poniedziałek, 31 sierpnia 2009

gdzie ona polazła??

Rozważałyśmy kiedyś z Panią Leśniezieloną zady i walety spania z kobietami maści wszelakiej, w tym rudej. Szczeżujskie zdjęcie z dedykacją więc, co to je Ela kiedyś telefonem pstryknęła, kiedyś - nie tak dawno temu wcale (bo to chyba końcówka sesji była?), gdy Rudej jeszcze nie śniło się umierać. Oto koronkarka prawie z Koniakowa, profil prawy:


...i najpiękniejsza w historii szczeżujskiego zębodzieła koronka:


No i pasiaste futro w pełnej krasie. Gdyby nie była Szczeżują, miała zostać Trzmielem albo Tygrysem.

Szczeżu! Gdzieś ty polazła?? Już miesiąc kicasz na tym gigancie i coś mi się zdaje, że już nigdy do domu nie wrócisz.... może ci tam lepiej, na tych niebieskich łąkach, ale mi bez ciebie nie. Nie sądziłam, że będę kiedyś płakać na widok twych trójkątnych koronek na prześcieradle...........

piątek, 28 sierpnia 2009

ludzie listy piszą

Ho ho, tak tak. Kiedyś nie było komórek. Kiedyś nawet zwykły telefon był dobrem rzadkim. A o necie to się nawet nikomu nie śniło. Ho ho, tak tak, a czasy te pamięta moja wiecznie młoda mama we własnej osobie. Kiedyś moja mama miała półtora roku. Ho ho, tak tak...

Koteńka!
List Twój, który przed chwilą odebrałem, sprawił mi ogromną radość i oczekiwałem tego listu codziennie z bardzo wielką niecierpliwością. Wczoraj wysłałem telegram do Ciebie, który chyba już otrzymałaś. Nie chodziło mi o to, że się pogniewałaś na mnie, ale bałem się, czy nie stało się coś tobie lub Halusi, co chce przede mną na razie zataić. Wiem, że zostawiłem Ciebie bez służącej i bałem się, że mogłaś sobie coś zrobić przez podniesienie jakiegoś ciężaru. Halusia miała wysypkę na ciele i bałem się czy nie zachorowała. To też list Twój, z którego wynika, że mniej więcej wszystko jest w porządku – bardzo mnie ucieszył. Gdybym dzisiaj tego listu nie dostał – miałem jutro telefonować do Kowalskiego lub do Ciebie do biura. Liczyłem się też z ewentualnością przedwczesnego wyjazdu do Warszawy, gdybym w dalszym ciągu nie miał od Ciebie wiadomości. (...) Koteńka, napisz mi tym razem z mniejszym opóźnieniem, bo ja bardzo czekam na Twoje listy i bardzo mi jest przykro kiedy inni dostają listy, - czasem codziennie - a ja codziennie wracam z kancelarii WDW bez listu. (...) Mocno ucałuj naszą słodziutką dzieweczkę. Wcale nie chcę, aby za mną tęskniła. Niech się tylko zdrowo chowa i bawi. Pozdrów Mamusię.
Całuję Cię mocno
Twój
Zyg

Tako pisze dziadek Zygmuś do babci Wisi z Juraty, 17 VIII 49, o godz. 16. A Jurata... ta hipersupermodna Jurata... kiedyś... Ho ho, tak tak...

Pytasz o to jak ja się tu bawię. Odpowiadam Ci szczerze, że nieszczególnie. Jak Ci już pisałem w poprzednim liście (którego jak widzę nie czytałaś) - Jurata to jest taka wysepka prawie - bardzo daleko położona od wszelkich centrów zabawy [dziadku! to z ciebie taki rozrywkowy gość?], zupełnie odmienna od Sopotu. Jest to ustronie, idealne dla wypoczynku rodzinnego (z dziećmi), ale zupełnie nieinteresujące dla "słomianych wdowców" lub kawalerów. Muszę Cię uspokoić, że wszelkie miłosne historie są tu fizycznie niemożliwe, bo ludzie mieszkają tu wszyscy w kilkuosobowych pokojach i prawie wszyscy są z dziećmi. Czasem żałuję, że nie wziąłem ze sobą naszej Halinki, ale z drugiej strony niewiadomo co onaby jadła, bo tutaj jest tylko jedna kuchnia dla wszystkich. [Hm, czyżby wtedy nie było też gerberków?]. Poza tym panuje tu plaga komarów, od których dzieciu najbardziej cierpią. [no, komary są upierdliwe, ale dzieci, a przynajmniej wspomniana Halinka chyba bardziej ucierpieć może od... ten tego... jakiegoś kleszcza? Czy może była to era również przedkleszczowa?] Mimo to nie narzekam na moje wczasy, gdyż czas upływa tu w rozkosznym lenistwie. Dotychczas miałem tylko 3 dni plażowe, a reszta była pochmurna. Najgorsze że nie ma tu gdzie spacerować. Jest tylko jedna jedyna droga (do Jastarni), a z obu stron rzadki las sosnowy i morze. Człowiek czuje się jak na jakimś okręcie zakotwiczonym na morzu. Do Gdańska, Gdyni i Sopotu jest bardzo daleko i trzeba tam jechać po 4 godziny w jedną stronę. Aby jechać statkiem - trzeba najpierw dostać się do miejscowości Hel, co też wymaga dosyć czasu i pieniędzy, których nie mam. - To też jak dotychczas dzień spędzam na wylegiwaniu się na tarasie [hola hola, te tarasy w WDW to ja widziałam, teraz to się balkon nazywa], plażowaniu (o ile jest pogoda, czytaniu książek, grach w karty i szachy. Czasem tańczymy trochę przy patefonie, czasem mamy kino, no i to wszystko. Towarzystwo średnie. Wszystkie zabawy i gry odbywają się tylko kolektywnie. - Jeżeli pojedziemy nad morze razem - to Ty musisz przedtem zaopatrzyć się w cały komplet morskich strojów, kobiety mimo wszystko bardzo się tu stroją. Do kompletu tego należą: suknia plażowa, kostium kąpielowy, szorty, barwne szlafroki, spodnie jasne, wszelkiego rodzaju bluzki i spódniczki, kubraczki czerwonego koloru - tego rodzaju jak Twój granatowy itd. Wogóle przeważa tutaj kolor mocno czerwony we wszystkich rodzajach strojów. Szlafroczki i spódniczki też przeważnie są czerwone w groszki. Kobiety upodabniają się tu do muchomorów. Szczegóły te podaję Ci dlatego, ponieważ wiem że Ciebie zainteresują.

