no więc chyba logiczne że mamy bałagan? poza czasowym mam nadzieję bałaganem na rzecz wirtualnego remontu mamy constans bałagan w realnych neuroprzekaźnikach i cholernie trudno nam z tym.
piątek, 11 września 2009
pamiętacie?
Polak: ten budynek PRZED Wojną... odbudowany w roku...
Francuz: ten kościół PRZED Rewolucją... teraz pełni funkcję...
Portugalczyk: ten zamek PRZED Trzęsieniem Ziemi... teraz jego ruiny...
W zeszłym roku na wykładzie z historii starożytnej prof. Ziółkowski zapytał: "czy państwo się jeszcze uczyli w szkole... yyy... tzn. czy państwo wiedzą, kim był Kornel Ujejski? tzn. kto z państwa wie, ręka do góry?" Nie pierwszy raz zachwycił mnie wówczas tym, że w ustach jego pytanie takie zabrzmiało, jakby zadawał je z czystej ciekawości, a nie po to, by załamywać ręce nad nędzą i nieuctwem dzisiejszej młodzieży. Być może załamywał, ale po cichu; odpowiedź kwitował policzeniem rąk i zwykłym: aha. Potem szybko dostosowywał się do zmienionej sytuacji na froncie, co ponoć jest cechą ludzi inteligentnych: "No więc Kornel Ujejski był polskim poetą romantycznym, państwo sobie sprawdzą w encyklopedii. Gdy ja chodziłem do szkoły, musiałem nauczyć się na pamięć jego wiersza 'Maraton'... Państwo sobie pójdą do biblioteki, wypożyczą Ujejskiego, odnajdą ten wiersz i w domu przeczytają".
Myślę, że jeśli student po roku od egzaminu pamięta treść swoich notatek z jednego wykładu, to jest to dla wykładowcy komplement. Przyznam skruszona, że nie odrobiłam wtedy pracy domowej. Ale za to pamiętam, że w moich notatkach w tym miejscu stoi: "uczta --> śpiewak --> '...ile masz lat, młodzieńcze, kim byłeś ZANIM przybyli Persowie?...' ". Skruszona wpisałam więc w matrixa przed chwilą "ujejski maraton persowie", matrix wypluł. Z rocznym opóźnieniem, ale przeczytałam. Więc wypluwam wam tu wypisy:
The mountains look on Marathon
And Marathon looks on the sea;
And musing there an hour alone,
I dream’d, that Greece might still be free,
For standing on the Persian’s grave,
I could not deem myself a slave.
(Byron)
Wy chcecie pieśni! – wy chcecie pieśni,
Zapewne dźwięcznej i słodkiej dla ucha,
A ja mam dla was, o! moi rówieśni,
Pieśń, co przypomni wam brzęki łańcucha.
Wy chcecie pieśni ni kwiatu do wieńca,
Co by śród uczty mogła was pochwalić,
A ja bym pragnął wam w ogniu rumieńca
Rozmiękłe dusze jak zbroję ostalić.
O! żal się Boże – tak młode pacholę,
Zamiast miłować, muszę nienawidzić
I jasne czoło omarszczać w mozole
I czyste usta wykrzywiać – i szydzić.
(...)
Z płonącego miasta
Wybiegł niewolnik, a za nim w pogoni
Jęk konających przy uchu mu dzwoni; –
On leciał nocy osłoniony mrokiem;
Czasem za siebie rzucał trwożnym okiem,
A wiatr przez góry za nim żarem dmuchał
I wrzask niósł z sobą. On stanął i słuchał:
Może mu teraz wróg braci wyrzyna
I starą matkę napawa krwią syna
I chatę niszczy ogniem i żelazem? –
– Hej, nie ma czasu! Z satrapy rozkazem
Pędź dalej, gończe! Jeszcze drogi wiele!
Gdy wrócisz, trupów policzysz w popiele.
Zerwał się goniec znękany boleścią,
Ruszył przez puszczę z nakazaną wieścią
I biegł tak skoro aż do wschodu słońca;
A gdy na czatach zszedł innego gońca,
„Hej, Sardes gore! Do Suzy! Do Suzy!”
Krzyknął i wrócił; a tamten przez gruzy
Jak struś popędził rozwinąwszy skrzydło –
I znikł przed słońcem jak nocne straszydło.
(...)
W Suzie, na dworze, król Dariusz ucztuje;
Sto cudnych dziewic jemu usługuje,
Sto niewolników na klęczkach się wije; –
On inne wody przy stole nie pije,
Tylko z Choaspu dalekiej krynicy,
A chleb je tylko z eolskiej pszenicy,
A wino jego to aż z Chalibamu,
Sól z puszcz Afryki, ze świętego chramu
Zewsa-Ammona. Bo każda kraina
Pod jego ręką żelazną się zgina,
Co ma najlepsze, z drugimi pospołu
W pokorze znosi do pańskiego stołu.
A gdy tak Dariusz rozległ się za stołem,
Przybieżał goniec i padł przed nim czołem
I woła: „Panie! Sardes, Sardes płonie!
Sardes to klejnot w twej złotej koronie,
A oto rokosz podnieśli Jończycy,
Sprzymierzeńcami są im Ateńczycy
I palą miasto!”
A drugi nadbieży
I woła: „Panie! Sardes w gruzach leży!
Ateńczyk spalił zamek i świątynie,
Winem napełnia święcone naczynie
I tobie, królu, przy uczcie urąga!”
Król, wściekły gniewem, wielki łuk naciąga,
Wybiegł i w błękit wypuszcza zeń strzałę
Z prośbą do bogów, aby tę zakałę
Krwią obmyć dali. I jednego sługę
Odstawił, aby każdą rwącą strugę
Wrzawnych uczt jego tamował wykrzykiem:
„Pomnij się, panie! mścić nad Ateńczykiem!”
A potem magów rozkazał przywołać
I pyta: „Grekom godzienem podołać?
Naród to wielki, gdy taki zuchwały”.
A oni rzeką: „Królu, kraj ich mały
I w mniejsze jeszcze rozerwany państwa:
Łatwo go w jarzmo zakować poddaństwa.
To szczypta ziemi, tyle, co zatrzyma
[przechodzącego podeszwa olbrzyma.
A gdybyś kazał ostrymi pazury
Rozerwać stare Babilonu mury,
To mógłbyś, panie! żwirem i kamieniem
Zasypać kraj ten z całym pokoleniem”.
(...)
3
W Atenach wrzawa! Perscy heroldowie
Stoją na rynku i w nieznanej mowie
Coś ciżbie głoszą. Nikt ich nie zrozumiał.
Jeden Grek tylko, co po persku umiał,
Wstąpił na kamień i zaczął tłumaczyć
Na język swojski; a miało to znaczyć:
„Dariusz, król Persów i Medów, pan świata,
na harde ludy plaga i zatrata,
zsyła heroldów, by mu wasze plemię
na znak poddaństwa dało wodę, ziemię,
a może da się pokorą przebłagać
i wstrzyma rękę, co ma Greków smagać”.
(...)
Temistokles młody
Wystąpił z tłumu i rzecze: „Ojcowie!
Słuszną ponieśli karę heroldowie,
Lecz między nami jest Grek winowajca;
Niechaj więc ginie jak oni, jak zdrajca!
Niech więc i tego nie ominie kara,
Co plugawymi wyrazy barbara
Dziś do niewoli wzywać nas się ważył.
Ojcowie! on nam język nasz znieważył!
On jego świętość pokalał i zbrukał,
Na hańbę naszą słowa w nim wyszukał.
Od kiedy przyszła z Olimpu ta mowa,
Jeszcze tak w niej się nie wiązały słowa.
On nierozważnie o jej męty trącił
I czyste źródło mowy naszej zmącił”.
(...)
Ciągną szarańczą. Z pięknego Miletu
Zostały jedno ogryzki szkieletu.
Na szyjach niewiast szczerbiły się miecze;
Chodzono w zakład, kto więcej wysiecze.
Naksos w płomieniach, nad nią dymy w chmurach;
A starce z dziatwą chronią się po górach.
