz z dróg
Choć ołowiany blask przysłania błękit chmur
Jeszcze nadejdzie wszak nasz wytęskniony czas
Odgłosem kroków naszych wybrzmi ulic bruk.


II

פֿון גרינעם פּאַלמען - לאַנד ביז לאַנד  פֿון ווייַטן שניי,
מיר קומען אָן מיט אונדזער פּייַן, מיט אונדזער וויי.
און וווּ געפֿאַלן ס'איז אַ שפּריץ פֿון אונדזער בלוט,
ס'וועט אַ שפּראָץ דאָרט אונדזער גבֿורה אונדזער מוט.


Fun grinen palmenland biz wajsn land fun sznej
Mir kumen on mit unzer pajn mit unzer wej
Un wu gefaln iz a szpric fun unzer blut
Szprocn wet do unzere gwujre unzer mut

Z zieleni kraju palm po wiecznych śniegów biel
Idziemy, a wśród dróg ból i cierpienie lśnią.
Gdzie choćby kroplą wsiąkła w ziemię nasza krew
Odwaga, siła tam wyrosną niczym dąb.






III
ס´וועט די מאָרגן-זון באַגילדן אונדז דעם הייַנט,
און דער נעכטן וועט פֿאַרשווינדן מיטן פֿייַנט,
און אויב פֿאַרזאַמען וועט די זון אין דעם קאַיאָר –
ווי אַ פּאַראָל זאָל גיין דאָס ליד פֿון דור צו דור.

S'wet di morgnzun bagildn unz dem hajnt
un der nechtn wet farszwindn mit dem fajnt.
Nor ojb farzamen wet di zun un der kajor
Wi a parol sol gejn dos lid fun dor cu dor.

Gdy przyjdą jutra dni nie zgaśnie złoty blask,
Wczorajsze zło przeminie dziś jak mija noc.
Gdyby opóźnić kiedyś miał się słońca wschód
Tę pieśń poniosą pokolenia z ust do ust.




IV
דאָס ליד געשריבן איז מיט בלוט און ניט מיט בלײַ,
ס´איז ניט קיין ליד פֿון אַ פֿויגל אויף דער פֿרייַ.
דאָס האָט אַ פֿאָלק צווישן פֿאַלנדיקע ווענט,
דאָס ליד געזונגען מיט נאַגאַנעס אין די הענט.


Dos lid geszribn iz mit blut un niszt mit blaj
S'iz kajn lidl fun a fojgl af der fraj
Dos hot a folk cwiszn falndike went
Dos lid gezungn mit naganes in di hent.

Ta pieśń pisana nie błękitem jest lecz krwią.
To żaden skoczny ton, wolnego ptaka śpiew.
To z karabinem w ręku naród śpiewał ją,
Wśród ruin domów, ścian co upadały wkrąg.


V
טאָ זאָג ניט קיינמאָל אַז דו גייסט דעם לעצטן וועג,
כאָטש הימלען בלײַענע פֿאַרשטעלן בלאָע טעג.
ווײַל קומען וועט נאָך אונדזער אויסגעבענקטע שעה –
עס וועט אַ פּויק טאָן אונדזער טראָט – מיר זייַנען דאָ!
 

To zog niszt kejn mol az du gejst dem lectn weg
Chocz himln blajene farszteln bloje teg
Kumen wet doch unzer ojsgebengte szo
S'wet a poik ton unzer trot, mir zenen do!

Więc nie mów nigdy, że ostatnią kroczysz z dróg
Choć ołowiany blask przysłania błękit chmur
Jeszcze nadejdzie wszak nasz wytęskniony czas
Odgłosem kroków naszych wybrzmi ulic bruk.




Oraz jeszcze jedno nagranie. Filmik tragiczny, ale za to miejsce symboliczne. Ja również śpiewałam tę pieśń w ponarskim lesie, AD 2002. Tu chyba nie nasz rocznik, ale Fania, bibliotekarka Instytutu i bojowniczka wileńskiej partyzantki - wciąż ta sama.