No a teraz hit wszechczasów:
Jutro urządza się wycieczkę do Gdańska statkiem, ale zdaje się że nie pojadę. Może pojadę innym razem, jak przyślesz mi trochę pieniędzy, bo już musiałem się zapożyczyć.

To w owym słynącym z patriarchalnej struktury domu to BABCIA trzymała kasę???? Czego to się człowiek na stare lata nie dowiaduje. Eh, chciałabym dostawać takie listy. Mogłyby być nawet via email, ale kto w mailu pisze taką polszczyzną? Podobno to się talent narracyjny nazywa? ;-)

ocalić od zapomnienia

Jestem z siebie dumna. W gościnie u krwiożerczej bestii napisałam 2,5 strony wstępu i nie oparłam się pokusie skonstruowania n-tego Załącznika. W zasadzie to ostatnie było szybkie, bo znalazłam go w sieci.

Pewnym mankamentem tego chlubnego faktu jest moje zakrawające na pewność przypuszczenie, że z wyżej wspomnianych dwóch i pół - półtorej zostanie, wraz z załącznikiem, odstrzelone. Obawiam się, że w ten sposób tempo mej tfu-rczości nie będzie zawrotne. Dla upamiętnienia jednak pierwszych kotów wklejam kandydatów do odstrzału:

* * *

Uwaga ostatnia, w pierwszej chwili zakrawająca na herezję. Dokładając wszelkich starań, by nie stało się to kosztem warsztatu metodologicznego, na kartach tej pracy nie stronię od refleksji osobistych. Jest to wybór świadomy, a powody ku niemu są dwa.

Po pierwsze – magisterium stanowi zwieńczenie m o i c h [hehe, jak wiadomo i n d y w i d u a l n y c h (przyp. blog, tego łaskawie oszczędziłam niemishowemu promotorowi)] studiów filologicznych, które rozumiem jako poszukiwanie w ł a s n e j drogi do rozumienia języka i pisanych w tym języku tekstów. Nie wierzę w istnienie recepty uniwersalnej. Jako że z natury rzeczy jest to zadanie na całe życie – poszukiwania te nie mogą zakończyć się wraz z momentem ukończenia studiów magisterskich. Z tego powodu p r o c e s dochodzenia do własnego stanowiska wydaje mi się co najmniej równie ważny (jeśli nie ważniejszy), co sam tego procesu rezultat. W obliczu tak określonej hierarchii chciałabym, by praca - oprócz stanowienia rezultatu - była również odzwierciedleniem procesu. Widzieć w niej więc należy moje osobiste spotkanie z Horacym i polskimi tłumaczami Horacego, siłą rzeczy postrzegane przez pryzmat własnych zmagań translatorskich, okraszone tu i ówdzie myślami co znamienitszych mistrzów polskiego słowa na przestrzeni wieków.

Drugi powód jest prozaiczny. Ponad 100 lat temu zdemaskował go Charles Baudelaire w inwokacji do swych Kwiatów Zła:

...parmi les chacals, les panthères, les lices,
Les singes, les scorpions, les vautours, les serpents,
Les monstres glapissants, hurlants, grognants, rampants,
Dans la ménagerie infâme de nos vices,

II en est un plus laid, plus méchant, plus immonde!
Quoiqu'il ne pousse ni grands gestes ni grands cris,
Il ferait volontiers de la terre un débris
Et dans un bâillement avalerait le monde;

C'est l'Ennui! L'oeil chargé d'un pleur involontaire,
II rêve d'échafauds en fumant son houka.
Tu le connais, lecteur, ce monstre délicat,
— Hypocrite lecteur, — mon semblable, — mon frère! [1]

Od czytania zaś nudnych prac humanistycznych jedna tylko czynność wydaje mi się bardziej nieznośna: jest nią ich pisanie. Efekt końcowy takiego przedsięwzięcia jest zwykle tragiczny: nie raz skutkuje ono frustracją autora i w wyniku tejże – zaniechaniem obiecującej pracy nad genialnym nie raz materiałem, a tym samym – przekazaniem pałeczki kolejnemu frustratowi. Jeśli zaś to pierwsze wyzwanie uda się piszącemu pokonać, bywa jeszcze gorzej: dokonuje on morderstwa na przedmiocie swej pracy i w rezultacie skutecznie zniechęca doń czytelników. Nie sądzę, by taki miał być cel humanistyki.

Skupiając się zatem na celu, w trosce o doprowadzenie przedsięwzięcia do końca, nie odpieram pokusy uniknięcia nudy. Temu ma posłużyć przeplatanie analizy co celniejszymi uwagami znakomitych praktyków. Refleksje te odzwierciedlają proces kształtowania się warsztatu translatorskiego i pisarskiego tłumaczy oraz proces mojego rozumienia subtelności Horacego i analizowanych przekładów. Łamię więc nieco protokół dyplomatyczny z nadzieją, że w imię szlachetnego celu zostanie mi to przez łaskawego Czytelnika wybaczone.

[1] Charles Baudelaire, Au Lecteur (Do czytelnika). Ibidem: … Jako że arbitralny wybór jednego tłumaczenia tego znakomitego wiersza wydał mi się sprzeczny z tematem i duchem pracy, skonstruowałam dla dociekliwego Czytelnika Załącznik x (vide s. y.), w którym znajdzie on x jego innych polskich przekładów.


Tadam, a teraz można gratulować i przestrzegać przed katastrofą.

Na foto powyżej nieznany sobowtór mojej muzy w pozie bojowej, ze specjalną dedykacją. Już adresat(ka) będzie wiedział(a). Nie mogę pojąć, dlaczego wszyscy twierdzą, że szyl wygląda jak mysz. Widział ktoś puchatą fruwającą mysz ze szczeciniastym ogonem do złudzenia przypominającym albo wycior od fajki tudzież szczotkę do butelek?

Współpraca z Tyciem tym się zaś różni od pomocy szczeżujskiej, że lżejszy on i mniej sobie robi z nieznanego podłoża. Co sprawia, że oprócz napisania fjdals;afksdfha;lfha;hf potrafi też naciskać kombinacje klawiszy (ów?). Co bywa niebezpieczne. Ale za to bezpieczny jest kabel - ponoć nie można mieć wszystkiego.

czwartek, 27 sierpnia 2009

król czasów

Konkurs z poprzedniego posta wciąż aktualny. Wywołuję do tablicy opornych: mkw, epenthesis, kurę, koguta, gab, skimbleshanksa i Panią Leśniezieloną. Oraz czekam, aż maestro i babcia powrócą z wakacji. No i w zasadzie to mama moja i siostra najdroższe też by się mogły wysilić.