Morska Eubea w perzynie osiadła;
Harda Eretria do ziemi przypadła;
I cała Grecja struchlała i zbladła.
(...)
5
W Atenach trwoga; lud tłumem się zbiera,
Milczy i smutnie po sobie spoziera:
Wierny swój naród opuściły bogi
I do wyboru dały mu dwie drogi:
Łańcuch i hańba – lub śmierć i mogiła!
A jedni szepcą: „Nieprzyjaciół siła!
Na cóż się przyda ofiara i męstwo?”
A drudzy krzyczą: „Śmierć albo zwycięstwo!”
Śród nich Milcjades jak zesłannik bogów,
Jak ona Pitia z delfickich trójnogów,
Słowem podźwiga zwątpiałego ducha.
Lud go otoczył – zwiesił skroń i słucha.
„Kto chce być sługą, niech idzie, niech żyje,
Niech sobie powróz okręci o szyję,
Niech własną wolę na wieki okiełza,
Pan niedaleko, – niech do niego pełza!
I tam głaskany, a potem wzgardzony,
Niechaj na progach wybija pokłony,
Niech jak pies głodny czołga się bez końca
Za pańską nogą, która nim potrąca.
A my zostańmy! My w nieszczęściu razem,
Albo wytępim wrogów tym żelazem,
Lub za najświętszą wielkich bogów wolą
W grobie się wolni schronim przed niewolą.
Na naszej skroni tylko z laurów wieniec,
Lub bladość trupia – nie wstydu rumieniec!
(...)
Wy się trwożycie tą liczbą ogromną?
I tą przemocą, co się zda niezłomną?
Cóż jednak znaczy taka ćma motłochu
Wylęgła z prochu, czołgająca w prochu,
Którą o boju popędzają biczem,
Aby nie pierzchła przed wolnym obliczem?
(...)
Bogowie z nami! Jedno nasze ramię
Tysiąc najemców zgruchoce i złamie.
Bogowie z nami! Oni nas prowadzą!
Oni nam siłę Tytanów nadadzą!
Niechże nas wspiera ich błogosławieństwo!”
A lud wykrzyknął: „Śmierć albo zwycięstwo”!
I śród radości weselnych okrzyków
Posłał do Sparty i do Platejczyków
Prosić pomocy.
Odmówiła Sparta,
Bo jej zabrania święta ustaw karta,
Co jest wyrocznią przy wszelkim obrządku,
Na bój wyruszać w księżyca początku.
Ale Platea, nie bacząc na gwiazdy,
Przysłała zbrojny hufiec dzielnej jazdy.
(...)
W Atenach pusto. Śród obszaru miasta
Pozostał starzec, ślepiec i niewiasta.
A kto mógł, patrzał w trwożnym niepokoju,
Czy nie obaczy co od strony boju.
Nic, nic nie widać. I słońce zagasło
I gwiazdy... Cyt – cyt – coś w pobliżu wrzasło...
Prędkimi kroki ktoś po bruku bije
I woła: „Tchu! Tchu! Głosy! Grecja... żyje!
(...)
8
Na pobojowisku,
Po całodziennym morderczym igrzysku,
Po krwawym trudzie, po stoczonej wojnie,
Tysiące ludu usnęły spokojnie.
Grecy z Persami na jednym posłaniu
Leżą bez gniewu w wiecznym pobrataniu.
A przy nich kruki skaczą i godują
I schrypłym głosem braci swych zwołują.
Z jednego Greka kruk ciało wyrywa;
Grek konający tak do niego śpiew:
„O szarp, szarp serce, niech już zaumiera!
O pij, pij, kruku, krew to bohatera!
Szarp, pij, a dziób twój jak ramię urośnie!”
Niewiasty greckie śpiewają żałośnie,
Nad każdym trupem chylą się z kagańcem,
Czy okrytego nieprzyjaciół szańcem
Nie ujrzą ojca, kochanka lub męża...
Wschodzący księżyc bije w lustr oręża;
To Sparta idzie – obaczyć ciekawa,
Gdzie się toczyła Aten walka krwawa,
Gdzie Med okrutny, co swe straszne imię
Obwieszczał Grekom w krwi, w pożarów dymie,
Teraz bezwładny snem spokojnym drzymie.
ZAKOŃCZENIE
Błogosławiony, kto w chwili zwątpienia
Duchem nie spada, ale się przemienia
W onego orła, co pioruny dzierży,
Pewny zwycięstwa, gdziekolwiek uderzy.
Błogosławiony, kto się trupem kładzie,
By dumnej nodze stanąć na zawadzie,
Kto z próżną dłonią, poświęceniem silny,
Bez trwogi czeka na cios nieomylny.
Błogosławiony, kto po niej w żałobie
W świetnej przeszłości zakopie się grobie;
On tam niejedną wielką myśl wygrzebie,
Co będzie bronią i tarczą w potrzebie.
Hm. Ciekawe czy ktoś dotarł do tego momentu. Fragmentu z moich notatek ni widu, ni słychu. Zaczynam podejrzewać, że może Ujejski wystąpił w kontekście innego poety, i majaczy mi się jakieś T. T...eokryt? bez sensu. T...yrtajos? chyba też za wcześnie. T...eognis? ale on pisał do młodzieńca co innego. Pssst, nie mówcie nikomu, że mam 3+ z literatury w indeksie. Choć może w IFK AD 2009 wymienienie 3 poetów na T na 3+ z literatury powinno wystarczyć? Czasy się wszak zmieniają, a młodzież wraz z nimi.
No i mimo wszystko jakoś ten Maraton jakby... znajomy. Jak to było ostatnio u Broniewskiego? Ziemio nasza! Ziemio niczyja!... Wtedy / Gdy już nikt nie będzie dzielił / ogromnej ojczyzny świata...
W czerwcu-lipcu 2001 byłam w Nowym Jorku. Pierwszy i jedyny jak dotąd raz w Ameryce, uczyłam się jidysz na pierwszym w mej historii zumerkursie i pierwszym studenckim zagranicznym stypendium. Wróciłam 4 sierpnia i zabrałam się za pisanie zaległych prac rocznych. Któregoś dnia na początku września, rankiem, gdy siedziałam przy biurku dziubdziając na komputerze słownictwo sporów trynitarnych dla x. Paprockiego, zawołał mnie tata, nie wiedzieć czemu o tej godzinie już na nogach: "mała, mała, choć tu szybko!" Zawołał mnie do telewizora.
Na całym świecie nocy osłonieni mrokiem biegli posłańcy do Suzy. W każdej stacji telewizyjnej, radiowej ta sama mantra: Sardes gore! Na całym świecie greckie niewiasty nad telefonem i skrzynką mailową chyliły się z kagańcem / czy okrytego nieprzyjaciół szańcem / nie ujrzą ojca, kochanka lub męża... Tak, ja też po pierwszym szoku pobiegłam z powrotem do komputera. "Brokhe, tayere, are you ok??? What about others?" --> priority: high --> wyślij.
Co mówiły polskie rozgłośnie rankiem 1 września 1939? Nie wiem. Wiem, że niecałe trzy tygodnie później mówiły tak:
Nie, tego alarmu nikt już nie odwoła.
ten alarm trwa.
Wyjcie, syreny!
Bijcie, werble, płaczcie, dzwony kościołów!
Niech gra
Orkiestra marsza spod Wagram,
Spod Jeny.
Chwyćcie ten jęk, regimenty,
Bataliony - armaty i tanki,
niech buchnie,
Niech trwa
W płomieniu świętym "Marsylianki"!
Allons enfants de la patrie?
W grudniu 42 lata później nie było teleranka.
A potem, 20 lat po grudniu...
Eh.
Ziemio nasza!
Ziemio niczyja!