Marku. Podrap mi tam rude Szczeżujstwo za uchem...

niedziela, 4 października 2009

forumowa jesień

Obiecany Kępiński i Lebensraum będzie, ale póki co korzystam z weny okołomgr i oddaję się Leukonoe. Oraz okrutnie wciągającej korespondencji z młodszymi siostrzyczkami maści wszelakiej i innymi SzKorami. Póki się więc Kępiński nie przestuka, wklejam jesienne sprawozdanie z mojego ulubionego forum dla wariatów:

Jesień-euforia, czy jesień-smutek?
poetkam 29.09.09, 21:00 Odpowiedz
Jak jest u Was? U mnie jak zwykle reaktywnie. Ostatnio fruwam- mam powody :-) Kupiłam mieszkanie - tak, musiałam się pochwalić! Znalazłam w moim mieście stowarzyszenie wspierające artystyczną działalność i.. wyobraźnia gna naprzód. Napędzam się... Szok. Jest świetnie. Kocham jesień. Kocham życie. Kocham siebie. I w ogóle wszystkich. ;-))
-------------
Duczka: mamusiu, takie jest życie...

Re: Jesień-euforia, czy jesień-smutek?
Od -2 do +1 w skali od -5 do 5, z przewagą tego, co akurat reaktywne - ostatnio dołów, bo łatwiej uciekać, niż składać indeks i pisać mgr; głowa w piasek zawsze kusi.
Z cichą nadzieją, że to jest remisja, wreszcie, po tylu latach karuzeli w postaci (ultra) rapid cycling. We wrześniu i październiku. Listopada i grudnia się boję i wolę o nich nie myśleć. Ale po cichu modlę się do boginii lamo o dalszą łaskawość.
Lekarzy nie pytam, jak to się nazywa, nazywam sobie sama na własny i forumowy użytek. Lekarz pilnuje leków i tak nam obojgu jest chyba dobrze. To ja mam się czuć dobrze, a nie lekarz tak o mnie myśleć. co on myśli - prawdę mówiąc mało mnie obchodzi.
----------------
Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było...

nieśmiało

     >>> Planuję, porządkuję, czekam, cieszę się.
     >>> O.
     ----------------------
     >>> Nie oczekuję już / od życia samych róż

Ja też. Dobrze mi z tym stanem i boję się go stracić. Ale i ten strach nie jest już tak paraliżujący, jak przez ostatnie 6 lat. To moja wielka zmiana i moje wielkie zwycięstwo. Efekt 300h psychoterapii i nie powiem ilu PLN, czasu i łez w nią zainwestowanych.
------------------
Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było...

sobota, 3 października 2009

:(((((( [*] [*] [*]

"W Warszawie w wieku 87 lat zmarł na zawał serca Marek Edelman – ostatni żyjący przywódca powstania w getcie warszawskim, po którego upadku walczył w Powstaniu Warszawskim, działacz antykomunistycznej opozycji demokratycznej, autorytet polityczny i moralny, społecznik, wielki człowiek i niezrównany kardiolog. Hanna Krall przeprowadziła z nim w roku 1977 wywiad-rzekę Zdążyć przed Panem Bogiem. Sam o sobie mówił, że był świadkiem strasznych czasów. Wydawało się, że będzie żył wiecznie."