A że w międzyczasie (który, jako rzeką z głębi wielorybich trzewi - królem czasów jest) obudził się Horacy, przepisuję mojego faworyta i jego najbliższego konkurenta. Można zgadywać, można głosować, jednym słowem zaczynamy casting na ulubiony przekład.

Obudzony Horacy po raz pierwszy:

Nie szperay dwornie, czego nikt nie ścignie,
Iaki tobie i mnie koniec
Śmiertelny przyniesie goniec,
Gdy w zimnym grobie skrzepły trup ostygnie.

Niechciey się liczbą Babilońską bawić,
Byś wszystko potrafił snadnie,
Cokolwiek na cię przypadnie,
Stałym umysłem, a cierpliwym strawić.

Czy Bóg uzyczy więcey zim dla ciebie,
Czylić ostatnią iuż dawa,
Co nazbyt srodze powstawa,
A morskie skały w nawałnościach grzebie.

Używay bacznie miłey krotofili,
Którąć przytomny czas leie
A długiey nie czyń nadzieie
W tak krótkiey życia lecącego chwili.

Ono gdy mowim, czas nam śliski zdradnie
Cichym zmyka kołowrotem:
Chwytay go teraz, bo potem
Wiecznie nie zgonisz, gdy ci z rąk wypadnie.


... oraz po raz wtóry:

Nie nurzay, prożno myśląc, czoła w pocie,
Boć się tym rozum śmiertelny nie szczyci,
By dociekł, wiele na swym kołowrocie
Parka żywotnich uprzędzie mu nici.

Iaka cię dola czeka w dalszey prze,
Ni bałamutny gwiazdarz nie wyśledzi,
Chocia śklem łowczym błędne zmyka zorze
Czekay cierpliwie, czym cię los nawiedzi.

Bądź jeszcze wiele zim przepędzisz żywy,
Bądź to ostatnia iuż dobiera miarki,
Co ieżąc mętne na Tyrrenie grzywy,
O brzeg bałwanom dumne ściera karki,

Mało dbay na to: niech się wino leie,
Poki lać moźna ze dzbana do śklanki.
Długie zamysłow człowieczych nadzieie
Scisłemi życia Bog otoczył szranki.

My ze sobą gwarzym: a czas skrzydło płochy
I słowa goni i chwile powiewne;
Poki masz w ręku, zażyway tey trochy
Zycia marnego, bo iutro nie pewne.

No, iak wam się podoba?
Kto da więcej?

piątek, 21 sierpnia 2009

CO. R. U. P. S. I. S

Kocham wiki. Miłość ta nie ma wprawdzie wciąż żadnego przełożenia na czyny, ale może kiedyś wreszcie zyska. Niniejszym przepraszam niefrankofonów (można się domagać eksplikacji), a dla czytających w języku żabojadów ogłaszam 2 konkursy, pod honorowym patronatem pana Alaina Bouissière (na obrazku).

Konkurs pierwszy -
Na rozwinięcie tytułowego skrótu. Im weselej, tym lepiej, po złożeniu propozycji w komentarzu można sobie wygooglać wersję oficjalną. Googlanie lub klikanie w link obrazka przed zaproponowaniem własnego rozwinięcia łamie reguły fair-play, proszę nie faulować!

Żeby nie było, żem całkiem okrutna, zamieszczam 2 podpowiedzi.
Podpowiedź pierwsza: Co = Comite.
Podpowiedź druga: w wierszyku poniżej.

Jadis, à l’école, les maîtres des langues
(Qu’ils eussent ailleurs dirigé leurs harangues !)

Voulurent que nous apprissions les formes

Rares des verbes français – un boulot énorme -
Mais, bien que les profs nous torturassent,
Nous ne retînmes pas toutes les règles, hélas !

Ainsi préparés, en France nous allâmes :
Aucun subjonctif imparfait nous trouvâmes,
Et le passé simple que nous employâmes

Évoqua des sourires, ce que nous déplorâmes !

Quel dommage que nos efforts scolaires
Ne fussent plus estimés au pays de Molière !

Eussions-nous vite connu de
CO. R. U. P. S. I. S. le siège,
Nous aurions mieux supporté ce sacrilège.
Quelle joie que des sages aient créé un projet
Où on mange et conjugue encore plus que parfait !

Plût à Dieu que les Français retrouvassent

Toutes les formes classiques qu’ils apprirent en classe !

Konkurs drugi
A gdyby tak powołać komitet w ojczyźnie-polszczyźnie, to co mu dać w nazwie tudzież statucie?

PS Jeśli kogoś ciekawi, jak się do publikowanych treści ma Horacy, to zawczasu informuję, że niestety średnio. W ogóle Horacy ma się średnio, a Leukonoe jeszcze gorzej. Biedaczyska.........

wtorek, 11 sierpnia 2009

Al mármol estos libros

Wiersze łapać poszła ze mną Prawie_Mała_Mi. Fajnie że, poszła i fajnie było. Deszcz padał na raty i okazało się, że złapać poezję wcale nie tak łatwo. Syndrom Polaka ("jak dają to bierz") - lub może istota happeningu (wersja bardziej optymistyczna) - sprawił, że wszyscy obecni w piątkowy wieczór na Placu Zamkowym i w okolicach włączyli się w polowanie na spadające z nieba słowa. Helikopter krążył i krążył, mruczał groźnie to bliżej, to dalej, a gdy spuszczane co jakiś czas bomby poezji trafiały w snop światła ustawionych daleko, skierowanych wysoko w niebo reflektorów - wyglądało to jak stada białych gołębi wysoko, daleko. A potem stado sfruwało coraz niżej, każdy leciał w swoją stronę wirując na wietrze, który znosił go to w jedną, to w drugą stronę, a rzesze narodu rzucały się, kto pierwszy złapie.

Zresztą, co tu gadać - obserwacja stada spontanicznych myśliwych i własnoręczne polowanie były doświadczeniem wielce interesujcym, ale opowiadanie performance'ów jest chyba bez sensu. Więc kto nie dotarł, niech wierzy na słowo i żałuje. A mkw zapytała, co złapałam. Ot i to:

* * *

En Chile sobre todo, era pan comido
Qué había que hacer
darle la espalda a la cordillera no más
y luego caminar algunos días
Y una vez en la orilla qué se hacía
Llegaba uno, sumergía un dedo
y le probaba el gusto al aqua
Y con eso uno ya sabía todo:
el sabor del agua el los siete mares.