PS ...usiadłam do komputera żeby urodzić coś na zajęcia z bardzo-ważnym-panem-dyrektorem, które mam o 8 rano na drugim końcu Warszawy. Chyba na pierwszej lekcji francuskiego zapytam go więc, czy czytał Ujejskiego, bo nic innego nie urodziłam. A teraz biegnę do wanny.
marysia!!!!
wtorek, 8 września 2009
co za idiota
Z braku Magdy pod ręką zakrzykuję więc tu. Nie wiecie przypadkiem, co za debil z powodu pełnego worka obraził się na stojący w szafie odkurzacz na całe 3 lata????? Jak ktoś chce podziwiać dywan w swym pierwotnym kolorze pozbawiony powłoki szczeżujskiej sierści, choinkowych igieł i innych skarbów, oraz kontrolować stan bobków za szafkami w kuchni - cóż, radzę się spieszyć, bo następna okazja nie wiem kiedy nastąpi. Wcześniej niż za 3 lata, mam tylko taką cichą nadzieję.
i ostatni
Cztery armie, jak cztery noże -
w Rzym - w Pireneje - w Ural!
Mitraliezy! Armaty! Torpedy na morza!
Chorągwie na wiatr! Hurra!!!...
V
To nie piorun
bije z wysokości
w łuk triumfalny zwycięstwa.
To nie burza
obala kościół.
To inna, skrzydlata, klęska.
Krzyż złoty
nad Panteonem
chwieje się,
łamie, chyli.
Sterczą w niebo
ręce czerwone:
roztrzaskane arki bazylik.
Pęka stal.
Spada lawiną.
I nic jej nie zatrzyma.
Słychać:
tłuką kolby karabinów
w dwanaście tablic
praw Rzymu!
Lasem ściętym
wali się gotyk,
w stallach
święci
podnoszą lament,
lecą
z okien płonących bibliotek
kodeks,
Stary i Nowy Testament...
Aeroplany
w niebie nie znalazły boga,
łodzie podwodne
próżno szukały go w morzu.
Krzyczą żołnierze:
- Kłamstwo!
Tam nie ma nikogo!
Sami
na nowo
świat stworzym!
Idą.
Niebo błękitne bliżej.
Idą.
I każdy jest bogiem.
Na stos znoszą sztandary,
krzyże,
rozpalają ogromny ogień.
Płonie.
Łuną w niebo się wzbija.
Blask
czerwony
ciska naokół.
..................................................................................
Ziemio nasza!
Ziemio niczyja!
Pokój!
Pokój!
Pokój!
Zachód nie lubił naszego papieża. Francja, najbardziej z zachodu mi znana, widziała w nim wyłącznie stetryczałego staruszka, przestarzałego orędownika świata dawno przeterminowanego groteskową kukiełkę w rękach wszechmocnego oprawcy wolności i swobód wszelakich w osobie przewodniczącego Kongregacji wiadomo jakiej. Słuchając sączącego się z zagranicznych ust jadu zawsze zastanawiałam się, jak to możliwe - tak wielkie przesłanie pokoju i godności, głoszone słowem i czynem, do ostatnich chwil - sprowadzić do (niczego tymże zdobyczom cywilizacji nie ujmując) prezerwatywy i pigułki.
Drugi święty orędownik pokoju, brat Roger z Taize, w kwestiach tych ostatnich się nie wypowiadał, był więc postacią mało medialną. I on pokój głosił całym swoim życiem, sercem, miłością, zaufaniem i cichą, prostą modlitwą. Jego śmierć, tak bardzo absurdalna i tragiczna, równie cicha i pokorna, w niecałe cztery miesiące po śmierci Jana Pawła II, przeszła niemal bez echa. Było mi wtedy bardzo, bardzo smutno. Brutalnie uświadomiłam sobie, (tak, wiem, późno co nieco, co poradzę, że zawsze byłam naiwna? na swą obronę dodać mogę tylko, że w pierwszych dniach kwietnia byłam od polskich mediów oddalona o 3000 km) - że dziś nawet śmierć przelicza się na pieniądze. A co dopiero wojnę.
AD 1923 Broniewski tak kończy swój poemat:
VI
Wtedy
gdy już nikt nie będzie dzielił
ogromnej ojczyzny świata,
wrócą oni,
biali anieli,
w świętych, godowych szatach.
To nic,
że usta zgniły,
że oczy czerw im wyjadł -
powrócą
do swoich miłych,
a one
zwisną na szyjach.
Nie z mogił:
z dalekiej podróży
wrócą do domu goście.
Ziemia
zakwitnie różą,
kwiatem płomiennym -
M I Ł O Ś C I Ą.
Kiedy, panie Władysławie? Panie Nostradamusie? Panie Bushu, Obamo i pozostali panowie, zwłaszcza ci tam baarec? Kiedy?
czwartek, 3 września 2009
...i następny...
III
Idą żołnierze na zachód. Idą żołnierze na wschód.
W brzuch Europy, jak w bęben, tłucze karabin i but.
Idą zdobywać Warszawę, Paryż i Berlin, i Rzym.
W niebo ciskają pieśniami. W niebo bagnety i dym.
Idą, przechodzą, śpiewają: wielką ojczyzną jest świat -
ziemie i nieba, i morza - lata, miliony, ćmy lat.
Wieki przechodzą na przełaj. Wieki mijają jak próg.
Nie ma dla nieba litości: umarł, zabity już bóg.
Umarł, przebity pieśniami. Trupa zawloką na sąd.
Front w poprzek ziemi na niebo. Wszędzie na świecie jest front.
No więc 70 lat temu w dniu moich imienin zaczęła się drole de guerre. Długo nie rozumiałam, jak to możliwe, że Anglia i Francja nic sobie z niemieckiej agresji nie robiły i całe 3 dni im zajęło zauważenie, że na Polskę spadają bomby, że żołnierzyki nie są tym razem ołowiane, a karabiny nie z patyków.
3 dni, które na lekcjach historii wydawały mi się wiecznością, drole de guerre, której absurdu nie rozumiałam, oraz to, że we wrześniu 39 i przez następnych pięć lat ludzie chodzili do szkoły, pracy, imprezowali i jeździli na wakacje - nagle stało się jasne, jak to było możliwe, i że możliwe było w zasadzie tylko to. W Rzymie na Campo di Fiori... Dotarło do mnie, że nieczuła planeta ludzi nawet z okazji wojny nie jest łaskawa się - choćby na 3 dni - zatrzymać. Smutne. I z karuzelą na placu Krasińskich jakoś trudno mi się pogodzić.
Broniewskiego odcinki jeszcze 2. Nastąpią. W sumie wojna medialny temat, a blog to, jakby nie patrzeć, jakieś medium.
środa, 2 września 2009
wojny odcinek 2
Strach
kosmatą łapą
pukał do okien.
Zaryglowane bramy.
Zamknięte okiennice.
Ale słychać było:
szli
miarowym krokiem.
Słychać było:
bębny,
śpiew,
łoskot
z ulicy.
Szli
Niemcy
w hełmach stalowych
spod Verdun,
znad Sommy,
znad Marny.
Szli zmarznięci w belgijskich rowach
kolonialni żołnierze czarni.
Szli
błękitni francuscy żuawi,
potopieni w jeziorach mazurskich Rosjanie.
Austriacy z jedenastu ofensyw Piawy.
Szli
zakłuci,
uduszeni,
strzaskani.
Z pól i lasów,
z dna oceanów
oto już wszyscy nadeszli.
Tłum
pod miastem, jak morze, stanął.
Szumią,
szumią
chorągwie i pieśni.
Odmarsz!
Ogromnym pochodem
rozlewają się
szeroko
po ziemi...
- Hej!
Mostem nam
wschody - zachody!
Idziemy!
Idziemy!
Idziemy!
(wciąż ten sam Broniewski, któremu - jak można zauważyć - wcale nie ostatnia wojna była wówczas ostatnią... Idealistyczni Francuzi jakoś okazali się przytomniejsi, ochrzcili ją Grande, nie Derniere. A poemat powstał AD 1923)
wtorek, 1 września 2009
czas czuchra
A może to tylko kłopoty z arytmetyką?