Dlaczego pierwszym linkiem, którego na hasło "marek edelman pogrzeb", jest ten do strony rfi.fr - Bóg jeden raczy wiedzieć. Artykuł w sekcji polskiej. I po francusku również, ale nie ten sam. Piotr Kaminski, journaliste à la rédaction polonaise de RFI: « Voila une personne de moins a laquelle on pourra se referer. Il etait tres difficile a faire peur. C'était quelqu'un de tous les combats pour la liberté. Quand Marek Edelman se prononçait sur une décision morale et politique, on l'écoutait. ». A w artykule po polsku wypowiedzi oficjałów i celebrytów:
  • Były ambasador Izraela w Polsce, Szewach Weiss, powiedział o nim: „Marek Edelman nigdy nie przestał walczyć o wolność człowieka i o wolność Polski”. 
  • „To była bardzo ważna obecność dla Polaków, dla nas wszystkich”, wyznał ks. Adam Boniecki, redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”.  
  • Prezydent Lech Kaczyński, ustami jednego ze swych doradców, Macieja Wypycha, poinformował, że jest wstrząśnięty wiadomością o śmierci Marka Edelmana. 
  • Lech Wałęsa powiedział o Edelmanie: „to była wielka i bardzo wyjątkowa postać. Będzie go nam brakować. Niech spoczywa w pokoju wiecznym”. 
  • Premier RP Donald Tusk powiedział: „Jego autorytet uszlachetniał demokrację w wolnej Polsce. Opuścił nas człowiek, którego podziwiałem”. 
« Il n’ y a pas de pourquoi ! Pas de pourquoi ! Et quelle différence cela fait un pourquoi ? Chacun suit sa trajectoire de vie. Ces 60 000 hommes disparus, si on est un peu responsable de leur sort, il faut rester avec eux. D’une façon ou d'une autre. »

Jeśli wierzyć rfi (to wszak genialne źródło wiedzy o tym, co dzieje się w Polsce), pogrzeb Marka Edelmana odbędzie się najprawdopodobniej w najbliższy czwartek. Nie lubię ostatnio chodzić na pogrzeby. W lecie zeszłego roku przebrała się miarka. Ale chciałabym pójść. Najchętniej z kimś. Any benevoles welcome.

czwartek, 1 października 2009

lebensraum

Jest parę rzeczy w codziennej codzienności, których okrutnie nie lubię. To nielubienie wiele mnie czasem kosztuje, bo mało kiedy spotyka się ze zrozumieniem.

Nie lubię, nie trawię, nie znoszę:
1) telefonu gdy dzwoni, zwłaszcza jeśli jest to komórka a ja akurat robię siku w kiblu na stacji benzynowej w pozycji żurawia, a w/w gówno dzwoni mi w kieszeni
2) poczty głosowej
3) poruszania się samochodem i środkami transportu publicznego
4) nachalnych reklam na bilboardach, w skrzynce pocztowej, mailowej i pań dzwoniących z zaproszeniami na pokaz pościeli wełnianej oraz pana Dariusza Kąckiego wkładającego mi do skrzynki oraz w drzwi i na wycieraczkę ulotki firmy multimedia, a następnie wyciągającego mnie z wanny odwiedzinami w tym samym celu.

...i pewnie jeszcze paru rzeczy, będę donosić na bieżąco.
Zamiast tego zdecydowanie wolę:

1) mail lub gg, bo mogę odpowiedzieć na wiadomość wtedy, gdy mam do tego czas, głowę i ochotę. mogę oddzwonić, jeśli ktoś mnie prosi, zwłaszcza jeśli powie mi kiedy, a jeśli napisze, że to ważne i szybko, na pewno tym bardziej to zrobię.
2) sms, bo jest bardziej dyskretny i mniej inwazyjny, a odczytywanie go nie wymaga przykładania telefonu do ucha i słuchania pani z ery.
3) chodzenie na piechotę, ew. rower, nawet w mrozie i na deszczu. tylko na mniejsze odległości, dlatego marzę o wyprowadzce z Warszawy.
4) krajobraz miejski i wiejski nieupstrzony szyldami reklamowymi oraz święty spokój w moim prywatnym czasie i domu. z możliwością wykąpania się w wannie włącznie. Dlatego jw.

Dla większości rzeczy, których nie lubię, potrafię znaleźć realną alternatywę. Jeśli mogę mieć prośbę do osób, które lubią mnie - stosujcie te alternatywy.

Antoni Kępiński mówi, że to kwestia Lebensraumu. Pierwszy wymieniony przez niego w cytowanym dwa posty temu fragmencie NERWICORODNY CZYNNIK, powodujący SMĘTEK NASZEJ CYWILIZACJI. W następnym poście przepiszę jego słuszne poglądy na wszystko.