(Adán Méndez)

* * *

Ultra

wydaje mi się, że rozumiem wiersze, o których
kilka lat temu myślałam, że już je rozumiem.
wydaje mi się, że rozumiem również ciebie.
tak to się ułożyło, że zostałam sama.
ze swoją mgiełką, amfetaminą i perłami.
bo zrozumiałam także piosenki.

(Marta Podgórnik)

* * *

Algo tendr
á que salir de esto, decía la suelta en una letanía,
y era una orden y era un doler.
Vamos, r
ájame el corazón, decía la perla,
as
í no más, muy suelta de cuerpo.
En eso el rey se la pone.
Y la perla inevitablemente ennegrece.
Con todo dentro suyo.

(Paula Ilabaca)

* * *

Ballada

Świadomość awansowała do półfinału,
noc przeżyła ciemność w rozterce,
świtem ciało serca zdradza usta.

Lecz nie chodzi o kształt pośladków, kiedy
śmierć nie panuje w tańcu nad biustem
a rzeczy stają się coraz bliższe.

Sony wsadził biuro do telefonu;
świadomość tuli się do piersi, szepcząc:
ciężko bieduję, gdyż byłam harująca.

(Cezary Domarus)

* * *

Al mármol estos libros

Y como caen del cielo los astros en la noche yo qusiera verlos manando del sol cada constelación el azul del firmamento

Será con esa visión que raje mi vista cuando una vez cierre esta pretina y abroche esta hebilla del sueño mío

Si es que estos causes hicieran volar todo el firmamento yo suscribo aqui esta imagen: los astros en el día

Y lo dejo para mi libro de mármol adornado con flores

No busques en vano mi Dios: esas escaleras no conducen a ninguna parte

(Felipe Ruiz)

* * *

Pudełeczko

Nie wiedząc co zrobić z dniem
i nocą, wymyśliłem
dla ciebie (i dla siebie też)
małe
pudełko do liczenia przed
snem: siedem, siedem, osiem

(Adam Zdrodowski)

* * *

Llave del pensamento cautivo

Ah la humedad de la mente
El moho del pensamiento
El hongo de la razón
La seta del intelecto
El parásito surge de las zonas frías
Y se reproduce por esporas
Sin necessidad de la energía
Sin necessidad de echar raíces
Ah la cualificación del hongo para la vida
Se instala sobre todo lo bueno y profita
Con lo que de veras somos.

(Alejandra del Río)

* * *

Hipotermia

Konfiguruj członka - odpowiada system, gdy próbuję
przejść na twoją, lepszą stronę. To się nie uda inaczej.
Piszę wytrwale od rana do zrośnięcia krainy kilku stawów
i z powrotem, zatopionych przodków powołując na świadków,
a za nimi solidnie poparte derywaty lawin, że to, co nas
dotyka - jest jak śpiewogra w pękniętej tonacji zachodu.
Bo przekroczyliśmy dostępny tonaż i w świetle
nadciągającego lata stać nas może na pustostan.

(Michał Kasprzak)

* * *

Ves que fui un idiota,
arruiné el espectáculo
y ahora son las moscas.
Mis moscas, - las que eduqué
con esos instrumentos de viento
el en jardín, durante las malditas noches-
las que se prometen amor para siempre.
No dejo de estar triste o acurrucado
entre las sabanas.
Por esa razón
fumo y tanteo. Tanteo y narro.

(Octavio Gallardo)

* * *

Hm. I jak? Zachwyca, nie zachwyca? Powiecie coś?

Bo jeśli o mnie chodzi, to to, że nie znałam ani jednego z nazwisk nie zaskoczyło mnie specjalnie. To, że nie całkiem rozumiem i nie wszystko do mnie przemawia również. Ale jestem ciekawa, co na to pt czytelnicy (ktoś dotrwał do końca?). Mogę przeklepać tłumaczenie chilijczyków jeśli jest zapotrzebowanie. Tak czy siak, wiersze z nieba spadające były ekstra. I tylko nie zdążyłam pogadać z Prawie_Małą_Mi o tym, co nam spadło - było wszak dużo innych tematów do rozmowy. To chyba też symptomatyczne... :)

piątek, 7 sierpnia 2009

500 kilo poezji

Lubię performance'y. Pod warunkiem, że są fajne. Co trudno stwierdzić, dopóki nie weźmie się w nich udziału. Zatem, choć nie lubię, gdy blog staje się gazetką parafialną, pozwalam sobie zamieścić parafialne ogłoszenie, co do mnie przylazło via facebook dzięki ukulturalnionym krewnym i znajomym królika:

Jutro wieczorem (8 sierpnia) członkowie chilijskiego kolektywu artystycznego CasaGrande zrzucą z helikoptera na plac Zamkowy i Krakowskie Przedmieście sto tysięcy ulotek z wierszami. Po co, dlaczego? http://www.loscasagrande.org/ a w naszym narzeczu tu.

A ponieważ wszyscy wiemy, że traduttore-traditore, to jak słusznie panią tłumaczkę złapała czujna Prawie-Mała-Mi, po drodze z Chile do Polski podmiot liryczny zmienił płeć:

"Warszawa jest czwartym miastem wybranym do przeprowadzenia projektu ‘Deszcz Wierszy’. Chilijczycy zaczęli w 2001 roku na własnym podwórku od zrzutu nad pałacem La Moneda w Santiago zbombardowanym podczas puczu Pinocheta, rok później obrzucili wierszami chorwacki Dubrownik, a w 2004 baskijską Guernicę.

Naloty lotnicze, niezapowiadane i nieprzewidywalne, miały na celu zniszczenie bojowego ducha ludności cywilnej. ‘Deszcz Wierszy’ zamienia tę nieprzewidywalność na potwierdzenie potencjału kultury jako takiej i przypomina o wartości działań, w których produkcja kultury jest zarazem formą pokojowego sprzeciwu. Parafrazując Freud’a: możemy polegać na przekonaniu, że cokolwiek prowadzi do rozwoju kultury, tym samym działa przeciwko wojnie."