Kontemplując ostatnio metrum kolejnych przekładów Leukonoe, na dobry początek policzyłam sylaby u Petrycego: 12. Poszukałam średniówki: po 6. Zapisałam: 12 (6+7) i odłożyłam pod poduszkę, bo godzina późna była. Następnego dnia powtórzyłam czynność z Libickim. Sylab 13, średniówka po 6. Zapisałam: 13 (6+7). Potem wpisałam jedno i drugie do excelowej tabelki (bo ja bez tabelki nie mogę.............) i dopiero gdy zobaczyłam jedno pod drugim
12 (6+7)
13 (6+7)
...coś mnie tknęło. Czyżby w jednej z tych opcji kryłby się błąd??? W sumie przez całe LO miałam psim swędem 4 z matmy, co - jak niektórzy wiedzą - było nie lada wyczynem. No więc dowartościowałam się myślą, że czwórka była zasłużona chyba, wszak arytmetyczną wpadkę wykryłam, a tabelki mają swoje plusy, c.b.d.o tudzież CQFD. Można się bawić w rozwnięcie ostatniego skrótu ;-)
ostatnia wojna
Ostatnia wojna
I
Dosyć!
Skończcie już raz z tem!
Przestańcie krzyczeć: "Sława!"
Patrzcie:
armia przeciąga miastem,
ta, która biła się za was.
Dziwicie się?
Potraciliście głowy?
I nikt właściwie nie wie:
czy wojna się zacznie znowu,
czy tylko urządzą rewię?
- My bardzo kochamy żołnierzy,
my im rzucamy kwiaty,
a zresztą... państwo im płaci.
Ale tu - któż by uwierzył,
że ci, w cuchnących szmatach,
to nasi ojcowie i bracia?
Zakopano ich
setkami
we wspólnych dołach,
opłakano
i było już dobrze...
Po co przyszli?
Kto ich zawołał?
I kto im wyprawi pogrzeb?
Szli
ulicami,
batalion przy batalionie,
zgnili,
zbutwiali,
bez twarzy.
A każdy
niósł jakąś czarną plamkę na skroni,
a każdy,
jak chorągiew,
niósł strzępy sczerniałych bandaży.
Zaleli place,
ogrody,
miejskie plantacje,
na ulicach rozbito biwaki...
...Tego samego dnia
z drabinek radiostacji
odleciały depesze jak ptaki:
"Do wszystkich!
Wstajemy z grobów!
Pomóżcie nam je otwierać!
My, zabici z całego globu,
nie chcemy więcej umierać!"
Myślicie:
"Nie wstają zabici.
To sen,
męczący koszmar."
Nie!
Na placach,
na ulicach
mityng.
Jakiś żołnierz nieznany głos ma...
(c. d. n.)
I z tymi słowami w pamięci włączmy dziś telewizor, radio, kupmy gazetę. Posłuchamy prezydentów, kombatantów, rzucimy kwiaty, odśpiewamy hymny i posalutujemy na defiladzie, a może nawet weźmiemy udział w jakimś performance. A dzieci pójdą do szkoły, choć białe bluzki pewnie już niemodne. 60 lat temu... tfu, 70.................
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
gdzie ona polazła??

...i najpiękniejsza w historii szczeżujskiego zębodzieła koronka:

No i pasiaste futro w pełnej krasie. Gdyby nie była Szczeżują, miała zostać Trzmielem albo Tygrysem.
Szczeżu! Gdzieś ty polazła?? Już miesiąc kicasz na tym gigancie i coś mi się zdaje, że już nigdy do domu nie wrócisz.... może ci tam lepiej, na tych niebieskich łąkach, ale mi bez ciebie nie. Nie sądziłam, że będę kiedyś płakać na widok twych trójkątnych koronek na prześcieradle...........
piątek, 28 sierpnia 2009
ludzie listy piszą
Koteńka!
List Twój, który przed chwilą odebrałem, sprawił mi ogromną radość i oczekiwałem tego listu codziennie z bardzo wielką niecierpliwością. Wczoraj wysłałem telegram do Ciebie, który chyba już otrzymałaś. Nie chodziło mi o to, że się pogniewałaś na mnie, ale bałem się, czy nie stało się coś tobie lub Halusi, co chce przede mną na razie zataić. Wiem, że zostawiłem Ciebie bez służącej i bałem się, że mogłaś sobie coś zrobić przez podniesienie jakiegoś ciężaru. Halusia miała wysypkę na ciele i bałem się czy nie zachorowała. To też list Twój, z którego wynika, że mniej więcej wszystko jest w porządku – bardzo mnie ucieszył. Gdybym dzisiaj tego listu nie dostał – miałem jutro telefonować do Kowalskiego lub do Ciebie do biura. Liczyłem się też z ewentualnością przedwczesnego wyjazdu do Warszawy, gdybym w dalszym ciągu nie miał od Ciebie wiadomości. (...) Koteńka, napisz mi tym razem z mniejszym opóźnieniem, bo ja bardzo czekam na Twoje listy i bardzo mi jest przykro kiedy inni dostają listy, - czasem codziennie - a ja codziennie wracam z kancelarii WDW bez listu. (...) Mocno ucałuj naszą słodziutką dzieweczkę. Wcale nie chcę, aby za mną tęskniła. Niech się tylko zdrowo chowa i bawi. Pozdrów Mamusię.
Całuję Cię mocno
Twój
Zyg
Tako pisze dziadek Zygmuś do babci Wisi z Juraty, 17 VIII 49, o godz. 16. A Jurata... ta hipersupermodna Jurata... kiedyś... Ho ho, tak tak...
Pytasz o to jak ja się tu bawię. Odpowiadam Ci szczerze, że nieszczególnie. Jak Ci już pisałem w poprzednim liście (którego jak widzę nie czytałaś) - Jurata to jest taka wysepka prawie - bardzo daleko położona od wszelkich centrów zabawy [dziadku! to z ciebie taki rozrywkowy gość?], zupełnie odmienna od Sopotu. Jest to ustronie, idealne dla wypoczynku rodzinnego (z dziećmi), ale zupełnie nieinteresujące dla "słomianych wdowców" lub kawalerów. Muszę Cię uspokoić, że wszelkie miłosne historie są tu fizycznie niemożliwe, bo ludzie mieszkają tu wszyscy w kilkuosobowych pokojach i prawie wszyscy są z dziećmi. Czasem żałuję, że nie wziąłem ze sobą naszej Halinki, ale z drugiej strony niewiadomo co onaby jadła, bo tutaj jest tylko jedna kuchnia dla wszystkich. [Hm, czyżby wtedy nie było też gerberków?]. Poza tym panuje tu plaga komarów, od których dzieciu najbardziej cierpią. [no, komary są upierdliwe, ale dzieci, a przynajmniej wspomniana Halinka chyba bardziej ucierpieć może od... ten tego... jakiegoś kleszcza? Czy może była to era również przedkleszczowa?] Mimo to nie narzekam na moje wczasy, gdyż czas upływa tu w rozkosznym lenistwie. Dotychczas miałem tylko 3 dni plażowe, a reszta była pochmurna. Najgorsze że nie ma tu gdzie spacerować. Jest tylko jedna jedyna droga (do Jastarni), a z obu stron rzadki las sosnowy i morze. Człowiek czuje się jak na jakimś okręcie zakotwiczonym na morzu. Do Gdańska, Gdyni i Sopotu jest bardzo daleko i trzeba tam jechać po 4 godziny w jedną stronę. Aby jechać statkiem - trzeba najpierw dostać się do miejscowości Hel, co też wymaga dosyć czasu i pieniędzy, których nie mam. - To też jak dotychczas dzień spędzam na wylegiwaniu się na tarasie [hola hola, te tarasy w WDW to ja widziałam, teraz to się balkon nazywa], plażowaniu (o ile jest pogoda, czytaniu książek, grach w karty i szachy. Czasem tańczymy trochę przy patefonie, czasem mamy kino, no i to wszystko. Towarzystwo średnie. Wszystkie zabawy i gry odbywają się tylko kolektywnie. - Jeżeli pojedziemy nad morze razem - to Ty musisz przedtem zaopatrzyć się w cały komplet morskich strojów, kobiety mimo wszystko bardzo się tu stroją. Do kompletu tego należą: suknia plażowa, kostium kąpielowy, szorty, barwne szlafroki, spodnie jasne, wszelkiego rodzaju bluzki i spódniczki, kubraczki czerwonego koloru - tego rodzaju jak Twój granatowy itd. Wogóle przeważa tutaj kolor mocno czerwony we wszystkich rodzajach strojów. Szlafroczki i spódniczki też przeważnie są czerwone w groszki. Kobiety upodabniają się tu do muchomorów. Szczegóły te podaję Ci dlatego, ponieważ wiem że Ciebie zainteresują.