W sumie chyba jest to jakaś myśl.
Ktoś pójdzie ze mną łapać wiersze?
Będą latać po zmierzchu, między 20:15 a 22.

sobota, 1 sierpnia 2009

trzy lata i pięć tygodni

Czasem płacze się na widok różnych dziwnych rzeczy. Krzaczek porzeczki, dorodne liście truskawek, odruchowo chciałabym urwać, zanim przypomnę sobie, że nie ma dla kogo. Wiecheć szparaga na grządce, ciekawe czy by jej zasmakował. Plastikowe osłonki na kable, których nie zaatakują żadne ciekawskie małe ząbki. Kępka mięty i dorodna babka nad Narwią, po które miałam chodzić i suszyć na zimę...


W domu będę pewnie jeszcze długo dosalać atmosferę na widok pogryzionych pudeł, nadczytanych książek, koronkowych prześcieradeł w trójkątny wzorek, zagubionego bobka czy źdźbła siana zaplątanego w przypadkowym miejscu. Co do dwóch ostatnich, to krakowskie doświadczenie pokazuje, że pod względem chowania po kątach zachowują się identycznie jak igły z choinki i piasek znad morza.

Szczeżuja zamieszkała z nami w niedzielę, 11 czerwca AD 2006 i pokicała na niebieskie pastwiska wczoraj, w piątek, 31 lipca 2009, chwilę przed jedenastą. Trzy lata i pięć tygodni, tylko tyle i aż tyle.

I to wcale nie tak miało być. To nie był plan na te wakacje, i na pewno nie na ten rok. Miałyśmy tu teraz siedzieć dwa tygodnie z Horacym i Rudą, kicać szczęśliwe po całej działce, częstując się czym dusza zapragnie prosto z grządki, buszować w lesie i pod gankiem, a nie zamieszkać na zawsze w lesie pod brzozą, w suchej, zimnej piaszczystej ziemi.

Niebo to jest małe miasteczko w niedzielę,
Gwiazdy gapią się na ziemię z okien.
A wiadomo że gwiazd jest wiele,
i że wszystkie są niebieskookie...

piątek, 31 lipca 2009

ręce

Ręce... te dziwne, duże, łyse ręce... to one drapią po nosie i za uszkami, głaszczą miękko. One psują alternatywny porządek w klatce, zbierają wszystkie bobki tak, że trzeba robić je od nowa stale i wciąż, układają dywanik po swojemu, nie widząc świeżo zrobionego porządku i zmiatają kompozycję z siana na podłodze w kuchni. Zdejmują z łóżka, nie doceniając wzoru na prześcieradle, przeganiają ze stołu, zabierając znalezionego tam miśka haribo. Te ręce potrafią też złapać, choć wiedzą, że się tego nie lubi. Złapać i nie puścić, złapać i nie zważając na protesty pchać do pyszczka strzykawkę z gerberkiem albo białym paskudztwem o bananowym smaku, kłuć w kark wstrętną igłą. Te ręce wsadzają do transportera, zamykają i zabierają w inne, obce miejsce, w którym inne ręce znowu kłują i karmią na siłę.

Ale przecież te same ręce zawsze otwierały lodówkę, przecież to one przynosiły do domu dużo dobrego zielska, przecież potrafią otworzyć puszkę z granulatem i torebkę z pasternakiem dużo szybciej, niż króliczy nos. Te ręce głaszczą przez całą noc, pod łóżkiem, pod biurkiem, pod lodówką, głaszczą i drapią po nosie, tak lekko, tak czule, ale czy nie widzą, dlaczego nie widzą, że od tego głaskania wcale nie łatwiej tym nosem oddychać? Ręce... może te ręce wiedzą co robią?

Duże brązowe oczy patrzą na nie ufnie, umęczone, przestraszone, zgubione. A ręce znowu gdzieś wiozą, znowu kłują, i tak bardzo jakoś przepraszają, i ten duży łysy nos wtula się w rude futro na nosie, na karku, na brzuchu, i spływa po nim słona strużka.

Podobno jest takie miejsce, gdzie można spotkać babcię Księżniczkę, wuja Gwidona, kuzyna Kreta i krecią mamę, Klapka z Białegostoku i nawet tego gówniarza Nietoperza, któremu się kiedyś wyrwało kawał futra. Podobno tam już nic nie boli, nikt nie łapie i nie kłuje, podobno tam wcale nie trzeba otwierać szeroko pyszczka, by starczyło powietrza, i nigdy, nigdy nie ma powodu do tego, by głośno płakać z bólu i strachu. I są tam całe pola bazylii i mięty, są grządki z pizzą, czekoladą i źródła baileysa, a dojrzałe rodzynki spadają z drzew. Kuweta jest wszędzie i wszystkie kable i prześcieradła można do woli gryźć. I żeby się tam znaleźć, trzeba tylko pokicać za jakiś most.

Tak w kazdym razie mówi ten duży łysy nos wtulony w futro, do uszka to mówi długiego, najpierw prawego, potem lewego, a dwie pary dużych, łysych rąk głaszczą i drapią po nosie rudym i futrzastym. Oddycha się coraz lepiej, spokojniej, trochę się w rudej w głowie kręci, znajomy głos powoli ucicha w oddali. I tylko jeśli to wszystko jest takie piękne, to czemu ta sól nie przestaje kapać mi na pysk?

wtorek, 28 lipca 2009

abulia

Na ulubionym (? - a przynajmniej jednym z ulubionych) forów aktualnej kretynki przeczytałam dziś:

Abulia
(gr. αβουλία - brak woli) - objaw kliniczny pod postacią zaburzenia aktywności, polegający na chorobliwym niedostatku lub braku woli, który przejawia się w niemożności podejmowania decyzji i działania. Objaw charakterystyczny dla depresji endogennej, schizofrenii oraz uszkodzenia płatów czołowych (zespół czołowy). Czasem zamiast terminu abulia używa się słowa hipobulia - podkreślając tym samym, że chodzi o obniżenie aktywności, a nie jej całkowity zanik.

Patrzcie państwo. Na to się dziś skarżyłam mojemu panu dr. Tylko nazwałam to jakoś mniej delikatnie - opieprzaniem się.

A poza tym to wisi tu to chorowanie i wisi, bo abulia dopadła też rudą. Niby łeb się wyprostował, oczy przestały latać, kicamy raczej prosto a nie jak pijany marynarz i nie wywalamy się po drodze, ale znów wróciłyśmy do etapu gerberka do dzioba. Jak już ją unieruchomię to nawet całkiem współpracuje: wieczorem tym sposobem wciągnęła prawie pół słoiczka. A gdy się do niej zbliżam o poranku, nie wiedzieć czemu warczy na mnie i rzuca się z pazurami. Pewnie chodzi jej o tę igłę w kark, ale ja igłę przynoszę dopiero w drugim rzucie, najpierw przychodzę się przywitać, więc nic nie rozumiem. Szczeżujskiego chorowania mam już serdecznie dość, i ona chyba takoż. Zapomniałam się chyba pochwalić, że w czasie pochłaniania w/w geberka zostałam obsikana. Ot, szczegół.

PS Może mnie ktoś też powinien karmić gerberkiem i strzykawką, hm? A tu żona w Paryżu i nie zrobi z owsa ryżu.

niedziela, 19 lipca 2009

chorujemy :(

Wstałam wczoraj i jak co dzień niezupełnie obudzona potuptałam uwolnić Rudą. A ona nic. Witam się z nią. A ona zamiast fuknąć i pogonić pod lodówkę szybciej ode mnie, wylizuje mi łapę. Nie, nie dwa liźnięcia i zatopienie ząbków na znak protestu przeciw nienatychmiastowemu nakramieniu, tylko pół łapy. Zaniepokoiłam się. Poszłam otworzyć lodówkę. A ona czeka, aż jej przyniosę pod nos. Wzięłam garść granulatu, podstawiłam pod króliczy nos. A ona wącha, niezdecydowana, i powoli, nieśmiało sięga pyszczkiem po granulkę. Nie jest dobrze.

Bluzka, spodnie, buty, transporter, taksówka, oaza. W kark: steryd, antybiotyk, witamina b6, w dziób: białe paskudztwo. Zielona trawka w Zambskach spadła z planu. Pani wet (ta, co iskała Kocia) kazała posprzątać w klatce (sic!), włożyć tam zwierza i patrzeć, ile je, bobczy i sika. No i kłuć i dopyszczać przez 3 dni. Wróciłam, posprzątałam. W tym czasie zwierz pokicał najpierw pod lodówkę, potem po krótkim namyśle pod łóżko i tyle go widzieli. Ania, widząc, jak wczołguję się tam z plażowym ręcznikiem, ligniną, miską siana, wody i półmiskiem smakołyków, skwitowała: o, Mahomet do góry?

Zwierz biedny, ząbkami zgrzyta wcale nie z radości. Granulatu nie tyka, pasternaku nie tyka, marchewki nie tyka. Ale karton podgryźć umie, wodę pije jak smok, natką, jabłuszkiem i bazylią nie pogardził, więc może - może nie jest najgorzej? Matka natura nie stworzyła uszu po to, by były przedłużeniem duszy, a ich właścicieli, by w wersji mini z dala od drapieżników żyły po 10-12 lat, żeby wycierając sobie pięty kicały po podłodze zamiast po trawie, żeby ktoś je irracjonalnie kochał. Tak nieprawdopodobnie kruche są, tak niewiele im trzeba, by pokicać za tęczowy most. Księżniczka, Nietoperz, Gwidon, Krecik i jego mama. Pusto bez nich. Trzymajcie kciuki, nie lubimy pierwotniaków i innych encefalolokatorów :((((

czwartek, 16 lipca 2009

Sen o małych kotkach

Kiedyś, jakieś dwa lata temu, w drugim roku terapii miałam straszny sen. Tak przerażający, że obudziwszy się zapisałam go, tak jak pamiętałam, tyle co pamiętałam. Mnie się rzadko coś śni, lub jak kto woli - rzadko kiedy pamiętam, co mi się śniło. Wiedziałam, że sen ten jest bardzo ważny, choć nie rozumiałam go i cała trzęsłam się z przerażenia.

Śniły mi się małe kotki. Na klatce sąsiedniej do klatki mojej babci ktoś je mordował. Pani Jola kiwała głową, że tak przecież zawsze było, słuchała mojego przerażenia bezbrzeżnie nim zdumiona. Że wszyscy o tym mówili, że zawsze tak było, że ci ludzie tam już tak mają, że koty mordują, zwłaszcza małe, tyle ich przecież jest, ciągle nowe się rodzą. Biegłam, biegłam z całych sił, żeby zdążyć przed katem. Biec trzeba było przez górki, piaszczystą drogą; biegłam więc najszybciej jak potrafiłam i tak po kolei, po jednym, pod dwa zabierałam je pod bluzą do mieszkania babci, która umierała. Sześć dorosłych i prawie czterdzieści małych. Tych, których główek nie zdołano roztrzaskać o ścianę. Każdy z nich był inny – miał swoje łatki i prążki, bawił się po swojemu, inaczej skakał, łasił się i mruczał. Rozłaziły się po całym domu, mama gderała, ale nie protestowała. Każdy dostał swoje imię i każdemu obiecałam życie, tak jak kiedyś moim braciom i siostrom chciałam nadać imiona i podarować historie. Wiedziałam, że babcia umiera, i że po jej śmierci trzeba będzie opuścić to mieszkanie i zabrać z niego kotki. Wiedziałam, że czeka – i nas, i ich oprawców – długa, wspólna podróż. To chyba był pociąg i nie było w nim przedziałów. Ale chyba nie bydlęce wagony, prędzej plackarta w kolei transsyberyjskiej... A może nie, nie pamiętam; na pewno dokądś mieliśmy razem jechać i raczej jechaliśmy pociągiem. W każdym razie wiedziałam, że niemal pięćdziesięciu kotom muszę znaleźć dom. A jednak wszyscy mnie wspierali. Rodzice, mama, mama najbardziej i na pewno, ale też inni bliscy, znajomi, przyjaciele, moja klasa i nawet mój cyniczny wychowawca. Stukali się w głowę, docinali, ale wspierali. A przynajmniej nie potępiali. Podśmiewali się, ale słuchali, dzwonili, pytali. Tak jakby swoją milczącą zgodą chcieli zadośćuczynić innym główkom i innym śmierciom. Wszyscy czuliśmy, że ocalenie tych maluchów jest sprawą pierwszej wagi.