No a teraz hit wszechczasów:
Jutro urządza się wycieczkę do Gdańska statkiem, ale zdaje się że nie pojadę. Może pojadę innym razem, jak przyślesz mi trochę pieniędzy, bo już musiałem się zapożyczyć.
To w owym słynącym z patriarchalnej struktury domu to BABCIA trzymała kasę???? Czego to się człowiek na stare lata nie dowiaduje. Eh, chciałabym dostawać takie listy. Mogłyby być nawet via email, ale kto w mailu pisze taką polszczyzną? Podobno to się talent narracyjny nazywa? ;-)
ocalić od zapomnienia
Pewnym mankamentem tego chlubnego faktu jest moje zakrawające na pewność przypuszczenie, że z wyżej wspomnianych dwóch i pół - półtorej zostanie, wraz z załącznikiem, odstrzelone. Obawiam się, że w ten sposób tempo mej tfu-rczości nie będzie zawrotne. Dla upamiętnienia jednak pierwszych kotów wklejam kandydatów do odstrzału:
Po pierwsze – magisterium stanowi zwieńczenie m o i c h [hehe, jak wiadomo i n d y w i d u a l n y c h (przyp. blog, tego łaskawie oszczędziłam niemishowemu promotorowi)] studiów filologicznych, które rozumiem jako poszukiwanie w ł a s n e j drogi do rozumienia języka i pisanych w tym języku tekstów. Nie wierzę w istnienie recepty uniwersalnej. Jako że z natury rzeczy jest to zadanie na całe życie – poszukiwania te nie mogą zakończyć się wraz z momentem ukończenia studiów magisterskich. Z tego powodu p r o c e s dochodzenia do własnego stanowiska wydaje mi się co najmniej równie ważny (jeśli nie ważniejszy), co sam tego procesu rezultat. W obliczu tak określonej hierarchii chciałabym, by praca - oprócz stanowienia rezultatu - była również odzwierciedleniem procesu. Widzieć w niej więc należy moje osobiste spotkanie z Horacym i polskimi tłumaczami Horacego, siłą rzeczy postrzegane przez pryzmat własnych zmagań translatorskich, okraszone tu i ówdzie myślami co znamienitszych mistrzów polskiego słowa na przestrzeni wieków.
Drugi powód jest prozaiczny. Ponad 100 lat temu zdemaskował go Charles Baudelaire w inwokacji do swych Kwiatów Zła:
...parmi les chacals, les panthères, les lices,
Les singes, les scorpions, les vautours, les serpents,
Les monstres glapissants, hurlants, grognants, rampants,
Dans la ménagerie infâme de nos vices,
II en est un plus laid, plus méchant, plus immonde!
Quoiqu'il ne pousse ni grands gestes ni grands cris,
Il ferait volontiers de la terre un débris
Et dans un bâillement avalerait le monde;
C'est l'Ennui! L'oeil chargé d'un pleur involontaire,
II rêve d'échafauds en fumant son houka.
Tu le connais, lecteur, ce monstre délicat,
— Hypocrite lecteur, — mon semblable, — mon frère! [1]
Od czytania zaś nudnych prac humanistycznych jedna tylko czynność wydaje mi się bardziej nieznośna: jest nią ich pisanie. Efekt końcowy takiego przedsięwzięcia jest zwykle tragiczny: nie raz skutkuje ono frustracją autora i w wyniku tejże – zaniechaniem obiecującej pracy nad genialnym nie raz materiałem, a tym samym – przekazaniem pałeczki kolejnemu frustratowi. Jeśli zaś to pierwsze wyzwanie uda się piszącemu pokonać, bywa jeszcze gorzej: dokonuje on morderstwa na przedmiocie swej pracy i w rezultacie skutecznie zniechęca doń czytelników. Nie sądzę, by taki miał być cel humanistyki.
Skupiając się zatem na celu, w trosce o doprowadzenie przedsięwzięcia do końca, nie odpieram pokusy uniknięcia nudy. Temu ma posłużyć przeplatanie analizy co celniejszymi uwagami znakomitych praktyków. Refleksje te odzwierciedlają proces kształtowania się warsztatu translatorskiego i pisarskiego tłumaczy oraz proces mojego rozumienia subtelności Horacego i analizowanych przekładów. Łamię więc nieco protokół dyplomatyczny z nadzieją, że w imię szlachetnego celu zostanie mi to przez łaskawego Czytelnika wybaczone.
[1] Charles Baudelaire, Au Lecteur (Do czytelnika). Ibidem: … Jako że arbitralny wybór jednego tłumaczenia tego znakomitego wiersza wydał mi się sprzeczny z tematem i duchem pracy, skonstruowałam dla dociekliwego Czytelnika Załącznik x (vide s. y.), w którym znajdzie on x jego innych polskich przekładów.
Tadam, a teraz można gratulować i przestrzegać przed katastrofą.
Na foto powyżej nieznany sobowtór mojej muzy w pozie bojowej, ze specjalną dedykacją. Już adresat(ka) będzie wiedział(a). Nie mogę pojąć, dlaczego wszyscy twierdzą, że szyl wygląda jak mysz. Widział ktoś puchatą fruwającą mysz ze szczeciniastym ogonem do złudzenia przypominającym albo wycior od fajki tudzież szczotkę do butelek?
Współpraca z Tyciem tym się zaś różni od pomocy szczeżujskiej, że lżejszy on i mniej sobie robi z nieznanego podłoża. Co sprawia, że oprócz napisania fjdals;afksdfha;lfha;hf potrafi też naciskać kombinacje klawiszy (ów?). Co bywa niebezpieczne. Ale za to bezpieczny jest kabel - ponoć nie można mieć wszystkiego.
czwartek, 27 sierpnia 2009
król czasów
A że w międzyczasie (który, jako rzeką z głębi wielorybich trzewi - królem czasów jest) obudził się Horacy, przepisuję mojego faworyta i jego najbliższego konkurenta. Można zgadywać, można głosować, jednym słowem zaczynamy casting na ulubiony przekład.
Obudzony Horacy po raz pierwszy:
Nie szperay dwornie, czego nikt nie ścignie,
Iaki tobie i mnie koniec
Śmiertelny przyniesie goniec,
Gdy w zimnym grobie skrzepły trup ostygnie.
Niechciey się liczbą Babilońską bawić,
Byś wszystko potrafił snadnie,
Cokolwiek na cię przypadnie,
Stałym umysłem, a cierpliwym strawić.
Czy Bóg uzyczy więcey zim dla ciebie,
Czylić ostatnią iuż dawa,
Co nazbyt srodze powstawa,
A morskie skały w nawałnościach grzebie.
Używay bacznie miłey krotofili,
Którąć przytomny czas leie
A długiey nie czyń nadzieie
W tak krótkiey życia lecącego chwili.
Ono gdy mowim, czas nam śliski zdradnie
Cichym zmyka kołowrotem:
Chwytay go teraz, bo potem
Wiecznie nie zgonisz, gdy ci z rąk wypadnie.
... oraz po raz wtóry:
Nie nurzay, prożno myśląc, czoła w pocie,
Boć się tym rozum śmiertelny nie szczyci,
By dociekł, wiele na swym kołowrocie
Parka żywotnich uprzędzie mu nici.
Iaka cię dola czeka w dalszey prze,
Ni bałamutny gwiazdarz nie wyśledzi,
Chocia śklem łowczym błędne zmyka zorze
Czekay cierpliwie, czym cię los nawiedzi.