Myślałam, że nigdy tego snu nikomu nie opowiem.

konwencja życia

Ale absolutnym nieodwołalnym warunkiem utrzymania się na powierzchni fali życia w pełni zdrowia psychicznego – jest przyjęcie dystansu w stosunku do przyszłości, w stosunku do śmierci. Nie wolno wybiegać myślą poza określoną teraźniejszość i rzeczywistość. Nigdy i w żadnych okolicznościach nie należy. Nie wolno mieć wątpliwości do własnego powodzenia w życiu, co do długości swego życia, co do konieczności zapadnięcia na określone choroby co do krótkości i bezwartościowości ludzkiego życia. Taka jest konwencja życia, od tego zależy nie tylko tzw. „radość życia”, ale przede wszystkim sama chęć życia, od tego zależy psychiczne zdrowie człowieka. A ten kto tej konwencji się nie trzyma, kto tego dystansu w stosunku do przyszłości, do własnego losu i własnej śmierci nie potrafi sobie wyrobić, kto przejrzał całą bezwartościowość ludzkich trudów, kto nie potrafił i nie chciał uwierzyć że tylko i wyłącznie praca dla dobra innych jest stanowi jedyny właściwy sens życia – ten nie jest już człowiekiem normalnym, ten zwolna wyobcowuje się ze swego środowiska, staje się innym, niż ogromna większość, staje się „wariatem”.

(Zygmunt Wizelberg, mój dziadek, 31 X 75)

Bo piękno na to jest, by zachwycało
Do pracy - praca by się zmartwychwstało

(kto inny, kiedy indziej)

znalazłam

Znalazłam dziadka Zygmusia. Znalazłam Ewę. Znalazłam to pierdolone MD. I trochę Mamy, babci Wisi, Henryka. Dużo siebie. Oraz bliżej niesprecyzowaną rodzinę niejakich Winawerów (żono??? :)) Dużo wzruszeń................. Więcej w bliżej nieokreślonej przyszłości.

wtorek, 14 lipca 2009

wielka mała

Szukają wielkiej wiary kiedy rozpacz wielka
szukają świętych co wiedzą na pewno
jak daleko odbiegać od własnego ciała

a ty góry przeniosłaś
chodziłaś po morzu
choć mówiłaś wierzącym
tyle jeszcze nie wiem

- wiaro malutka

I niech się te słowa dawno nie czytanego x. Jana od drzew niewierzących - się staną mottem moich wakacyjnych zmagań z Horacym. Niech. Niech się. Wajjikra.

wesołych świąt, żono!


Pójdziesz oglądać feu d'artifice?

PS Jestem dzielną dziewczynką, która właśnie zapłaciła rachunki. Ze światłem tylko 4 dni spóźnienia, telefon za czerwiec przed czasem (sic!!!), za maj nieco po czasie. I Mamie przy okazji coś skapnęło tytułem długów wszelakich. Hm. Lubię to uczucie i nie lubię go zarazem. Świat emocji jest skomplikowany.

czwartek, 2 lipca 2009

z(Z?)ydoski Pan Jezus

Czytam w świeżo wydanym Notatniku mistrza Konstantego:

Próbowałem odzwyczaić się od palenia, ale jeśli Pan Jezus nie mógł, to cóż ja mogę, chudzina? Przecież wyraźnie stoi w góralskiej piosence:
Zydoski Pan Jezus,
Maluśki, nieduzy,
Usiad se no psypiecku,
Fajecke se kuzy.

Stimt es, oder stimt es nicht?

Denerwuje mnie redaktorskie niechlujstwo. Notatnik wydany jest cudnie, na jednej stronie faksymile oryginału, na drugiej spisany tekst. Okładka, zdjęcia, mapa - naprawdę piękna książka. Tylko dlaczego moje zdolności paleograficzne zdecydowanie przewyższają kompetencje redaktora? Może dlatego, że oprócz odcyfrowywania literek warto jeszcze zastanowić się nad odczytaną treścią? Czytam ten tekst wydrukowany i nie zgadza mi się. A to ortografia, a to interpunkcja, a to sens. Z niedowierzaniem zerkam do rękopisu i widzę, widzę jak na dłoni - jest znak zapytania, którego redaktor nie zauważył, jest voulez-vous a nie voulez-wous, par a nie per, l'homme de la Renaissance a nie l'homme la Renaissance, l'affirmait a nie l'affirment, itd. itp. Myślałam, że tylko WUJ oszczędza na redakcji i korekcie. A tu nie tylko.

Tak czy siak, dużo w tym notatniku takiej dorożki, takiego dorożkarza i takiego konia, jakich w ogóle nie znałam i jakich bym się nigdy nie spodziewała. O, zielony Konstanty, o srebrna Natalio! Notatnik obejmuje zapiski z okresu od 18 VIII do 18 listopada 1941 z obozu w Altengrabow. Czyżby prezent na moje urodziny, te AD 39 przed moją erą? - pomyślałam próżnie.

Pisze Gałczyński w podarowanym mu przez kolegę zeszycie: Przed paroma dniami zrobiłem żartem wyrzuty Jankowi, że mi ofiarował ten brulion, bo mnie to zmusza do pisania. Tak to - mówiłem - miałbym spokój. A teraz osaczają mnie tysiączne problemy słownictwa, składni, słowem wiecznie ciężki problem stylu. Notatnik ten ukazał się teraz, bo Cesarzowa nie pozwoliła opublikować tych zapisków wcześniej niż 50 lat po śmierci męża.

Zakochani idziemy pod rękę
pod światłem Wielkiego Wozu.
A pamiętasz czarną udrękę,
gdy listy pisałem z obozu?

W snach jedynie widziałem wtedy
twoje oczy, Wisłę i most -
o, dni pełne strachu i biedy,
o, Kriegsgefangenenpost.

Tyle lat zmarnowanych w udręce -
jak dwie siostry: groza i nuda.
Księżyc wisiał jak srebrne serce
na niemieckich kolczastych drutach,

rzekę bólu do dna wtedym pojął
i płynęły noce i dni
z widłami w niemieckim gnoju
lub na pryczach w Strafkompanie.

A dzisiaj przynosi noc nam
pocałunki i winogrona
i szumi jak wieczna wiosna
flaga, flaga biało-czerwona...

I znów ta uliczka pochyła,
i tych klonów pod śniegiem rząd.
Wesołych Świąt, moja miła.
Miła moja! "Wesołych Świąt"!


(Wesoła Gwiazdka, 1948)

Zaprawdę - wielkim poetą był. Mimo wszystko, pani żono, choć nie znane wcześniej elementy biografii faktycznie kłują w serce. Przepiszę tu może jeszcze trochę, w bliżej nieokreślonej przyszłości. Ciekawa jestem, jak się biało-czerwona flaga w tym wierszu ma do mojej rozmowy z mkw, o tożsamości i identyfikacji?

środa, 1 lipca 2009

in facebook veritas?

Iza completed the quiz "Którą linia warszawskiego ZTM jesteś?"
with the result 301:
"Weekend to dla ciebie obce słowo. Kto w ogóle je wymyślił? I znów piątek wieczór. I znów dwa dni marazmu. No bo co? Przyjąłeś role samotnika, dla którego życie stało się rutyną i który nawet nie pamięta nazw przystanków które mija. Czym prędzej zjeżdżasz ze Żwirki i Wigury żeby zaszyć się w ciszy i spokoju Odyńca. Tu możesz zwolnic, tu jest dobrze. Jesteś sam ze sobą, nikt cie nie mija bo mało kto tedy jeździ. Ale potem nadchodzi szum Niepodległości, i jak w sinusoidzie raz jest ci lepiej a raz gorzej. Ale to jest twoje życie i takie wybrałeś. I jest ci dobrze. Czy aby na pewno?"

Hmmmmmm. W zasadzie moja mama nadaje do mnie co jakiś czas na podobnych falach. Zbieżność tych komunikatów mnie zastanowiła. A może... może 301 ma depresję vel MD? Taką nietypową, rapid cycling, mającą proszki na dobry humor w głębokim poważaniu? Z którą od paru lat nie może dojść do ładu? Może też zaczyna dzień od hausta benzyny i paru kropelek nienajtańszego smaru, regularnie u dobrego psychiatry oliwi silnik, zajeżdża do terapeutycznej myjni dwa razy w tygodniu i zwyczajnie nie ma już siły na życie towarzyskie, bo w pozostałym czasie musi wyjeździć swoje, a gdy już trafi do zajezdni, to pada na nos i resztką wcale-nie-zregenerowanych sił wywleka się z niej następnego dnia rano? Próbując zregenerować się w ów rzekomo obco brzmiący weekend?

Bo u mnie czas, w którym, jak to mówi mama, dziczeję, a jak mówi facebook - czym prędzej zjeżdżam ze Żwirek żeby zaszyć się w ciszy i spokoju Odyńca, to jest czas czarnych dziur. Wtedy czeluście Odyńca są czymś, czego pragnę najbardziej na świecie i wygrzebanie się z nich jest wyczynem iście kaskaderskim. Czasem mi się udaje wygrzebać do pracy. Ale z kinem i winem na drugim końcu miasta już gorzej. Że co? Że coś za dużo tych czarnych dziur? No, ja też tak uważam. Zachęcam do składania podpisów pod petycją do pana Boga o zmniejszenie przydziału. Można mnie też wtedy dokarmiać.

PS Ciekawe, którą linią jestem w fazach maniakalnych? I czy w obliczu nieustannych przetasowań w warszawskiej komunikacji - poczciwe 301 jeszcze w ogóle istnieje?

i na zaś

τὴν δὲ τῶν βιβλίων δίψαν ῥῖψον, ἵνα μὴ γογγύζων ἀποθάνῃς, ἀλλὰ ἵλεως ἀληθῶς καὶ ἀπὸ καρδίας εὐχάριστος τοῖς θεοῖς - mawia inny starożytny mistrz słowa i miecza. Pokusa, by go posłuchać, jest prawie-nie-do-odparcia. Ale "prawie" czyni różnicę, jak uczył mnie Łuk. Czyni. Czyni. Czyni różnicę. Zaprawdę zaprawdę powiadam wam. Tak więc chwilowo odpieram pokusę, idź precz, apage! Ale kiedy uporam się z Horacym, z radością wykonam zalecenie filozofa na tronie. Dixi. A mojej mamie na imieniny wszystkiego najlepszego.

wtorek, 30 czerwca 2009

wielkie zło

μέγα βιβλίον μέγα κακόν - nauczyłam się ostatnimi czasy od Kallimacha, przez współziomków zwanego Καλλίμαχος ὁ Κυρηναῖος . Z takim mottem poszłam na dzisiejszy egzamin; złotych myśli o studenckiej (bez)czelności aleksandryjski poeta taktownie mi oszczędził. Więc może w ramach zadośćuczynienia, z dedykacją dla mkw, która mnie swą niepamięcią solidarną z moją niewiedzą dziś niespodziewanie ociupinę ukoiła, a potem poniekąd nakarmiła wegańską sałatką... no więc w ramach wspomnianego zadośćuczynienia:

Hymn do Afrodyty, który udawałam, żem go czytała, a nie tylko usłyszała głuchym telefonem od współtowarzyszki niedoli na trzy minuty przed wejściem do sali, jest tu i tu, w zależności od preferencji językowych. W czasie opowieści o nim mój nos wydłużył się tak, że prawie już zahaczył o nos słuchającego tej bajki egzaminatora; maksymalne zagrożenie kolizją nastąpiło jednak dopiero na okoliczność Hymnu na kąpiel Pallady, którego w braku nawet głuchego telefonu streścić się już nie ośmieliłam. Na całe szczęście - odruchy samozachowawcze potrafią ocalić życie.

"Proszę powiedzieć, o czym jest ten hymn" - zaproponował ufnie w/w dr Z, a mi jakoś nie starczyło śmiałości, by wygłosić błyskotliwą myśl, co sama cisnęła się na usta: "Hm, może o kąpieli Pallady?" Wietrzyłam kallimachowy podstęp i mój nos mnie nie zawiódł. Tym to sposobem zrobiłam z siebie idiotkę za jednym razem tylko raz, a nie dwa - bo jak inaczej nazwać dobrowolne przytaczanie tytułu hymnu, o którego treści nie ma się zielonkawego pojęcia? No ale co miałam zrobić, jak kazał mówić o hymnach, a ja znałam tylko dwa, z czego z treści - jeden? Pallada kąpie się więc tu oraz tu. Dłuuugo się kąpie. Ja tam od hymnów i przyczyn wszelakich wolę epigramy, bowiem jak wiadomo μέγα βιβλίον μέγα κακόν - no ale gusta mamy z drem Z odmienne.

A nieszczęsne hymny zapamiętam chyba równie dobrze, co swego olimpijskiego czasu komunę paryską. 1871. Przeczytałam, w każdym razie, co niniejszym publicznie oświadczam. Wszak besser später als nie, n'est-ce pas? Mamoooo, jak ja się cieszę, że ten teatrzyk już za mną. Jak ja się bardzo, bardzo, bardzo w czeluści mego ducha cieszę, nawet jeśli jeszcze nie całkiem na głos ucieszyć się potrafię. Hip hip... pchły na noc... do nogawy. Jak was będą gryźć, proszę do mnie przyjść.