Bądź jeszcze wiele zim przepędzisz żywy,
Bądź to ostatnia iuż dobiera miarki,
Co ieżąc mętne na Tyrrenie grzywy,
O brzeg bałwanom dumne ściera karki,
Mało dbay na to: niech się wino leie,
Poki lać moźna ze dzbana do śklanki.
Długie zamysłow człowieczych nadzieie
Scisłemi życia Bog otoczył szranki.
My ze sobą gwarzym: a czas skrzydło płochy
I słowa goni i chwile powiewne;
Poki masz w ręku, zażyway tey trochy
Zycia marnego, bo iutro nie pewne.
No, iak wam się podoba?
Kto da więcej?
piątek, 21 sierpnia 2009
CO. R. U. P. S. I. S
Konkurs pierwszy -
Na rozwinięcie tytułowego skrótu. Im weselej, tym lepiej, po złożeniu propozycji w komentarzu można sobie wygooglać wersję oficjalną. Googlanie lub klikanie w link obrazka przed zaproponowaniem własnego rozwinięcia łamie reguły fair-play, proszę nie faulować!
Żeby nie było, żem całkiem okrutna, zamieszczam 2 podpowiedzi.
Podpowiedź pierwsza: Co = Comite.
Podpowiedź druga: w wierszyku poniżej.
Jadis, à l’école, les maîtres des langues
(Qu’ils eussent ailleurs dirigé leurs harangues !)
Voulurent que nous apprissions les formes
Rares des verbes français – un boulot énorme -
Mais, bien que les profs nous torturassent,
Nous ne retînmes pas toutes les règles, hélas !
Ainsi préparés, en France nous allâmes :
Aucun subjonctif imparfait nous trouvâmes,
Et le passé simple que nous employâmes
Évoqua des sourires, ce que nous déplorâmes !
Quel dommage que nos efforts scolaires
Ne fussent plus estimés au pays de Molière !
Eussions-nous vite connu de CO. R. U. P. S. I. S. le siège,
Nous aurions mieux supporté ce sacrilège.
Quelle joie que des sages aient créé un projet
Où on mange et conjugue encore plus que parfait !
Plût à Dieu que les Français retrouvassent
Toutes les formes classiques qu’ils apprirent en classe !
Konkurs drugi
A gdyby tak powołać komitet w ojczyźnie-polszczyźnie, to co mu dać w nazwie tudzież statucie?
PS Jeśli kogoś ciekawi, jak się do publikowanych treści ma Horacy, to zawczasu informuję, że niestety średnio. W ogóle Horacy ma się średnio, a Leukonoe jeszcze gorzej. Biedaczyska.........
wtorek, 11 sierpnia 2009
Al mármol estos libros
Zresztą, co tu gadać - obserwacja stada spontanicznych myśliwych i własnoręczne polowanie były doświadczeniem wielce interesujcym, ale opowiadanie performance'ów jest chyba bez sensu. Więc kto nie dotarł, niech wierzy na słowo i żałuje. A mkw zapytała, co złapałam. Ot i to:
En Chile sobre todo, era pan comido
Qué había que hacer
darle la espalda a la cordillera no más
y luego caminar algunos días
Y una vez en la orilla qué se hacía
Llegaba uno, sumergía un dedo
y le probaba el gusto al aqua
Y con eso uno ya sabía todo:
el sabor del agua el los siete mares.
(Adán Méndez)
Ultra
wydaje mi się, że rozumiem wiersze, o których
kilka lat temu myślałam, że już je rozumiem.
wydaje mi się, że rozumiem również ciebie.
tak to się ułożyło, że zostałam sama.
ze swoją mgiełką, amfetaminą i perłami.
bo zrozumiałam także piosenki.
(Marta Podgórnik)
Algo tendrá que salir de esto, decía la suelta en una letanía,
y era una orden y era un doler.
Vamos, rájame el corazón, decía la perla,
así no más, muy suelta de cuerpo.
En eso el rey se la pone.
Y la perla inevitablemente ennegrece.
Con todo dentro suyo.
(Paula Ilabaca)
Ballada
Świadomość awansowała do półfinału,
noc przeżyła ciemność w rozterce,
świtem ciało serca zdradza usta.
Lecz nie chodzi o kształt pośladków, kiedy
śmierć nie panuje w tańcu nad biustem
a rzeczy stają się coraz bliższe.
Sony wsadził biuro do telefonu;
świadomość tuli się do piersi, szepcząc:
ciężko bieduję, gdyż byłam harująca.
(Cezary Domarus)
Al mármol estos libros
Y como caen del cielo los astros en la noche yo qusiera verlos manando del sol cada constelación el azul del firmamento
Será con esa visión que raje mi vista cuando una vez cierre esta pretina y abroche esta hebilla del sueño mío
Si es que estos causes hicieran volar todo el firmamento yo suscribo aqui esta imagen: los astros en el día
Y lo dejo para mi libro de mármol adornado con flores
No busques en vano mi Dios: esas escaleras no conducen a ninguna parte
(Felipe Ruiz)
Pudełeczko
Nie wiedząc co zrobić z dniem
i nocą, wymyśliłem
dla ciebie (i dla siebie też)
małe
pudełko do liczenia przed
snem: siedem, siedem, osiem
(Adam Zdrodowski)
Llave del pensamento cautivo
Ah la humedad de la mente
El moho del pensamiento
El hongo de la razón
La seta del intelecto
El parásito surge de las zonas frías
Y se reproduce por esporas
Sin necessidad de la energía
Sin necessidad de echar raíces
Ah la cualificación del hongo para la vida
Se instala sobre todo lo bueno y profita
Con lo que de veras somos.
(Alejandra del Río)
Hipotermia
Konfiguruj członka - odpowiada system, gdy próbuję
przejść na twoją, lepszą stronę. To się nie uda inaczej.
Piszę wytrwale od rana do zrośnięcia krainy kilku stawów
i z powrotem, zatopionych przodków powołując na świadków,
a za nimi solidnie poparte derywaty lawin, że to, co nas
dotyka - jest jak śpiewogra w pękniętej tonacji zachodu.
Bo przekroczyliśmy dostępny tonaż i w świetle
nadciągającego lata stać nas może na pustostan.
(Michał Kasprzak)
Ves que fui un idiota,
arruiné el espectáculo
y ahora son las moscas.
Mis moscas, - las que eduqué
con esos instrumentos de viento
el en jardín, durante las malditas noches-
las que se prometen amor para siempre.
No dejo de estar triste o acurrucado
entre las sabanas.
Por esa razón
fumo y tanteo. Tanteo y narro.
(Octavio Gallardo)
Hm. I jak? Zachwyca, nie zachwyca? Powiecie coś?
Bo jeśli o mnie chodzi, to to, że nie znałam ani jednego z nazwisk nie zaskoczyło mnie specjalnie. To, że nie całkiem rozumiem i nie wszystko do mnie przemawia również. Ale jestem ciekawa, co na to pt czytelnicy (ktoś dotrwał do końca?). Mogę przeklepać tłumaczenie chilijczyków jeśli jest zapotrzebowanie. Tak czy siak, wiersze z nieba spadające były ekstra. I tylko nie zdążyłam pogadać z Prawie_Małą_Mi o tym, co nam spadło - było wszak dużo innych tematów do rozmowy. To chyba też symptomatyczne... :)
piątek, 7 sierpnia 2009
500 kilo poezji
Naloty lotnicze, niezapowiadane i nieprzewidywalne, miały na celu zniszczenie bojowego ducha ludności cywilnej. ‘Deszcz Wierszy’ zamienia tę nieprzewidywalność na potwierdzenie potencjału kultury jako takiej i przypomina o wartości działań, w których produkcja kultury jest zarazem formą pokojowego sprzeciwu. Parafrazując Freud’a: możemy polegać na przekonaniu, że cokolwiek prowadzi do rozwoju kultury, tym samym działa przeciwko wojnie."
W sumie chyba jest to jakaś myśl.
Ktoś pójdzie ze mną łapać wiersze?
Będą latać po zmierzchu, między 20:15 a 22.
sobota, 1 sierpnia 2009
trzy lata i pięć tygodni
W domu będę pewnie jeszcze długo dosalać atmosferę na widok pogryzionych pudeł, nadczytanych książek, koronkowych prześcieradeł w trójkątny wzorek, zagubionego bobka czy źdźbła siana zaplątanego w przypadkowym miejscu. Co do dwóch ostatnich, to krakowskie doświadczenie pokazuje, że pod względem chowania po kątach zachowują się identycznie jak igły z choinki i piasek znad morza.
Szczeżuja zamieszkała z nami w niedzielę, 11 czerwca AD 2006 i pokicała na niebieskie pastwiska wczoraj, w piątek, 31 lipca 2009, chwilę przed jedenastą. Trzy lata i pięć tygodni, tylko tyle i aż tyle.
I to wcale nie tak miało być. To nie był plan na te wakacje, i na pewno nie na ten rok. Miałyśmy tu teraz siedzieć dwa tygodnie z Horacym i Rudą, kicać szczęśliwe po całej działce, częstując się czym dusza zapragnie prosto z grządki, buszować w lesie i pod gankiem, a nie zamieszkać na zawsze w lesie pod brzozą, w suchej, zimnej piaszczystej ziemi.
Niebo to jest małe miasteczko w niedzielę,
Gwiazdy gapią się na ziemię z okien.
A wiadomo że gwiazd jest wiele,
i że wszystkie są niebieskookie...
piątek, 31 lipca 2009
ręce
Ale przecież te same ręce zawsze otwierały lodówkę, przecież to one przynosiły do domu dużo dobrego zielska, przecież potrafią otworzyć puszkę z granulatem i torebkę z pasternakiem dużo szybciej, niż króliczy nos. Te ręce głaszczą przez całą noc, pod łóżkiem, pod biurkiem, pod lodówką, głaszczą i drapią po nosie, tak lekko, tak czule, ale czy nie widzą, dlaczego nie widzą, że od tego głaskania wcale nie łatwiej tym nosem oddychać? Ręce... może te ręce wiedzą co robią?
Duże brązowe oczy patrzą na nie ufnie, umęczone, przestraszone, zgubione. A ręce znowu gdzieś wiozą, znowu kłują, i tak bardzo jakoś przepraszają, i ten duży łysy nos wtula się w rude futro na nosie, na karku, na brzuchu, i spływa po nim słona strużka.
Podobno jest takie miejsce, gdzie można spotkać babcię Księżniczkę, wuja Gwidona, kuzyna Kreta i krecią mamę, Klapka z Białegostoku i nawet tego gówniarza Nietoperza, któremu się kiedyś wyrwało kawał futra. Podobno tam już nic nie boli, nikt nie łapie i nie kłuje, podobno tam wcale nie trzeba otwierać szeroko pyszczka, by starczyło powietrza, i nigdy, nigdy nie ma powodu do tego, by głośno płakać z bólu i strachu. I są tam całe pola bazylii i mięty, są grządki z pizzą, czekoladą i źródła baileysa, a dojrzałe rodzynki spadają z drzew. Kuweta jest wszędzie i wszystkie kable i prześcieradła można do woli gryźć. I żeby się tam znaleźć, trzeba tylko pokicać za jakiś most.
Tak w kazdym razie mówi ten duży łysy nos wtulony w futro, do uszka to mówi długiego, najpierw prawego, potem lewego, a dwie pary dużych, łysych rąk głaszczą i drapią po nosie rudym i futrzastym. Oddycha się coraz lepiej, spokojniej, trochę się w rudej w głowie kręci, znajomy głos powoli ucicha w oddali. I tylko jeśli to wszystko jest takie piękne, to czemu ta sól nie przestaje kapać mi na pysk?
wtorek, 28 lipca 2009
abulia
Abulia (gr. αβουλία - brak woli) - objaw kliniczny pod postacią zaburzenia aktywności, polegający na chorobliwym niedostatku lub braku woli, który przejawia się w niemożności podejmowania decyzji i działania. Objaw charakterystyczny dla depresji endogennej, schizofrenii oraz uszkodzenia płatów czołowych (zespół czołowy). Czasem zamiast terminu abulia używa się słowa hipobulia - podkreślając tym samym, że chodzi o obniżenie aktywności, a nie jej całkowity zanik.
Patrzcie państwo. Na to się dziś skarżyłam mojemu panu dr. Tylko nazwałam to jakoś mniej delikatnie - opieprzaniem się.
A poza tym to wisi tu to chorowanie i wisi, bo abulia dopadła też rudą. Niby łeb się wyprostował, oczy przestały latać, kicamy raczej prosto a nie jak pijany marynarz i nie wywalamy się po drodze, ale znów wróciłyśmy do etapu gerberka do dzioba. Jak już ją unieruchomię to nawet całkiem współpracuje: wieczorem tym sposobem wciągnęła prawie pół słoiczka. A gdy się do niej zbliżam o poranku, nie wiedzieć czemu warczy na mnie i rzuca się z pazurami. Pewnie chodzi jej o tę igłę w kark, ale ja igłę przynoszę dopiero w drugim rzucie, najpierw przychodzę się przywitać, więc nic nie rozumiem. Szczeżujskiego chorowania mam już serdecznie dość, i ona chyba takoż. Zapomniałam się chyba pochwalić, że w czasie pochłaniania w/w geberka zostałam obsikana. Ot, szczegół.
PS Może mnie ktoś też powinien karmić gerberkiem i strzykawką, hm? A tu żona w Paryżu i nie zrobi z owsa ryżu.
niedziela, 19 lipca 2009
chorujemy :(
Bluzka, spodnie, buty, transporter, taksówka, oaza. W kark: steryd, antybiotyk, witamina b6, w dziób: białe paskudztwo. Zielona trawka w Zambskach spadła z planu. Pani wet (ta, co iskała Kocia) kazała posprzątać w klatce (sic!), włożyć tam zwierza i patrzeć, ile je, bobczy i sika. No i kłuć i dopyszczać przez 3 dni. Wróciłam, posprzątałam. W tym czasie zwierz pokicał najpierw pod lodówkę, potem po krótkim namyśle pod łóżko i tyle go widzieli. Ania, widząc, jak wczołguję się tam z plażowym ręcznikiem, ligniną, miską siana, wody i półmiskiem smakołyków, skwitowała: o, Mahomet do góry?
Zwierz biedny, ząbkami zgrzyta wcale nie z radości. Granulatu nie tyka, pasternaku nie tyka, marchewki nie tyka. Ale karton podgryźć umie,
czwartek, 16 lipca 2009
Sen o małych kotkach
Śniły mi się małe kotki. Na klatce sąsiedniej do klatki mojej babci ktoś je mordował. Pani Jola kiwała głową, że tak przecież zawsze było, słuchała mojego przerażenia bezbrzeżnie nim zdumiona. Że wszyscy o tym mówili, że zawsze tak było, że ci ludzie tam już tak mają, że koty mordują, zwłaszcza małe, tyle ich przecież jest, ciągle nowe się rodzą. Biegłam, biegłam z całych sił, żeby zdążyć przed katem. Biec trzeba było przez górki, piaszczystą drogą; biegłam więc najszybciej jak potrafiłam i tak po kolei, po jednym, pod dwa zabierałam je pod bluzą do mieszkania babci, która umierała. Sześć dorosłych i prawie czterdzieści małych. Tych, których główek nie zdołano roztrzaskać o ścianę. Każdy z nich był inny – miał swoje łatki i prążki, bawił się po swojemu, inaczej skakał, łasił się i mruczał. Rozłaziły się po całym domu, mama gderała, ale nie protestowała. Każdy dostał swoje imię i każdemu obiecałam życie, tak jak kiedyś moim braciom i siostrom chciałam nadać imiona i podarować historie. Wiedziałam, że babcia umiera, i że po jej śmierci trzeba będzie opuścić to mieszkanie i zabrać z niego kotki. Wiedziałam, że czeka – i nas, i ich oprawców – długa, wspólna podróż. To chyba był pociąg i nie było w nim przedziałów. Ale chyba nie bydlęce wagony, prędzej plackarta w kolei transsyberyjskiej... A może nie, nie pamiętam; na pewno dokądś mieliśmy razem jechać i raczej jechaliśmy pociągiem. W każdym razie wiedziałam, że niemal pięćdziesięciu kotom muszę znaleźć dom. A jednak wszyscy mnie wspierali. Rodzice, mama, mama najbardziej i na pewno, ale też inni bliscy, znajomi, przyjaciele, moja klasa i nawet mój cyniczny wychowawca. Stukali się w głowę, docinali, ale wspierali. A przynajmniej nie potępiali. Podśmiewali się, ale słuchali, dzwonili, pytali. Tak jakby swoją milczącą zgodą chcieli zadośćuczynić innym główkom i innym śmierciom. Wszyscy czuliśmy, że ocalenie tych maluchów jest sprawą pierwszej wagi.
Myślałam, że nigdy tego snu nikomu nie opowiem.
konwencja życia
(Zygmunt Wizelberg, mój dziadek, 31 X 75)
Bo piękno na to jest, by zachwycało
Do pracy - praca by się zmartwychwstało
(kto inny, kiedy indziej)
znalazłam
wtorek, 14 lipca 2009
wielka mała
szukają świętych co wiedzą na pewno
jak daleko odbiegać od własnego ciała
a ty góry przeniosłaś
chodziłaś po morzu
choć mówiłaś wierzącym
tyle jeszcze nie wiem
- wiaro malutka
I niech się te słowa dawno nie czytanego x. Jana od drzew niewierzących - się staną mottem moich wakacyjnych zmagań z Horacym. Niech. Niech się. Wajjikra.
wesołych świąt, żono!
Pójdziesz oglądać feu d'artifice?
PS Jestem dzielną dziewczynką, która właśnie zapłaciła rachunki. Ze światłem tylko 4 dni spóźnienia, telefon za czerwiec przed czasem (sic!!!), za maj nieco po czasie. I Mamie przy okazji coś skapnęło tytułem długów wszelakich. Hm. Lubię to uczucie i nie lubię go zarazem. Świat emocji jest skomplikowany.
czwartek, 2 lipca 2009
z(Z?)ydoski Pan Jezus
Próbowałem odzwyczaić się od palenia, ale jeśli Pan Jezus nie mógł, to cóż ja mogę, chudzina? Przecież wyraźnie stoi w góralskiej piosence:
Zydoski Pan Jezus,
Maluśki, nieduzy,
Usiad se no psypiecku,
Fajecke se kuzy.
Stimt es, oder stimt es nicht?
Denerwuje mnie redaktorskie niechlujstwo. Notatnik wydany jest cudnie, na jednej stronie faksymile oryginału, na drugiej spisany tekst. Okładka, zdjęcia, mapa - naprawdę piękna książka. Tylko dlaczego moje zdolności paleograficzne zdecydowanie przewyższają kompetencje redaktora? Może dlatego, że oprócz odcyfrowywania literek warto jeszcze zastanowić się nad odczytaną treścią? Czytam ten tekst wydrukowany i nie zgadza mi się. A to ortografia, a to interpunkcja, a to sens. Z niedowierzaniem zerkam do rękopisu i widzę, widzę jak na dłoni - jest znak zapytania, którego redaktor nie zauważył, jest voulez-vous a nie voulez-wous, par a nie per, l'homme de la Renaissance a nie l'homme la Renaissance, l'affirmait a nie l'affirment, itd. itp. Myślałam, że tylko WUJ oszczędza na redakcji i korekcie. A tu nie tylko.
Tak czy siak, dużo w tym notatniku takiej dorożki, takiego dorożkarza i takiego konia, jakich w ogóle nie znałam i jakich bym się nigdy nie spodziewała. O, zielony Konstanty, o srebrna Natalio! Notatnik obejmuje zapiski z okresu od 18 VIII do 18 listopada 1941 z obozu w Altengrabow. Czyżby prezent na moje urodziny, te AD 39 przed moją erą? - pomyślałam próżnie.
Pisze Gałczyński w podarowanym mu przez kolegę zeszycie: Przed paroma dniami zrobiłem żartem wyrzuty Jankowi, że mi ofiarował ten brulion, bo mnie to zmusza do pisania. Tak to - mówiłem - miałbym spokój. A teraz osaczają mnie tysiączne problemy słownictwa, składni, słowem wiecznie ciężki problem stylu. Notatnik ten ukazał się teraz, bo Cesarzowa nie pozwoliła opublikować tych zapisków wcześniej niż 50 lat po śmierci męża.
Zakochani idziemy pod rękę
pod światłem Wielkiego Wozu.
A pamiętasz czarną udrękę,
gdy listy pisałem z obozu?
W snach jedynie widziałem wtedy
twoje oczy, Wisłę i most -
o, dni pełne strachu i biedy,
o, Kriegsgefangenenpost.
Tyle lat zmarnowanych w udręce -
jak dwie siostry: groza i nuda.
Księżyc wisiał jak srebrne serce
na niemieckich kolczastych drutach,
rzekę bólu do dna wtedym pojął
i płynęły noce i dni
z widłami w niemieckim gnoju
lub na pryczach w Strafkompanie.
A dzisiaj przynosi noc nam
pocałunki i winogrona
i szumi jak wieczna wiosna
flaga, flaga biało-czerwona...
I znów ta uliczka pochyła,
i tych klonów pod śniegiem rząd.
Wesołych Świąt, moja miła.
Miła moja! "Wesołych Świąt"!
(Wesoła Gwiazdka, 1948)
Zaprawdę - wielkim poetą był. Mimo wszystko, pani żono, choć nie znane wcześniej elementy biografii faktycznie kłują w serce. Przepiszę tu może jeszcze trochę, w bliżej nieokreślonej przyszłości. Ciekawa jestem, jak się biało-czerwona flaga w tym wierszu ma do mojej rozmowy z mkw, o tożsamości i identyfikacji?
środa, 1 lipca 2009
in facebook veritas?
Hmmmmmm. W zasadzie moja mama nadaje do mnie co jakiś czas na podobnych falach. Zbieżność tych komunikatów mnie zastanowiła. A może... może 301 ma depresję vel MD? Taką nietypową, rapid cycling, mającą proszki na dobry humor w głębokim poważaniu? Z którą od paru lat nie może dojść do ładu? Może też zaczyna dzień od hausta benzyny i paru kropelek nienajtańszego smaru, regularnie u dobrego psychiatry oliwi silnik, zajeżdża do terapeutycznej myjni dwa razy w tygodniu i zwyczajnie nie ma już siły na życie towarzyskie, bo w pozostałym czasie musi wyjeździć swoje, a gdy już trafi do zajezdni, to pada na nos i resztką wcale-nie-zregenerowanych sił wywleka się z niej następnego dnia rano? Próbując zregenerować się w ów rzekomo obco brzmiący weekend?
Bo u mnie czas, w którym, jak to mówi mama, dziczeję, a jak mówi facebook - czym prędzej zjeżdżam ze Żwirek żeby zaszyć się w ciszy i spokoju Odyńca, to jest czas czarnych dziur. Wtedy czeluście Odyńca są czymś, czego pragnę najbardziej na świecie i wygrzebanie się z nich jest wyczynem iście kaskaderskim. Czasem mi się udaje wygrzebać do pracy. Ale z kinem i winem na drugim końcu miasta już gorzej. Że co? Że coś za dużo tych czarnych dziur? No, ja też tak uważam. Zachęcam do składania podpisów pod petycją do pana Boga o zmniejszenie przydziału. Można mnie też wtedy dokarmiać.
PS Ciekawe, którą linią jestem w fazach maniakalnych? I czy w obliczu nieustannych przetasowań w warszawskiej komunikacji - poczciwe 301 jeszcze w ogóle istnieje?